Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Rak i dziewczyna. Jak ułożyłam sobie życie z rakiem - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
27 września 2023
Ebook
39,99 zł
Audiobook
39,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,99

Rak i dziewczyna. Jak ułożyłam sobie życie z rakiem - ebook

Poruszająca opowieść Jagny Kaczanowskiej o tym, jak zachorowała na nowotwór piersi i jak z niego wyszła. Bohaterka to nowoczesna, aktywna kobieta: dziennikarka, psycholożka, matka. Diagnoza była dla niej szokiem. Odrzuciła jednak teorię, że rak to wyrok, i postanowiła wygrać swoje życie.

Diagnoza, chemia, mastektomia, rekonstrukcja piersi. Gabinety lekarzy i sale szpitalne, ale i dom, w którym nie brakuje kłótni z partnerem i trudnych rozmów z dziećmi. Praca i zwykłe życie, które nie przestaje się toczyć. Chwile zwątpienia, nadziei i radości. Wszystko to tworzy wciągającą ludzką historię - historię kobiety, którą, jak wiele innych, dopadła okropna choroba.

Opowieść Jagny Kaczanowskiej uzupełniają rozmowy z ekspertami: onkolożką, chirurgiem, terapeutką psychoonkolożką oraz chorymi i ich bliskimi.

Cholernie potrzebna i ważna książka o tym, jak wziąć raka za rogi.

Katarzyna Miller

Wszyscy boimy się zachorować. Dzięki książce Jagny Kaczanowskiej inaczej spojrzycie na życie z nowotworem, poznacie też nowe metody jego leczenia.. A przede wszystkim przeczytacie świetną książkę! I odważną, i trzymającą w napięciu, i śmieszną, i straszną, i wzruszającą. A także inspirującą. Polecam - nie tylko chorym i ich bliskim, ale i wszystkim tym, którzy chcą sobie przypomnieć, dlaczego warto żyć. Małgorzata Ohme

Mojego raka znalazłam sama. Nie wierzyłam, że to on. Pochodzę z długowiecznej rodziny, prowadziłam zdrowy tryb życia. Ja - rak? Nie, to pomyłka! Dzień, w którym usłyszałam, że zachorowałam na złośliwy nowotwór piersi, był najgorszym w moim życiu. Byłam pewna, że umieram, że zaczęłam umierać, a resztę życia spędzę w szpitalu, w bólu i bez włosów. Jak bardzo się myliłam! Nie w kwestii włosów oczywiście. Odkryłam jednak, że lubię być łysa. Odkryłam też, że życie z potencjalnie śmiertelną chorobą jest interesujące, poszerza horyzonty, sprzyja nawiązywaniu nowych znajomości i... bywa, kurczę, zabawne. A już na pewno pełne sensu. Rok mojego leczenia to rok niebezpiecznego życia, wśród łez, przekleństw, ale także śmiechu, z przekonaniem, że - jakkolwiek by się ta przygoda skończyła - było warto. Pozwól, że zabiorę Cię w onkopodróż. Opowiem Ci, jak to jest: mieć raka, chemię, przejść kilka bolesnych operacji. I pokażę, że... nie ma się czego bać.

Od Autorki

Jagna Kaczanowska

Dziennikarka, od wielu lat redaktorka prowadząca dział psychologii w miesięczniku „Twój STYL”. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie SWPS, specjalistka terapii rodzinnej. Współautorka popularnych powieści obyczajowych, w tym bestsellerowego cyklu „Ogród Zuzanny” (z Justyną Bednarek). Współautorka nagradzanego podcastu „Dialogi waginy i penisa” (z Andrzejem Gryżewskim i Beatą Biały). Mama dwójki dzieci, miłośniczka niepełnosprawnych psów, ogrodnictwa, czytania książek i jazdy konnej.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-268-4353-2
Rozmiar pliku: 565 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TERAZ

Loguję się na konto pacjenta portalu czwarty raz tego dnia. Nie ma! Nie ma! Dlaczego nie ma? Tomografię – klatka piersiowa, jama brzuszna, miednica mniejsza – robiłam trzy dni temu. Tak, wiem, że na opisanie mają dwa tygodnie, ale co tu opisywać – robię tomografię co pół roku, zdjęcia porównuje pewnie jakiś sprytny algorytm. Nie ma zmian? Przeklejamy opis z poprzedniego badania.

Chyba że są zmiany. Chyba że coś tam się pojawiło.

Chyba że wrócił.

Uff, są. Wyniki. Wszystko dobrze. Euforia, ulga. Kilka miesięcy spokoju, a potem znów – zaboli głowa? Może to przerzut. Strzyknie kolano? Przerzut. Wysypka na dekolcie? Przerzut do skóry.

Nie wiem, czy nie mam raka. Jestem wyleczona, ale to nie znaczy, że on nie ukrywa się gdzieś, w głębi mojego ciała, przyczajony tygrys. Gotów do ponownego ataku. Nie mam wyjścia – muszę żyć, zakładając, że go jednak nie ma. Wyciskając każdy dzień jak cytrynkę. Bo już wiem, że to życie bardzo szybko może przeciec między palcami. Gdy odbierałam diagnozę, byłam pewna, że nie przetrwam roku. To było ponad dwa lata temu. Od tego czasu całkiem sporo kawałków mnie trafiło do utylizacji jako odpad medyczny.

No, oczywiście, oprócz mnie był w tych kawałkach także rak. I w sumie mam już w sobie akceptację dla tych żarłocznych, oszalałych zbitek komórek, których jedyną obsesją jest mnożenie się i zajmowanie kolejnych narządów. Okej, mogę tak umrzeć. Zamierzam jednak jeszcze przez jakiś czas – idealnie: przez 20-25 lat – powtarzać to, co odpowiedziała Arya Stark z Gry o tron na pytanie swojego nauczyciela szermierki. Co mówimy Bogu Śmierci? „Not today”.

Not today.

Dla kogo to piszę? Dla siebie. Żeby zamknąć ten rozdział. Dla Ciebie. Wbrew pozorom, gdy myślę o Tobie, nie widzę pacjenta onkologicznego. Widzę zdrowego człowieka. Tak, do Ciebie to piszę. Jutro, za dwa lata, za dziesięć lat może Ty albo ktoś z Twoich bliskich dostanie diagnozę: nowotwór złośliwy. Piszę, bo chcę Ci powiedzieć, że rak nie jest taki straszny. Nie musisz się go bać.

Piszę, bo jedno z moich ulubionych zdań w historii literatury brzmi: „Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było”.

Siostry śmiertelniczki, bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem Wam, jak było leczyć się z raka.

ŚMIERĆ MOŻE BYĆ
POCAŁUNKIEM BOGA

Luty 2021

Lekarka nie patrzy mi w oczy, tylko na ekran usg. Ja też patrzę na ekran. Na ekranie moja pierś w wersji szaro-czarno-białej. Jakieś mazy i plamy. Wszystkie wyglądają podobnie, ale ją jedna plama, owalna, o niewyraźnych brzegach, zdaje się niepokoić.

– Musi pani iść do lekarza rodzinnego po kartę DILO – mówi i dalej na mnie nie patrzy.

Okej, wiem, że to karta szybkiej diagnostyki onkologicznej, ale oczywiście pomysł, że mogłabym naprawdę mieć raka, jest dla mnie absurdalny. Mam 44 lata i pochodzę z długowiecznej rodziny, w której nie było raków – dziadek miał guza jelita, nie wiadomo, czy złośliwego, zmarł kilka dni po operacji. Miał 92 lata. Mam świetne wyniki krwi, świetnie się czuję, mam dwoje małych dzieci, przez pół życia nie jadłam mięsa, nie palę, piję tyle, co wszyscy (tak mówią zawsze alkoholicy, przestrzegała Jagoda Fudała, była szefowa działu lecznictwa odwykowego PARPA). Uprawiam sport, od dwudziestu lat jeżdżę konno, mam własnego konia, Brego, od dekady.

No przecież nie mam, kurwa, raka!

Jestem obrażona na lekarkę, że zamiast rzucić jakiś rozluźniający dowcip, powiedzieć coś w stylu: „No wie pani, jakiś stan zapalny tu jest, pani sobie wyrobi kartę DILO, to zrobi pani badania szybko i za darmo, po co wydawać ciężką kasę na diagnostykę”, mówi mi, gdy się ubieram, że powinnam się zgłosić do Centrum Onkologii. I że „powodzenia”. Powodzenia, myślę sobie, to ty nie będziesz miała, jak jeszcze dzisiaj, jako lokalny przewodnik Google’a, zawiadomię pół świata, że jesteś nieempatyczna, niesympatyczna i straszysz ludzi.

– Musisz natychmiast zrobić biopsję gruboigłową, i to koniecznie u doktor Ewy Gorczycy-Wiśniewskiej w Centrum Miła – na Beatę Biały, moją koleżankę, też się trochę obrażam. Dwa lata temu miała raka piersi. Nawet pamiętam, jak odwiedzałam ją w szpitalu. Miała atłasową różową piżamę i klapki z puszkiem. Przyszłam, szybko wyszłam. Spieszyłam się. Kwadrans w świecie onkologii mi wystarczył. Znałyśmy się z Beatą głównie z pracy, chociaż odkąd przeprowadziła się niedaleko, ciągle obiecywałyśmy sobie, że będziemy częściej się widywać. Ale przecież Beata jest ode mnie dwanaście lat starsza, więc czemu mnie straszy, jestem za młoda na raka!

No i generalnie: przecież MNIE coś takiego nie spotka, prawda?

Niezwykła jest nasza zdolność do nieprzyjmowania do wiadomości faktu, że świat nie jest sprawiedliwy. I że złe rzeczy przydarzają się także dobrym ludziom. To zrozumiałe, zdrowe i naturalne, że nie chcemy w to uwierzyć – dowodzą psychologowie Jeff Greenberg, Sheldon Solomon i Thomas Pyszczynski. Skonstruowali teorię opanowywania trwogi – zgodnie z nią od zwierząt różni nas świadomość nieuchronnego, rychłego końca. Widmo anihilacji jest tak porażające, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko, żeby tylko przekonać samych siebie, że NAM to jednak nie grozi. Damy się zamrozić w ciekłym azocie, wymyślimy boga, będziemy o szóstej rano biegać po parku i odstawimy cukier, zrobimy badania genetyczne i z ulgą stwierdzimy, że nie mamy żadnej mutacji. „Nie umrę na raka, nie mam mutacji!”, oświadczyła mi triumfalnie koleżanka.

Greenberg, Solomon i Pyszczynski twierdzą – za antropologiem Ernestem Beckerem, autorem Zaprzeczania śmierci – że za wieloma, a może większością naszych działań stoi właśnie ta podstawowa trwoga. Oczywiście mamy świadomość, że nie da się żyć wiecznie, ale rozmaite pokrętne konstrukty myślowe pozwalają nam troszeczkę jednak o tym zapomnieć. Jakie konstrukty? No choćby takie: nie będzie wojny, bo Putin nie jest szaleńcem. Nie będzie wojny w Polsce, bo należymy do UE. Nie zgwałcą mnie, bo w przeciwieństwie do niej nie chodzę w mini po zmroku. Nie zabiją mnie, bo mieszkam na strzeżonym osiedlu, a nie z jakąś patologią. Nie dostanę raka, bo...

Wizja rozmazania się w kosmosie skutecznie broni nas przed myśleniem, że wojna, rak, wypadek, udar, cegła, która spada z gzymsu centralnie na czaszkę, to może być moje życie.

To jest moje życie.

Dzięki mechanizmowi opanowywania trwogi czas do biopsji, na którą doktor Gorczyca-Wiśniewska po obejrzeniu mojego usg. godzi się podejrzanie szybko jak na obleganą specjalistkę, mija mi całkiem przyjemnie. Jasne, że czasem powiem komuś: ojej, bo czekam na wyniki biopsji i wiesz... To dodaje dramatyzmu sytuacji, w której zawalam dwa dni termin oddania tekstu. Ale w głębi ducha wiem przecież, jakie te wyniki będą. No dobre będą!

O samej biopsji staram się zapomnieć. W piersi, wokół tej mechatej plamki, która nie spodobała się doktorce od usg., jest stan zapalny. Radiolożka nie może się wbić ze znieczuleniem, płyn pryska nam do oczu. Staram się trzymać fason i opowiadam jakiś głupawy żarcik o jędrnych cyckach. Ponieważ znieczulenie nie bardzo zadziałało, biopsja jest cholernie bolesna. Ale cóż, muszę przetrzymać, nie wszystkie badania są przyjemne, taka cytologia na przykład... Po powrocie do domu nalewam sobie kieliszek likieru Chartreuse. Na piersi robi mi się gigantyczny krwiak. Nic, zejdzie. Nie ma się czym martwić.

Już zdiagnozowałam zresztą, co mi jest, bo jako jednostka dociekliwa i control freak przekopałam cały internet i z magazynu dla amerykańskich radiologów dowiedziałam się o idiopatycznym ziarniniakowym zapaleniu sutka. Przejrzałam kilkanaście obrazów usg. piersi dotkniętych tą dość rzadką chorobą i wygląda to, wypisz wymaluj, jak moja czarna rozmazana plama w lewej piersi. Wszystkie pozostałe objawy się zgadzają, więc czekam sobie dość spokojnie, planując drugie urodziny córki. Sukienka w kotki, tort w kotki, balony w kotki i serwetki też w kotki. Cudownie. Jak ja wszystko świetnie umiem zaplanować, no naprawdę.

Jest poniedziałek, 8 marca 2021 roku. Dzień Kobiet. Po południu mam mieć telekonferencję z dyrektorem radia w sprawie słuchowiska na wakacje, planujemy je napisać wspólnie z Justyną Bednarek. Słońce wzeszło o 6.07, faza księżyca to ubywający sierp. Cytatem dnia zgodnie z kalendarzem portalu Gazeta.pl są słowa Karla Rahnera, teologa: „Śmierć może być pocałunkiem Boga”.

Dzwoni telefon.

– Dzień dobry, Centrum Medyczne Miła. Chciałam tylko powiedzieć, że są już pani wyniki. I będzie dopłata za receptory – mówi rejestratorka.

Wtedy czuję, że całuje mnie Bóg. I robi mi się zimno.

* * *

Uginają się pode mną nogi. Dosłownie. Stoję w gabinecie i patrzę na regał z książkami, przed oczami latają mi pasy: beżowe, czerwone i czarne. Bo ja już wiem, co to znaczy „dopłata za receptory”. Przecież wiele godzin spędziłam na czytaniu o raku piersi.

Receptory hormonalne bada się tylko w przypadku znalezienia komórek złośliwych raka piersi – od tego zależy dalsze leczenie. Dlatego nigdy nie opłaca się badania receptorów zawczasu, to po prostu nie ma sensu, większość pacjentów po biopsji dowiaduje się, że uff, wszystko w porządku, torbiel, brodawczak, stan zapalny.

Ale nie ja. Ja muszę dopłacić za receptory, bo...

– Czyli mam raka!!!! – krzyczę do telefonu. Brzmi to jak oskarżenie, bo z drugiej strony zapada niezręczna i pełna skrępowania cisza.

– No... na pewno... na pewno nie jest tak źle, jak się pani wydaje.

Rozłączam się. Słowa rejestratorki wydają mi się tak głupie, że nawet nie znajduję w głowie odpowiedzi, choćby zwykłego do widzenia. Jasne, nie jest tak źle. Z rakiem!

Nie czuję smutku ani gniewu, przepełnia mnie wrażenie nierealności całej sytuacji. Jakby mi się to śniło – tak jak te sny, w których chce się biec, ale nie można poruszyć nogami. Ja też próbuję jakoś ruszyć do przodu i nie mogę.

Co właściwie powinnam zrobić? Co się robi w takich sytuacjach? Coś bździ mi się w głowie, scena z amerykańskiego filmu. Się płacze i pada w objęcia.

Przyjechał mój tata, przywiózł list polecony. Słyszę, jak rozmawia z moim partnerem Romanem w salonie. Jeszcze nic nie wiedzą. Z braku lepszego pomysłu wychodzę z gabinetu i mówię dziwnie wysokim głosem: „Mam raka!”. Irracjonalnie oczekuję, że powiedzą, że to jakaś bzdura. Nikt z nas nie płacze i nie pada w objęcia. Oni milczą. Przychodzi mi do głowy pierwsza trzeźwa myśl – że nie wiedzą, co powiedzieć.

Wtedy znów dzwoni telefon. Od razu widzę po numerze, że to Centrum Medyczne Miła. Co za ulga. Jakiś koszmar to był! Ale teraz już wiem, oni się po prostu pomylili, teraz rejestratorka dzwoni, żeby mnie przeprosić i powiedzieć, że z moim wynikiem oczywiście wszystko jest w porządku. Ciągle mi się to zdarza, jak byłam dzieckiem, ktoś pomieszał próbki moczu w laboratorium i przez kilka strasznych dni moi rodzice sądzili, że mam nerki zjedzone przez bakterię E. Coli.

– Halo? Tu Centrum Medyczne Miła. Przepraszam, nie pamiętam, czy powiedziałam, że będzie dopłata za receptory?

Aha. Czyli stadium zaprzeczania mam już za sobą.

* * *

Żałoba to nie tylko czarna sukienka i lament nad trumną. Przeżywamy żałobę za każdym razem, gdy coś tracimy. Jej pierwsza faza, zgodnie z teorią Elisabeth Kübler-Ross, to szok i otępienie, często skutkujące właśnie zaprzeczaniem: „Nie, pani się na pewno myli, mąż nie umarł, szukajcie go! Nie, to na pewno nie rak, nie wiem co, torbiel, stan zapalny, cysta, cokolwiek, ale na pewno, na pewno nie rak”. Faza druga to gniew, potem następują negocjacje, gdy próbujemy coś ugrać, odzyskać z naszej straty. Faza czwarta – dezorganizacja i depresja. Dopiero w piątej fazie, akceptacji, składamy swoje życie na nowo z potrzaskanych kawałków. Ile to może trwać? Kiedyś mówiło się, że rok. Dziś wiadomo, że dłużej, a niektórzy w ogóle do końca żałoby nie docierają, zamrożeni na wcześniejszych etapach. Model żałoby Kübler-Ross jest często krytykowany, bo zakładał, że zaliczamy etapy jak klasy w szkole: jak dostaniemy piątkę, idziemy dalej. A najnowsze badania pokazują, że wielu z nas wraca do klasy, którą już skończyło, a niektórzy – ci najzdolniejsi w przeżywaniu żałoby? – po prostu niektóre fazy omijają bez szkody dla efektu końcowego.

Jedna z bohaterek książki Neurochirurdzy, doktor Marta Zębala, opowiadała o pacjentce z przerzutem raka piersi do mózgu – pacjentkę „leczył” znachor, wszywając jej pod skórę cieciorkę. Tuż przed śmiercią była wciąż pewna, że to skuteczna terapia i wszystkie zmiany się cofną. Zamrożona na etapie szoku, otępienia i zaprzeczania odmówiła chemioterapii.

Przy drugim telefonie z Centrum Medycznego Miła, gdy już wiem, że to nie pomyłka i że naprawdę mam raka, dociera do mnie, że właśnie tracę.

Co tracę? No życie tracę, oczywiście. Przecież wiadomo, na raka się umiera. W ogóle nie przebiega mi taka myśl przez głowę, że mogłabym się wyleczyć albo że mogłabym chora żyć jeszcze wiele lat. Przypomina mi się natomiast, że za 40 minut mam mieć rozmowę – telekonferencję, jak na czasy covidu przystało – z dyrektorem radia.

Jestem jak jakieś hinduskie bóstwo, w dwóch osobach, mam wrażenie. Ten stan psychiatrzy nazywają podwójną świadomością. Pierwsza osoba uzmysławia sobie, że nie może powiedzieć dyrektorowi radia, że zachorowała na raka, bo nikt nie da zlecenia na wesołe, wakacyjne słuchowisko umierającej kobiecie. A te pieniądze, myśli osoba pierwsza, będą potrzebne, każde pieniądze będą potrzebne, bo zostawiam małe dzieci. Druga osoba przygląda się pierwszej i jest pełna podziwu dla jej zimnej krwi.

Po kilkudziesięciu sekundach zaczynam podejrzewać, że to rozdwojenie jaźni ma coś wspólnego z szybkim, płytkim oddechem. Dyszę jak zdychający pies. Mam atak paniki, hiperwentylację, muszę głęboko oddychać, powtarzam sobie w myśli: dotlenić mózg. Za chwilę znów jestem w jednej osobie, ale teraz pojawia się inne, upiorne wrażenie. Czuję dojmującą samotność. Jestem ja, ja i mój rak, zamknięta w akwarium, w klatce chorowania i umierania. A na zewnątrz, za szybą, są oni. Cała reszta świata, zdrowa, bez raka. Strasznie to nierealne. Czy to się naprawdę dzieje?

Tak musiała się czuć, myślę sobie, Keltie Lee Byrne, dwudziestoletnia treserka z oceanarium, wciągnięta przez trzy orki pod wodę. Dziesiątki widzów obserwowały, jak orki miotają Keltie po całym basenie, jakby była szmacianą lalką. Utonęła, a orki dopiero kilka godzin później pozwoliły zabrać jej ciało. Teraz wszyscy – mój tata, któremu kazałam jechać natychmiast na Miłą po wyniki biopsji i dopłacić za te pieprzone receptory; mój partner, który nie ma prawa jazdy, więc nie mógł pojechać po wyniki i pozostało mu siedzenie ze mną w domu w oczekiwaniu na kopertę; Justynka, z którą zaraz mam mieć telekonferencję, i dyrektor radia oraz jego asystentka, wszyscy są widownią, która będzie obserwowała, jak orki rozrywają mnie żywcem w basenie. Jak tonę, woda zamyka się nad moją głową. Potem wyciągną moje ciało na brzeg, opłaczą i pogrzebią w grobie rodzinnym.

W którym grobie? Nie w tym na Cmentarzu Wolskim, w głównej, reprezentacyjnej alei, w którym spoczywają mój dziadek, więzień Auschwitz, i jego brat, zaginiony – zapewne zastrzelony – podczas słynnego Marszu Śmierci ewakuowanych z KL Auschwitz więźniów. Nie, oczywiście, on tam nie spoczywa, nie wiadomo, gdzie spoczywa, zgubił się braciom i nigdy nie poznaliśmy jego losów. Nie muszę zresztą zaprzątać sobie tym głowy, bo w tym grobie nie ma już miejsc, pamiętam, jak świętej pamięci ciocia kłóciła się z moim tatą, bo chciała pochować tam męża. „Ja z Wieśkiem leżał nie będę”, oświadczył tata buńczucznie. Wtedy mnie to rozśmieszyło, śmierć i grób wydawały się takie abstrakcyjne! Miałam wąską talię, długie rude włosy i jeździłam konno w ciekawych miejscach, na przykład w Maroku. Żyłam.

A za chwilę nie będę i moi biedni rodzice będą musieli coś ze mną począć. Pewnie położą mnie w grobie w Podkowie Leśnej („położą”, „złożą do grobu”, tak się mówi, jakby betonowa kostka, przykryta granitową płytą, była łóżeczkiem). Chcę być spalona. Nie chcę się rozkładać. Niech mnie spalą razem z rakiem. Kto za to płaci? Państwo chyba. ZUS. Matko jedyna, mam ponad dwa tysiące długu na składkach, muszę zapłacić, zanim umrę, nie mogę z tym zostawić rodziców!

Ta myśl jest jak kotwica, ściąga mnie znowu z deliberacji egzystencjalnych na grunt dylematów ekonomicznych. Dyrektor radia. Słuchowisko. Pieniądze za słuchowisko. Telekonferencja. Mam jeszcze... dwadzieścia minut. Walę się po twarzy dłońmi, ból działa tak orzeźwiająco! Rozciągam usta palcami w uśmiechu. Mięśnie mam stężałe, to dlatego mam taki dziwny głos, wydobywa się z zaciśniętej krtani. Uśmiech Pan Am, od amerykańskich linii lotniczych, których stewardesy uśmiechały się właśnie w ten sposób, bez udziału oczu. Jak zamienić go w uśmiech Duchenne’a, ten prawdziwy, angażujący całą mimikę? To słychać przez telefon, czy się uśmiechasz, czy nie. Jeśli mam dostać zlecenie, muszę się uśmiechać.

I uśmiecham się, klarownie opowiadam dyrektorowi z radia o pomyśle na słuchowisko, chociaż przez cały czas nie opuszcza mnie wrażenie, że jestem w akwarium z orkami, a on – na zewnątrz, wygodnie rozparty na widowni. W oceanariach było wiele wypadków, Keltie Lee Byrne nie była wyjątkiem. Jednego z treserów orki przeciągnęły po dnie basenu, uszkadzając mu wątrobę i nerkę. Wypłynął na powierzchnię z uśmiechem na ustach – prawdopodobnie jednak z uśmiechem Pan Am – i oglądający go tłum w ogóle się nie zorientował, że coś jest nie tak. Zemdlał „za kulisami”. Biorę z niego przykład. Orki są śmiertelnie niebezpieczne. Raki są śmiertelnie niebezpieczne.

Show must go on.

Dostajemy z Justyną zlecenie na słuchowisko. Potem, gdy dyrektor i asystentka się wyłączą, mówię jej, że mam raka.

Piszę do mojej przyjaciółki X, że mam raka. Oddzwania. Współczuje, dopytuje, co dalej, pociesza, mówi, że teraz to ona będzie do mnie dzwoniła, będzie się dowiadywała, towarzyszyła mi.

Usłyszę ją znowu dopiero pół roku później, bo nigdy do mnie nie zatelefonuje.

Dzwonię do Beaty Biały.

– Mam raka. Moja córka nawet mnie nie zapamięta – szepcę.

Ania przecież ma dopiero dwa lata, a z powodu zjawiska nazywanego amnezją wczesnodziecięcą nasze najwcześniejsze wspomnienia datują się na okolice piątego roku życia. Wcześniej to pojedyncze obrazy, niepowiązane w całość, albo – trauma. Na przykład pogrzeb.

Mój pogrzeb.

– Daj spokój. Na raka tak szybko się nie umiera. Co się martwisz, głupia, będziesz po prostu mieć nowe cycki! – mówi ona. I to jest pierwsza osoba, która wiadomość o mojej diagnozie traktuje normalnie. Jakbym powiedziała, że dzisiaj pada albo że boli mnie gardło.

RAKI, JAK ORKI,
LUBIĄ TOWARZYSTWO

Marzec 2021

Ale w sumie? Co w raku nienormalnego? W Polsce prawie milion osób żyje z diagnozą nowotworu. Co trzeci z nas zachoruje, a co czwarty umrze na raka. Dziwne, ale wcześniej nie znałam tych danych. Wydawało mi się, że rak to domena staruszków, którzy na niego umierają, ewentualnie jakichś wyjątkowych pechowców, no i dzieci – dzieci z łysymi głowami jakoś częściej widać w telewizji. Nie widywałam chorych na raka na ulicach, w każdym razie – nie w trakcie leczenia. Nie wychodzili z domów? Chowali się za zasłonami, żeby nie razić naszych oczu? Nosili peruki? Choruje się na to w szpitalu, wstydliwie schowanym za parawanem, żeby nie psuć nastroju zdrowym, widowni w oceanarium, która chce podziwiać orki, ale z żadną nie weszłaby do basenu?

„Choroba jest nocną stroną życia, naszym bardziej uciążliwym obywatelstwem. Od dnia narodzin każdy z nas posiada bowiem jakby dwa paszporty – przynależy zarówno do świata zdrowych, jak i do świata chorych. I choć wszyscy wolimy przyznawać się tylko do lepszego z tych światów, prędzej czy później, chociażby na krótko, musimy uznać również nasz związek i z tym drugim”, napisała w książce Choroba jako metafora wybitna myślicielka Susan Sontag. Zrobiła sobie badania przypadkiem, miała towarzyszyć synowi, od którego aktualnego przeglądu całego ciała wymagał Uniwersytet w Princeton. Wynik był szokujący: Sontag miała raka lewej piersi (jak ja!) w czwartym, ostatnim stadium. I jakieś dziesięć procent szansy na przeżycie kolejnych dwóch lat.

Gdy minie pierwszy szok, zaczynam się zastanawiać, czy i ja nie mam jakichś szans. Ile? Ile tej szansy mam? Czy to gdzieś można obliczyć, zastanawiam się, czy można dopłacić, żeby procent szansy był większy, jak procent cukru w cukrze w komedii Poszukiwany, poszukiwana?

* * *

Czasem gram w Lotto. Prawdopodobieństwo trafienia szóstki wynosi mniej więcej 1 do 13 milionów. W moim ciele jest, jak w każdym ludzkim ciele, ponad trzydzieści bilionów komórek, które wielokrotnie się dzielą w czasie swojego życia. Jakie jest prawdopodobieństwo, że któraś z nich – a może to zrobić każda – zwariuje i zechce mnie zamordować? Duże, bardzo duże. „Ogólnie rzecz biorąc, jedna na pięć twoich komórek prawdopodobnie zawiera mutację w tak zwanym genie raka. Mniejszy odsetek ma dwie lub nawet trzy takie mutacje. Gdzieś w twoim ciele z pewnością czai się wiele małych guzów, które trafiły wszystkie liczby”, niezbyt pokrzepia mnie na kartach książki Zbuntowana komórka Kat Arney.

Czytałam o bardzo ciekawym badaniu – naukowcy przez jakiś czas przeprowadzali sekcje zwłok ofiar wypadków. Odkryli, że co trzecia kobieta po czterdziestym roku życia ma guzek w piersi, ale u kobiet siedemdziesięcioletnich guzów jest znacznie mniej – wygląda na to, że z wielu raków leczymy się sami, jeszcze zanim zauważą je, pod postacią mechatych czarnych kuleczek z końcami spikularnymi, diagności na badaniach obrazowych.

Wiele mówi się o tym, że rak jest chorobą cywilizacyjną. Nieprawda – w tym sensie, że zdarzał się zawsze. To długość wieku jest zależna od cywilizacji, w której żyjemy. W starożytnym Rzymie średnia długość życia wynosiła 36 lat. Zawyżali ją bogaci mieszczanie i patrycjusze, niewolnicy rzadko dożywali wieku dwudziestu, trzydziestu lat. Scypion w przemówieniu do Hannibala określił siebie samego jako starca – a miał 45 lat. Umierało się na wojnach, od ciosu zdenerwowanego pana, jeśli miało się nieszczęście być niewolnikiem, umierało się na ropień okołozębowy, gdy dochodziło do sepsy, kobiety masowo umierały przy porodach i w połogu. Nie umierało się na raka, chociaż starożytni go znali, w końcu prawie co dziesiąty z nich był po pięćdziesiątce! Z biegiem lat, a właściwie z biegiem wieków, wcale nie zmieniało się tak wiele. Jeszcze na początku XIX wieku średnia długość życia mieszkańców terenów obecnej Polski wynosiła niecałe 40 lat.

Jestem dziełem natury. Nie zostałam stworzona przez tysiące lat ewolucji po to, żeby w wieku 44 lat oglądać The Crown na Netfliksie, uprawiać jogę i planować kolejne studia, żeby móc się rozwijać intelektualnie i zawodowo. Zostałam stworzona jak wszyscy, żeby się rozmnożyć. W trzydziestu bilionach moich komórek zakodowano mój termin przydatności, samoniszczący program. Powinnam, zgodnie z moim przeznaczeniem biologicznym, wydać na świat potomstwo przed dwudziestką, odkarmić je, odchować, a potem zemrzeć na zapalenie zatok w wieku 35 lat, czyli około dekady, ZANIM znaleziono u mnie raka. „Żyjemy w swoich ciałach przez osiem dekad lub, jeśli mamy szczęście, nawet dłużej i wraz z upływem czasu stają się one nieco znoszone”, tłumaczy Kat Arney.

Rak kocha statystykę. W ogóle kocha cyferki. „Uwidoczniono koniec igły w obrębie ok. 30 × 15 mm zmiany ogniskowej w sutku lewym na godz. 2-3. Rozpoznanie histopatologiczne. NST – G2 (figury podziału 2p., polimorfizm – 2p., tworzenie cewek gruczołowych 2p.), 6 punktów w skali Elistona Elissa”. Polimorfizm? Cewki? Figury jakiego podziału, do cholery?

Czytam wyniki biopsji, które przywiózł tata, i rozumiem z tego mniej więcej tyle, ile pięciolatek z ciągu Fibonacciego. Każda kolejna liczba to iloraz dwóch poprzednich. Ciąg Fibonacciego ma swoje odzwierciedlenie w przyrodzie. Muszla, ziarna słonecznika, układające się w idealne kręgi, to wizualny obraz ciągu Fibonacciego. Doskonałości świata przyrody.

Rak do tego królestwa genialnego piękna się nie zalicza. Teraz już wiem, jak łatwo go zauważyć w plątaninie szarości na usg. Zarysy spikularne – podejrzane czarne kolce, które wyłaniają się z ciemnej plamy, naciekając jasne, niewinne tło; zatarte brzegi, które starają się złowieszczo rozlać na cały ekran. Zmiana hipoechogeniczna – ciemna, bo mocno unaczyniona, ale też miękka, a więc – nie kość. Ciało, ale wrogie ciało. Ciało dobre, podporządkowane życiu, na usg. jest szare. Rak jest czarny. Teraz już wiem, wpatruję się w wydruk z usg. co najmniej z takim samym natężeniem, jak wpatrywałam się w usg., gdy byłam w ciąży, szukając obrazu twarzyczki, zarysu stópki. Nie widzę nic oprócz nieprzeniknionej czerni. Rak nie ma twarzy.

Lubujący się w matematyce rak może mieć jeden z czterech stopni złośliwości. Jedynka jest najbardziej przyjazna dla użytkownika, czwórka to psychopatyczny morderca. Im niższy stopień złośliwości, tym bardziej komórki nowotworowe przypominają normalne komórki i tym bardziej normalnie się zachowują. Trójka i czwórka to fizjologiczne Jokery: koszmarki, które potrafią prawie ciągle się dzielić, dzielić, dzielić i naciekać, naciekać, anektują wciąż nowe terytoria, prowadzą inwazję na pnie nerwowe, naczynia krwionośne i limfatyczne, za pomocą których wysyłają potem swoich spadochroniarzy w odległe rejony, żeby tam też wzrastać, zajmować, wysysać i niszczyć. Niektóre rosną tak szybko, że nie są w stanie się odżywić w swojej gargantuicznej masie, zapadają się w środku, objęte martwicą. Kilkumilimetrowy albo kilkucentymetrowy Putin z kremlowskim zapleczem w twoim własnym ciele.

Już wiem, że mój rak jest pośrednio złośliwy. Szaraczek taki z niego. Ale w raku ważna jest też druga cyferka – Sontag miała stadium czwarte, czyli ostatnie. Stadium pierwsze jest wczesne, szanse wyleczenia są wtedy ogromne, w niektórych nowotworach bliskie stu procent. Stadium drugie, średniozaawansowane, to choroba ograniczona miejscowo, czasem – z zajęciem sąsiednich węzłów chłonnych. Stadium trzecie to najczęściej duży guz, ale wciąż zaawansowany lokalnie. Stadium ostatnie to stwierdzona obecność przerzutów odległych.

Meta – słowo klucz, którego boją się wszyscy pacjenci onkologiczni. Nie umierasz na raka piersi czy prostaty, umierasz na przerzuty. Do wątroby, płuc, mózgu. Rak potrafi zająć prawie wszystko. Kości, nerki, krtań, skórę głowy, rogówkę, jajniki, szpik, serce. To jest przyczyna zgonu.

Nie ma dwóch takich samych nowotworów – ba, u jednej osoby często jest ich kilka, np. u mnie jest to „no special type”, dawny rak przewodowy, oraz śluzowy. Większość pacjentek z rakiem piersi ma dwa, a nawet trzy rodzaje nowotworów w jednym guzie. To towarzyskie stworzenia, jak orki w oceanarium. Widać samotnie im smutno.

Oczywiście na kartce z wynikami biopsji jest jeszcze więcej cyferek. Ocena receptorów hormonalnych (mój rak jest hormonozależny, to znaczy, że rośnie pod wpływem estrogenu), marker proliferacji Ki67 (wskazuje, ile procent komórek jest aktualnie w trakcie podziału), wskaźnik amplifikacji HER2 (gdy kopii białka HER2 jest wiele, tradycyjne leczenie chemioterapią lub hormonoterapią może nie być skuteczne i trzeba dodać kolejne leki, blokadę białka HER2).

Jakiś czas spędzam na CancerMath.net – w ogólnodostępnych kalkulatorach można wpisać swoje cyferki i określić, ile statystycznie czasu nam zostało. Wklepuję i kalkulator oświadcza mi, czerwonym druczkiem, że mój typ raka skróci moje życie o 8,4 roku. W stosunku do czego? Kalkulator nie podaje, informacja jest lakoniczna, ale budzi wyobraźnię. Skąd kalkulator wie, ile bym żyła? Skąd wie, że nie zarwie się winda, wioząca mnie na przykład do lekarza, i nie zginę przygnieciona jej szczątkami? No dobrze, a gdybym ujęła kilka milimetrów z rozmiaru – co zyskam? Powiedzmy szczerze, na każdym usg. obraz był inny, a zrobiłam dotąd trzy. Mammografii nie liczę, bo niestety mojego guza nie pokazała w ogóle. Ile miesięcy czy lat zyskam, gdy odrobinę skłamię i napiszę, że, dajmy na to, mój rak miał nie 3, ale 2,5 centymetra? A gdybym wpisała: 4 centymetry?

Ta zabawa zajmuje mi cały wieczór. Nie dociera do mnie, że kalkulator nie ma wpływu na moje życie. Nie może dać mi dodatkowego roku, w ogóle nic nie może mi dać. To tylko statystyka, a ja jestem żywym człowiekiem. Mój rak jest żywym rakiem, tajemnicą, niespodzianką bez jajka. Dlaczego Sontag, w czwartym stadium, przeżyła jeszcze prawie 30 lat? Dlaczego na portalu amazonki.net czytam o kobietach, które miały raka w pierwszym stadium i już umarły?

* * *

Wrzeszczę. Wrzeszczę często bez powodu. Wydzieram się na psy, dzieci i przede wszystkim na Romana. Mam rekordowo krótki loncik. Coś mi się nie spodoba i dwa zdania później drę ryja na cały regulator.

Dzwoni do mnie Justyna, żeby zapytać, jak się czuję i czy coś wiem, a w tle karczemna awantura, taka z „kurwa” i „spierdalaj”. Mam wrażenie, że Justyna jest tym speszona. Ja bym pewnie była na jej miejscu. Może myślała, że jestem kulturalnym człowiekiem, a tymczasem diagnoza nowotworu i czekanie na ciąg dalszy – są przerzuty? Jakie leczenie? – odarła mnie z pozłotka kultury osobistej i potencjalnego wysublimowania intelektualnego. Jestem zwierzem zapędzonym w róg klatki, rozpaczliwie broniącym się przed śmiercią.

Czuję zwierzęcy strach.

Jestem przerażona od chwili, w której otwieram oczy rano, do chwili, w której je zamykam wieczorem. Budzę się jak tonący, którego właśnie wyciągnęli na brzeg, jakbym wynurzała się z zimnej czerni, biorę oddech i wtedy wszystko mi się przypomina. Mam raka. Raka! Jest jeszcze gorzej. Zasypiam tylko dzięki wybuchowej mieszance alkoholu i uspokajających tabletek z kozłka lekarskiego, których garść wsypuję sobie do gardła przed snem i popijam zimną wodą.

Okropnie śmierdzą. Ale są bez recepty.

– Życie rodziny na etapie diagnozy to piekło – próbuję się tłumaczyć.

Po dwóch dniach wrzasków Roman się wyprowadza. Mieszka kątem na jakiejś budowie u kolegi. Następnego dnia przyjeżdża po rzeczy. Przygotowuję mu ręczniki, pościel. Nie zabiera ich ze sobą.

Zostaje w domu.

PRZYPISY KOŃCOWE

Littell Jonathan, Łaskawe, Wydawnictwo Literackie, 2008.

Terror management theory of self-esteem and cultural worldviews: Empirical assessments and conceptual refinements, www.apa.org.

Becker Ernst, Zaprzeczanie śmierci, Zakład Wydawniczy Nomos, 2016.

Five Stages Of Grief – Understanding the Kubler-Ross Model, www.psycom.net.

Fijewska Marianna, Neurochirurdzy. Sekrety polskich wszechmogących, Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, 2022.

Blackfish, film dokumentalny, reż. Gabriela Cowperthwaite, USA, 2013.

Opisał go w 1862 roku anatom Guillaume Duchenne.

Sontag Susan, Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory, Karakter, 2016.

Arney Kat, Rak, ewolucja i tajniki życia, Marginesy, 2020.

Funk Kristi, Piersi. Poradnik dla każdej kobiety, Wydawnictwo Otwarte, 2021.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: