Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Opowiadania prawie wszystkie - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
14 kwietnia 2021
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Opowiadania prawie wszystkie - ebook

Edgar Allan Poe – prekursor horroru i opowiadań detektywistycznych. Żył krótko i burzliwie, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a osiągnięcia literackie okazały się nadzwyczaj trwałe. Jego utwory cieszą się niesłabnącą popularnością i powoli zdobywają uznanie również w kręgach akademickich. Sama postać amerykańskiego twórcy silnie oddziałuje na współczesną kulturę popularną, o czym świadczy niedawno nakręcony film osnuty na tajemniczych okolicznościach jego śmierci, a także obecność Poego w serialach telewizyjnych i kreskówkach. Jego twórczość silnie inspirowała i nadal inspiruje grafików, malarzy i muzyków. H.P. Lovecraft mówił o nim: „Bóg fikcji literackiej”.

Teraz Poe powraca w mistrzowskim przekładzie. Sławomir Studniarz, uhonorowany Nagrodą „Literatury na Świecie”, znakomicie oddaje walory językowe i literackie oryginału. Obok słynnych opowiadań, jak choćby: Zagłada domu Usherów, Maska czerwonego moru, Studnia i wahadło czy Czarny kot, w zbiorze znalazły się również teksty mniej znane: Eleonora, Żabi skoczek, Król Mór, System doktora Pierza i profesora Smoły czy Złoty żuk.

Gratka dla miłośników grozy, budzący dreszcz powrót do źródeł – trzydzieści dziewięć opowiadań, będących prawdziwą mieszanką wybuchową, która nieustannie zniewala kolejne pokolenia czytelników.

 

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66671-96-6
Rozmiar pliku: 6,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Berenika

Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicæ visitarem, curas meas aliquantulum fore levatas.

Ebn Zaiat

NIEDOLA RÓŻNE MA OBLICZA. Nędza tego ziemskiego padołu przybiera rozliczne postaci, roztaczając się nad rozległym widnokręgiem na podobieństwo tęczy. Jej odcienie są tak odmienne jak barwy tęczy, które mienią się rozmaicie, a przecież przechodzą jeden w drugi niemal niezauważenie. Roztaczając się nad rozległym widnokręgiem na podobieństwo tęczy! Jakimże sposobem z piękna wywiodłem przedstawienie brzydoty? Ze znaku przymierza obraz nieszczęścia? Niemniej, jak w etyce zło jest następstwem dobra, tak z radości rodzi się boleść. Albo wspomnienie minionej błogości dzisiaj przynosi udrękę, albo teraźniejsze katusze mają swe źródło w niedoszłej ekstazie.

Ochrzczono mnie imieniem Egeus; rodowego nazwiska nie wspomnę. Dość powiedzieć, że w całym kraju próżno by szukać przybytku bardziej uświęconego przez czas niźli moje szare, ponure, dziedziczne siedlisko. Nasz ród zwano wizjonerskim; i wiele uderzających szczegółów – w charakterze rodowej siedziby – we freskach pokrywających sklepienie głównej komnaty – w wystroju sypialni – w rzeźbie niektórych filarów w zbrojowni – a szczególnie w galerii starych malowideł – w urządzeniu biblioteki – czy wreszcie w zawartości tejże biblioteki – aż nadto uzasadnia ten pogląd.

Moje najwcześniejsze wspomnienia związane są z tą właśnie komnatą i z jej księgami – o których więcej nie napomknę. W jej murach zmarła moja matka. Tam też się narodziłem. Lecz pustotą byłoby twierdzić, że przedtem nie żyłem – że dusza nie istnieje wcześniej. Zaprzeczasz? – nie będziemy się o to spierać. Sam przekonany, nie szukam zwolenników. Pozostaje jednak pamięć ulotnych form – wymownych spojrzeń duchowych oczu – brzmień pięknych, acz smutnych; pamięć, której nie da się usunąć; wspomnienie niczym cień – mgliste, zmienne, niewyraźne, rozchwiane; i podobne cieniowi także w tym, że nie sposób się go pozbyć, póki rozum jaśnieje swoim światłem.

W tej komnacie się narodziłem. Ocknąłem się po długiej nocy niebytu, który wszak tylko takim się wydaje, w samym sercu baśniowej krainy – w wyśnionym pałacu – w królestwie klasztornej myśli i erudycji. Czyż można się zatem dziwić, że rozglądałem się wokół zdumionym i żarliwym wzrokiem – że chłopięce lata przeszły mi pośród książek, a młodość zmarnotrawiłem pogrążony w rozmyślaniach? Lecz zjawiskiem szczególnym jest to, iż w miarę upływu lat, kiedy dojrzały wiek zastał mnie nadal wśród ścian domu moich ojców – i źródła mego jestestwa popadły w zastój osobliwy – w moim sposobie myślenia nastąpił całkowity zwrot. Rzeczy realnego świata stały się dla mnie niby przywidzenia, i ledwie przywidzenia, wybujałe marzenia zaś stanowiły odtąd nie tylko treść mej codziennej egzystencji, ale wręcz moją wyłączną i niepodzielną egzystencję.

BERENIKA I JA BYLIŚMY KUZYNOSTWEM, razem dorastaliśmy w mych rodzinnych murach. Ale nasz rozwój przebiegał innymi zgoła torami – ja, słabowity, tonąłem w mroku – ona, zwinna i powabna, kipiała energią; jej udziałem wędrówki po wzgórzach, moim – benedyktyńskie ślęczenie nad księgami; ja zamknięty w sobie, oddany ciałem i duszą absorbującym i dręczącym rozmyślaniom – ona beztrosko idąca przez życie, niepomna cieni kładących się na jej ścieżce ani bezgłośnego ulatywania kruczoskrzydłych godzin. Berenika! – wypowiadam jej imię – Berenika! Na jego dźwięk z szarych zgliszcz pamięci podrywa się chmara zgiełkliwych wspomnień! Ach, staje mi przed oczami żywy jej obraz, jaką ongiś była, w czasach swawoli, wolna od frasunku! Och, pyszna i nieziemska uroda! Sylf zabłąkany w zaroślach Arnheim! Najada u leśnego źródełka! Lecz potem – co potem, to straszne i tajemnicze dzieje, o których lepiej by zmilczeć. Choroba – zgubna choroba spadła na nią jak nawałnica; patrzyłem, jak jej zarzewie rozprzestrzenia się i odmienia umysł Bereniki, jej nawyki, jej usposobienie, aż wreszcie, w najbardziej podstępny sposób, godzi w samą tożsamość jej osoby! Niestety! Niszczyciel ulotnił się tak, jak się pojawił – a ofiara – gdzież ona? Była mi obca, nic w niej nie zostało z dawnej Bereniki!

Wśród różnorodnych zaburzeń powstałych w następstwie tej pierwotnej i zgubnej przypadłości, która poczyniła takie potworne spustoszenia w duchowym i fizycznym jestestwie mej kuzynki, wymienić wypada najbardziej dotkliwą i uporczywą, to jest pewną postać epilepsji nierzadko kończącej się stanem transu – stanem mającym wszelkie pozory niechybnej śmierci – z którego chora na ogół budziła się w nagły i zaskakujący sposób. Tymczasem moja własna choroba – inaczej bowiem, jak mi powiedziano, nazwać tego nie można – nasilała się w błyskawicznym tempie, przybierając na koniec postać monomanii o nowym i niezwykłym charakterze. Wzmagała się z każdą godziną, z każdą chwilą, aż wreszcie zawładnęła mną całkowicie. Monomania ta – skoro inaczej nie da się tego określić – polegała na chorobliwej pobudliwości tejże władzy umysłu, której metafizyczna nauka nadaje miano uwagi. Jest rzeczą mało prawdopodobną, aby moje wyjaśnienia zostały należycie zrozumiane; obawiam się, że nie sposób czytelnikowi o umyśle nieodbiegającym od normy dać właściwe wyobrażenie o nienaturalnie spotęgowanym zainteresowaniu, z jakim, w moim przypadku, umysł oddawał się bez reszty kontemplacji nawet najzwyklejszych rzeczy we wszechświecie.

Rozmyślać nieprzerwanie całymi godzinami, z uwagą skupioną na jakimś błahym zawijasie nakreślonym na marginesie, na kroju czcionek w książce; zatracić się na długie godziny letniego dnia w cudacznym cieniu padającym pod kątem na tapetę lub posadzkę; strawić noc całą na obserwacji migotliwego płomyka lampy; zapamiętać się w rozkosznej woni kwiatu, nieodstępującej mnie po całych dniach; monotonnie powtarzać zwyczajne słowo, aż uleci z niego dla umysłu wszelki sens i stanie się pustym dźwiękiem; utracić poczucie ruchu czy cielesnego bytowania przez uporczywe i długotrwałe pogrążanie się w letargu; takie pokusy – wymieniam tu te najczęstsze i najmniej szkodliwe – rządziły mym umysłem, być może nie wyjątkowe w swej istocie, ale z pewnością stawiające opór analizie, niepoddające się wyjaśnieniu.

Nie chciałbym jednak, aby zrozumiano mnie opacznie. Nie należy bowiem mylić nieuzasadnionej, nadmiernej i chorobliwej ciekawości, wywołanej rzeczami banalnymi w swej istocie, z właściwą wszystkim ludziom skłonnością do zadumy, którą szczególnie pielęgnują w sobie osoby z bogatą wyobraźnią. Nie ma ona, jak można by zasadnie sądzić, nic wspólnego ze skrajnie natężoną czy też wyolbrzymioną postacią takiej skłonności; jest przypadłością innego z gruntu, odrębnego rzędu. W pierwszym przypadku uwaga marzyciela czy też fantasty, skupiona na przedmiocie bynajmniej niebłahym, niezauważalnie porzuca go w gąszczu domysłów i wniosków przezeń wzbudzonych, a wyrwany z rojeń, na ogół rozkosznych, spostrzega on, iż całkowicie stracił z pola widzenia swoje incitamentum, pierwotną przyczynę swych rozmyślań. Jeśli zaś chodzi o mnie, źródło mego zainteresowania niezmiennie okazywało się drobnostką, aczkolwiek wskutek mojej przypadłości przeinaczającej ogląd nabierała ona pozornej, acz sugestywnej doniosłości. Wniosków wypływało stąd niewiele, a jeśli w ogóle, to uparcie obracały się one wokół pierwotnego przedmiotu. Słowem, podczas gdy u mnie zaprzęgnięta była przede wszystkim uwaga, u marzyciela na pierwszy plan wybijała się refleksja.

Ówczesna moja lektura, nawet jeśli bezpośrednio nie przyczyniała się do pogłębienia mego zaburzenia, wykazywała w swej fantazyjności i niezborności wiele cech pokrewnych jego naturze. W pamięci zachowałem, między innymi, rozprawę czcigodnego Włocha Coeliusa Secundusa De Amplitudine Beati Regni Dei; poczesne dzieło świętego Augustyna Państwo Boże; oraz Tertuliana De Carne Christi, z którego sentencja swym paradoksalnym sensem: Mortuus est Dei Filius; credibile est quia ineptum est; et sepultus resurrexit; certum est quia impossible est, niepodzielnie zaprzątała moje myśli przez całe tygodnie usilnych, lecz bezowocnych dociekań.

Widać stąd zatem, iż wytrącany z równowagi jeno przez błahostki, rozum mój podobny był tej skale sterczącej z oceanu, opisywanej przez Ptolemeusza Hefestiona, co mężnie opierała się ludzkiej przemocy i sroższej od niej furii żywiołów, a zadrżała pod dotykiem kwiatu zwanego asfodel. Aczkolwiek pochopnie wnioskującemu zdać by się mogło pewnym nad wszelką wątpliwość, iż zmiany, jakie wywołała nieszczęsna choroba Bereniki w jej umysłowości, dostarczały obfitej pożywki dla mych zapamiętałych i wynaturzonych medytacji, których charakter starałem się pokrótce nakreślić – nic podobnego nie miało miejsca. Wprawdzie w przebłyskach jasności, kiedym otrząsał się z zaburzenia, bolałem nad jej niedolą i przejęty losem tak łagodnego i nadobnego stworzenia marniejącego w oczach, nie omieszkałem z goryczą zadumać się nad tajemniczymi mocami, które sprawiły ten nagły zwrot. Nie miały jednak te rozmyślania nic wspólnego z osobliwością mojego schorzenia, jako że zważywszy na okoliczności, właściwe one były ogółowi ludzi. Uwagę moją za to przykuły mniej istotne, ale bardziej zatrważające zmiany, które dotknęły powłokę fizyczną Bereniki – dziwna, przeraźliwa i postępująca zatrata rozpoznawalnych rysów jej postaci.

W czasach rozkwitu jej niezrównanej urody nie darzyłem jej miłością. Za sprawą mojej odmienności od normalnego człowieczeństwa uczucia u mnie nigdy nie były porywami serca, pasje zawsze rodziły się w intelekcie. W szarości poranka – w zacienionym szpalerze drzew w południe – w nocnym zaciszu biblioteki – migała mi przed oczami, a ja dostrzegałem nie Berenikę z krwi i kości, lecz Berenikę wyśnioną; nie istotę ziemską, cielesną, ale abstrakcję tejże istoty; nie zjawisko godne podziwu, lecz rzecz do analizy; nie przedmiot miłości, lecz temat zawiłych, acz oderwanych rozważań. Zaś teraz – teraz w jej obecności, na jej widok dygotałem i bladłem. Niemniej opłakując w duchu postępujące zepsucie jej doczesnej powłoki, pomny, iż od dawna żywi ona do mnie miłość, w złej godzinie poprosiłem ją o rękę.

Zbliżała się pora zaślubin, kiedy pewnego zimowego popołudnia, w dniu niezwykle jak na tę porę roku ciepłym, spokojnym i zamglonym – o takich to dniach mówi się, że są piastunką pięknego Halcjonu – siedziałem (jak mi się zdawało, sam) w bibliotece. Lecz gdy podniosłem wzrok, ujrzałem przed sobą Berenikę.

Nie wiem, czy sprawiła to moja rozgorączkowana wyobraźnia – czy wpływ mglistej aury – czy rozmywający wszystko półmrok komnaty – czy szare szaty, które ją spowijały, dość, że zarys jej postaci był chwiejny i zamazany. Przebiegł mnie lodowaty dreszcz; przytłoczył trwożny niepokój; zapłonąłem ciekawością i przez dłuższy czas z zapartym tchem, znieruchomiały, przyglądałem się osobie Bereniki. Jakże wychudła! Nic w niej nie ostało się z dawnej istoty. W końcu przeniosłem palący wzrok na jej twarz.

Czoło było wysokie, nadzwyczaj blade i gładkie; częściowo przesłaniały je ongiś krucze włosy, które wiły się na wklęsłych skroniach, lecz swym żółtym połyskiem i kapryśnym charakterem kłóciły się z obecnym na obliczu wyrazem melancholii. Oczy były jak martwe, zmatowiałe, bez źrenic, zdawało się. Odruchowo wzdrygnąłem się pod wpływem ich szklistego wejrzenia i skierowałem wzrok na zwiędłe i zapadnięte usta. Rozchyliły się w zagadkowym uśmiechu i oczom moim z wolna ukazały się zęby wyniszczonej Bereniki. Bodajbym nigdy ich nie ujrzał albo ujrzawszy je, skonał na miejscu!

ODGŁOS ZAMYKANYCH DRZWI wyrwał mnie z zamyślenia i spostrzegłem, że Berenika opuściła komnatę. Lecz zakamarków mego skołatanego umysłu nie opuściło – i nijak nie dało się przepędzić – białe, upiorne widmo zębów. Ani skazy na powierzchni, ani plamki przebarwienia na szkliwie, ani uszczerbku na krawędziach – tylko to, co wypaliło się w mojej pamięci podczas tej krótkiej odsłony. Widziałem je teraz nawet wyraźniej niż wtedy. Zęby! – zęby Bereniki! – prześladowały mnie, otaczały widoczne i namacalne ze wszystkich stron; długie, wąskie i upiorne w swej bieli, w oprawie sinych, rozedrganych warg, tak jak objawiły mi się po raz pierwszy w całej swej grozie. Monomania wzięła mnie w swoje despotyczne władanie i daremnie starałem się uwolnić od jej natrętnego i przemożnego wpływu. Mimo takiego bogactwa przejawów zewnętrznego świata nic nie zajmowało moich myśli prócz zębów. Ich to wyłącznie i wściekle pragnąłem. Rozmyślania o nich przesłoniły mi wszelkie inne sprawy i zajęcia. Miałem ich obraz – i tylko ten jeden obraz – wciąż przed oczyma wyobraźni; stały się wyłączną i niepodzielną treścią mego duchowego życia. Oglądałem je w każdym możliwym świetle. Obracałem na wszystkie strony. Studiowałem ich właściwości. Roztrząsałem ich znaki szczególne. Zdumiewałem się ich kształtem. Dumałem nad przemianą w ich charakterze. Z drżeniem przypisywałem im w wyobraźni zdolność odczuwania, a także, nawet bez pomocy ust, wyrażania nastrojów. Trafnie powiedziano o mademoiselle Salle: Que tous ses pas étaient des sentiments, a co się tyczy Bereniki, święcie przekonany byłem, że tous ses dents étaient des idées! Des idées! – ta właśnie niedorzeczna myśl dopełniła mojej zguby! Des idées! – to dlatego pożądałem ich tak szaleńczo! Sądziłem, że tylko kiedy je posiądę, odzyskam spokój i wróci mi rozum.

Pogrążony w tych rozmyślaniach doczekałem zmierzchu – a potem zapadnięcia, panowania i odejścia zmroku – świtania nowego dnia – i już zbierały się wieczorne mgły, a ja nadal siedziałem bez ruchu w mojej samotni – i nadal dumałem – i nadal bez reszty władał mymi myślami upiorny fantazmat zębów, osaczając mnie, mimo zmieniającej się gry świateł i cieni, z odrażającą i niewzruszoną wyrazistością. W końcu w rojenia moje zakradł się krzyk jakby zgrozy i rozpaczy; a po krótkiej przerwie rozległy się wzburzone głosy, którym wtórowały zawodzenia pełne bólu lub cierpienia. Poderwałem się z fotela, otworzyłem drzwi i ujrzałem u progu dziewkę służebną zalaną łzami, która oznajmiła mi, że Berenika... odeszła! Wczesnym rankiem złożona została niemocą, a teraz, u schyłku dnia, sposobiono grobowiec na przyjęcie nowego mieszkańca, wszystko gotowe było do pochówku.

KIEDYM SIĘ SPOSTRZEGŁ, siedziałem w fotelu w bibliotece, i znów siedziałem tam samotny. Miałem wrażenie, jakbym ocknął się właśnie z chaotycznego, pasjonującego snu. Wiedziałem, że jest już północ; uprzytomniłem sobie, że Berenika złożona została do grobu o zachodzie słońca. Lecz okres dzielący mnie od jej pochówku skrywała dziwna pomroka. W głowie zaś kołatały mi mgliste, groźne obrazy – tym groźniejsze, że tak nieokreślone, dwuznaczne w swej wymowie. Była to przerażająca karta w moich dziejach, zapisana niejasnymi, ohydnymi i niezrozumiałymi wspomnieniami, którą na próżno usiłowałem rozszyfrować, podczas gdy raz po raz w uszach rozbrzmiewało mi echo przeszywającego, przeraźliwego kobiecego krzyku, niczym wycie potępieńca z zaświatów. Uczyniłem coś – ale co? Zadawałem sobie na głos to pytanie, a mury komnaty odpowiadały mi szeptem: „Co to było?”.

Na stoliku u mojego boku płonęła lampa, przy niej stało pudełko. Niczym się nie wyróżniało, widywałem je wcześniej, stanowiło bowiem własność lekarza naszej rodziny. Lecz jakimże sposobem trafiło tutaj i dlaczego wstrząsały mną dreszcze, kiedym mu się przyglądał? Nijak nie mogłem tego wytłumaczyć. Mój wzrok padł na otwartą księgę, na podkreślone w niej zdanie, niewyszukane, choć osobliwe słowa poety Ebn Zaiata: Dicebant mihi sodales, si sepulchrum amicæ visitarem, curas meas aliquantulum fore levatas. Lecz dlaczego przy ich czytaniu włosy zjeżyły mi się na karku i krew zastygła w żyłach?

Usłyszałem delikatne pukanie do drzwi; służący, blady niczym trup, bezszelestnie wszedł do komnaty. Na jego obliczu malowało się przerażenie, zwrócił się do mnie głosem drżącym, ochrypłym i ściszonym. O czymże mi doniósł? – dotarły do mnie urywki zdań. Opowiedział o dzikim wrzasku, który rozdarł nocną ciszę – o skrzyknięciu się służby – o wyprawie w kierunku, z którego dochodził ów odgłos; mowa jego nabrała przejmującej wyrazistości, kiedy szeptem powiadomił mnie o odkryciu naruszonego grobowca – o zniekształconym ciele złożonym tam na marach, które mimo to nadal oddychało – dygotało – żyło!

Wskazał na moje szaty; były zabłocone i splamione krwią. Oniemiałego, ujął mnie za rękę; widniały na niej ślady odciśniętych ludzkich paznokci. Naprowadził moje spojrzenie na przedmiot oparty o ścianę. Przyglądałem mu się dłuższy czas: to był szpadel. Z krzykiem doskoczyłem do stołu i porwałem leżące na nim pudełko. Nie mogłem go otworzyć i tak byłem roztrzęsiony, że wypadło mi z rąk i rozbiło się z hukiem o posadzkę. Ze środka wytoczyły się narzędzia dentystyczne, a wraz z nimi rozsypały się po podłodze trzydzieści dwa białe, lśniące okruchy czegoś, co wyglądało na kość słoniową.Eleonora

Sub conservatione formae specificae salva anima.

Rajmund Llull

WYWODZĘ SIĘ Z RODU znanego w świecie z siły wyobraźni i żaru namiętności. Nazwano mnie szaleńcem, lecz kto wie, czy obłęd nie stanowi najwznioślejszego przejawu inteligencji – czy w znacznej mierze tego, co świetne w naszym dorobku, a w całości tego, co prawdziwie głębokie, nie zawdzięczamy myśli chorobliwej – stanom umysłu wzbudzanym kosztem ogólnego rozwoju intelektu, wszak kwestia ta wciąż pozostaje otwarta. Kto śni na jawie, postrzega wiele rzeczy, które umykają śniącemu tylko nocą. W mglistych wizjach ukazują mu się przebłyski wieczności, a po przebudzeniu fantasta z rozkoszą uświadamia sobie, iż otarł się o próg wielkiej tajemnicy. I tak, krok po kroku, dostępuje on nieco tej mądrości, która jest samym dobrem, więcej zaś wiedzy, która niesie ze sobą zło. Podobni marzyciele wyprawiają się, bez steru czy kompasu, na bezkresny ocean „niewysłowionego światła” i ponownie, jak ów nubijski geograf w swych poszukiwaniach, agressi sunt mare tenebrarum, quid in eo esset exploraturi.

Przyjmijmy zatem, żem jest szalony. Przyznaję bowiem, że moja umysłowość ogarnia dwa przeciwstawne usposobienia – pierwsze to stan przejrzystego rozumu, który wyklucza wątpliwość i który odnosi się do pamięci wydarzeń składających się na pierwszy okres mego życia. Drugie zaś to stan cienia i niepewności, który trwa obecnie i który obejmuje to, co składa się na drugą wielką erę mego istnienia. Dajcie tedy wiarę mojej opowieści o pierwszej epoce mego bytu, zaś to, co się tyczy czasu późniejszego, przyjmijcie z umiarkowaną ufnością albo odrzućcie w całości, a gdy odrzucić nie potraficie, spróbujcie niczym Edyp przeniknąć zagadkę.

Dziewczę, które kochałem za młodu, było jedyną córką siostry mojej dawno zmarłej matki. Kuzynka ma miała na imię Eleonora i wciąż żywe we mnie wspomnienia jej osoby spisuję teraz ze spokojem. Od niepamiętnych czasów mieszkaliśmy razem w opromienionej tropikalnym słońcem Dolinie Wielobarwnych Traw. Nie zdarzyło się, aby trafił do niej człek niepowołany, gdyż położona była hen, wśród ogromnych wzgórz, które opasując ją szczelnie, nie dopuszczały słonecznego światła do jej najmilszych zakamarków. Gościńce omijały ją z dala, a jeśli kto próbowałby dostać się do naszego szczęśliwego domostwa, musiałby wpierw przedrzeć się przez gałęzie tysięcy drzew broniących doń dostępu, niszcząc pod stopami kobierce wonnego kwiecia. Stało się zatem, że zamieszkiwaliśmy tę dolinę samotnie, niepomni rozciągającego się za nią szerokiego świata – ja, moja kuzynka i jej matka.

Z zamglonych obszarów za wzgórzami, z wyższego krańca naszej obramowanej dziedziny wpływała do doliny wąska i głęboka rzeka. Nic na świecie nie jaśniało jak jej lustro, nic oprócz oczu Eleonory. Wijąc się niepostrzeżenie licznymi zakolami, docierała w końcu do cienistego wąwozu w drugim krańcu doliny i tam ginęła, meandrując pośród odległych wzgórz blado majaczących na horyzoncie. Nazwaliśmy ją „Rzeką Milczenia”, albowiem niosła ze sobą wyciszenie, które dziwnie udzielało się jej otoczeniu. Nie wzlatywał w powietrze nad jej wodami nawet najlżejszy szmer, a jej nurt był tak łagodny, że kamyki na dnie głębokiego koryta, które uwielbialiśmy oglądać, tkwiły nieporuszone, trwały na swych miejscach w błogim zadowoleniu, lśniąc nieustannym blaskiem.

Obrzeża rzeki, a także licznych skrzących się strumyków, które podążając krętymi torami, zasilały jej bieg, jak również połacie ciągnące się od obrzeży w głąb wód, aż do samego usianego kamieniami dna – te połacie, jak i całą powierzchnię doliny, aż po otaczające ją wzgórza, pokrywał kobierzec miękkiej zielonej trawy, gęstej, krótkiej, idealnie równej, rozsiewającej woń wanilii, kobierzec przetykany żółtymi jaskrami, białymi stokrotkami, fiołkami i rubinowymi astrami, którego nadzwyczajne piękno dobitnie obwieszczało naszym sercom miłość i chwałę Stwórcy.

Porastały tę trawę tu i ówdzie kępy fantasmagorycznych drzew, rodem z najśmielszych przywidzeń, a ich smukłe strzeliste pnie nie wznosiły się prosto do nieba, lecz wyginały się wdzięcznie w stronę światła, które w południe muskało sam środek doliny. Ich kora usiana była na przemian połyskliwymi płatami hebanu i srebra, a gładkością nie mogło równać się z nią nic na świecie, nic oprócz lic Eleonory. Gdyby nie jaskrawa zieleń olbrzymich liści, rozpościerających się z wierzchołków długimi, rozedrganymi pasmami, pieszczonych tchnieniem Zefira, można by je zasadnie wziąć za olbrzymie syryjskie węże oddające hołd swemu bogu, Słońcu.

Piętnaście lat przemierzaliśmy z Eleonorą tę dolinę ręka w rękę, nim w naszych sercach zagościła miłość. Stało się to pewnego wieczoru, kiedy moja kuzynka kończyła piętnasty rok życia, a ja dwudziesty. Siedzieliśmy wtedy spleceni pod wężowymi konarami, spoglądając na swe odbicia w wodach Rzeki Milczenia. Do końca tego cudownego dnia nie wypowiedzieliśmy ani słowa, jeszcze nazajutrz odzywaliśmy się z rzadka, głosami wciąż drżącymi. Z nurtu rzeki zaczerpnęliśmy dar Boga Miłości i czuliśmy, że Eros rozpalił w nas żarliwe dusze naszych przodków. Spłynęła na nas fala namiętności, od wieków wyróżniającej nasz ród, a wraz z nią odżyła w nas również wyobraźnia cechująca go od pokoleń, te zaś, działając pospołu, wniosły do Doliny Wielobarwnych Traw gorączkową, upojną szczęśliwość. Odmieniło się w niej wszystko. Na drzewach, które nigdy wcześniej nie kwitły, wyrosły nagle osobliwe płomieniste kwiaty w kształcie gwiazd. Zieleń trawiastego kobierca pociemniała, białe stokrotki zanikły, a rozpleniły się zastępy purpurowych goździków. Dolina wypełniła się życiem. Przybyły niewidziane tu dotąd rosłe flamingi, które pyszniły się swym karminowym upierzeniem, a w ślad za nimi rzesze mieniącego się cudownie, wesołego ptactwa. Rzeka zaroiła się od złocistych i srebrzystych ryb, a z głębi jej wód dobywał się narastający szmer, który przerodził się w kojącą muzykę, słodszą od dźwięków eolskiej harfy – nic na ziemi nie mogło równać się z jej niebiańskimi tonami, nic oprócz głosu Eleonory. Ogromny obłok, który podziwialiśmy od dawna, wiszący na niebie nieopodal Gwiazdy Wieczornej, płynął ku nam, jaśniejąc złotem i purpurą i opadając niżej dzień po dniu, osiadł wreszcie na szczytach wzgórz, wnosząc do tej mrocznej rubieży swój przepych, zamykając nas, jakby po wsze czasy, w czarownym więzieniu świetności i chwały.

Eleonora obdarzona była urodą iście anielską; to prostolinijne i niewinne dziewczę wiodące życie pośród kwiatów nie znało podstępu. Nie skrywała za wymyślną fasadą żaru miłości rozpalającej jej serce i odsłaniała przede mną najgłębsze jego tajniki, kiedyśmy przemierzali Dolinę Wielobarwnych Traw, omawiając doniosłe zmiany, jakie w niej zaszły.

Jednak pewnego dnia, ze łzami w oczach, wspomniała o tej ostatniej smutnej zmianie, jakiej poddany jest każdy człowiek, i od tej pory wplatała ów żałobny temat do każdej rozmowy, jak to się dzieje w strofach barda z Szirazu, gdzie te same obrazy powracają raz po raz w zmyślnie odmienionych frazach. Eleonora pojęła bowiem, iż naznaczona została przez Śmierć – że niczym efemeryda ujrzała światło dzienne w całej swej krasie po to jedynie, aby zaraz umrzeć. Lecz z jednego tylko powodu skon napełniał ją przerażeniem, i powód ten wyjawiła mi pewnego dnia o zmierzchu nad Rzeką Ciszy. Cierpiała na myśl, że po złożeniu jej do grobu w Dolinie Wielobarwnych Traw opuszczę na zawsze ten rajski zakątek i w szerokim świecie, jaki rozciąga się za jego granicami, inna panna zostanie wybranką mego serca, obecnie oddanego bez reszty jej, Eleonorze. Rzuciłem się wówczas do jej stóp i przyrzekłem jej oraz Niebiosom, że nigdy nie zwiążę się małżeństwem z żadną córą tej ziemi – iż w żaden sposób nie sprzeniewierzę się pamięci jej drogiej osoby ani pamięci żarliwego uczucia, jakim mnie błogosławiła. A na świadka moich uroczystych ślubów wezwałem samego Potężnego Władcę Wszechświata. Gdybym zaś okazał się wiarołomcą i nie dotrzymał obietnicy, Pan w Niebiesiech oraz sama Eleonora, ta czysta dusza przeznaczona Elizejskim Polom, obłożyć mnie mieli klątwą i spuścić na mnie karę tak straszliwą, że lepiej o niej tutaj zmilczę.

Lśniące oczy Eleonory zapałały jeszcze jaśniejszym blaskiem pod wpływem moich słów, a z jej piersi dobyło się westchnienie, jakby kto zdjął z nich śmiertelne brzemię. Zadrżała i zapłakała rzewnymi łzami, lecz przysięgę przyjęła (wszak dziewczę było z niej kruche), a łoże śmierci stało się dla niej przez to milsze. Wyznała mi kilka dni później, spokojnie umierając, że w podzięce za to, co uczyniłem na pociechę jej duszy, po śmierci będzie czuwać nade mną duchem, i jeśli będzie jej dane, ukazywać mi się będzie nocą; gdyby zaś to przekraczało moc duszyczek w Raju, da mi znać o swej obecności w inny sposób, wplatając swe westchnienie w powiew wieczornego wietrzyka lub rozsiewając czarowne wonie z anielskiej kadzielnicy w powietrzu, którym oddycham. Z tymi słowami na ustach dokonała swego niewinnego żywota, i tym samym dobiegła kresu pierwsza era mojego istnienia.

Dotąd w mej historii wszystko oddałem wiernie. Lecz gdy przekraczam barierę na drodze Czasu, barierę wyznaczoną przez śmierć mojej ukochanej, i przechodzę do drugiej epoki swego życia, czuję, jakby mój umysł pogrążał się w cieniu, i osaczają mnie wątpliwości, czy mój przekaz jest w pełni wiarygodny. Niemniej wyłożę rzecz do końca. Lata wlokły się ospale, a ja wciąż mieszkałem w Dolinie Wielobarwnych Traw, w której po raz wtóry wszystko się odmieniło. Zwiędły gwiaździste kwiaty, na powrót zapadły się w pnie drzew i zniknęły na zawsze. Zblakły barwy zielonego kobierca, zmarniały purpurowe goździki, a na ich miejscu gromadnie wyrosły patrzące żałośnie ciemne fiołki, niespokojnie rozkołysane i wiecznie zwilżone rosą. Wypełniona życiem dolina opustoszała, albowiem odleciały z niej rosłe flamingi, które pyszniły się swym karminowym upierzeniem, a w ślad za nimi rzesze mieniącego się cudownie, wesołego ptactwa, które wraz z nimi tu przybyło. Złociste i srebrzyste ryby odpłynęły wąskim przesmykiem rzeki uchodzącej z naszej dziedziny z drugiego, niższego krańca, i nie ozdabiały już wód naszych strumieni. Kojąca muzyka, słodsza od dźwięków eolskiej harfy, z której niebiańskimi tonami nie mogło się równać nic, nic oprócz głosu Eleonory, ta muzyka stopniowo cichła, szmer stawał się coraz słabszy, aż rzeka na powrót zapadła w pełne powagi milczenie. Na koniec oderwał się od wierzchołków wzgórz ogromny obłok, skazując je na dawny mrok, i poszybował ku Gwieździe Wieczornej, unosząc z Doliny Wielobarwnych Traw całe różnorodne bogactwo swej świetlistej świetności.

Jednak Eleonora nie zapomniała o swojej obietnicy, albowiem niekiedy dochodził moich uszu poszum kołysanych anielską ręką kadzielnic i po całej dolinie niosły się niebiańskie wonie, a w dłużących się godzinach samotności owiewające me skronie wiatry przybywały brzemienne cichymi westchnieniami, często zaś w nocnym powietrzu rozchodziły się niewyraźne szmery, a raz – ach, raz tylko! – z drzemki, ciążącej mi niczym sen śmierci, wybudziło mnie muśnięcie duchowych ust składających na mych wargach pocałunek.

Lecz nawet te sposoby nie potrafiły zapełnić pustki w moim sercu. Tęskniłem za miłością, która niegdyś rozpierała me jestestwo. W końcu wspomnienia Eleonory uczyniły dalszy mój pobyt w dolinie nieznośnym, porzuciłem ją tedy dla próżnych spraw i burzliwych triumfów światowego życia.

TRAFIŁEM DO OBCEGO MIASTA, gdzie nie brakło rzeczy, które mogły zagłuszyć wspomnienia słodkich snów, jakie tak długi czas roiłem w Dolinie Wielobarwnych Traw. Przepych i wystawne ceremonie dostojnego dworu, zaciekły szczęk oręża, promienna uroda kobiet, wszystko to oszałamiało mnie i odurzało. Jednak dusza moja trwała przy swych ślubach, a Eleonora nadal zsyłała mi wśród nocnej ciszy znaki swojej obecności. Wtem świadectwa te ustały, a świat pociemniał w moich oczach. Albowiem hen, z daleka, z odległej i nieznanej krainy przybyła na dwór króla, któremu służyłem, panna o urodzie, co wnet zawładnęła całym moim wiarołomnym sercem – której ulegle pokłoniłem się w płomiennym, czołobitnym hołdzie miłości. Czymże bowiem była namiętność, jaką onegdaj żywiłem dla dziewczęcia z doliny, wobec żaru, obłędu, uskrzydlającej duszę ekstazy uwielbienia, jakie wzbierały we mnie, kiedym we łzach wylewał całe me jestestwo u stóp eterycznej Ermengardy? Seraficzna Ermengarda jaśniała jedynym w swoim rodzaju blaskiem, który przyćmiewał wszystkie inne nadobne panny. Niebiańska Ermengarda była jak anioł, a kiedym spoglądał w przepastne głębie jej niezapomnianych oczu, myślałem jeno o nich – i o niej.

Poślubiłem ją, nie dbając o to, czy ziści się ciążąca na mnie klątwa. I nie spadła na mnie karząca ręka. A raz jeden, wśród nocnej ciszy, tak jak ongiś, doleciały mnie z oddali niesłyszane od dawna ciche westchnienia, które przybrały postać znajomego słodkiego głosu, oznajmiając:

„Śpij spokojnie! Albowiem wszystkim włada i rządzi Duch Miłości, a biorąc do swego namiętnego serca tę, która zwie się Ermengarda, zostałeś zwolniony – z powodów, które poznasz w Niebiesiech – z przyrzeczenia, jakie złożyłeś Eleonorze”.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: