Dzieciństwo obfituje w doświadczenia źródłowe, przeżycia pierwsze. Nie oczekujemy ich, gdyż nie są przez nas planowane. Nie stanowią jednak zaskoczenia, bo nie kłócą się z jakimkolwiek wcześniej ustalonym obrazem świata – same obraz ten dopiero w nas tworząc. Nie sposób się do nich przygotować; jesteśmy więc wobec nich bezbronni, zatem i całkowicie na nie otwarci. Są, kiedy przychodzą. Ich bezpośredniość sprawia, że to, co przynoszą, zostaje nam dane do głębi.

Kąpiel w cynowej wanience, smak domowego lekarstwa na kaszel, pacierz przed snem, zapach salcesonu u garmażera, melancholia przedszkolaka, wyimaginowane bycie Winnetou, fascynacja fizycznością piłeczki kauczukowej… Tym, co łączy te –  opisane w „Samopamięci” – tak różne dziecięce doświadczenia, i stanowi o ich sile, jest precedensowość. Dziejąc się po raz pierwszy, wpływają na przyszłość w ten sposób, iż – paradoksalnie – z upływem czasu ich realność nie zaciera się, lecz wzmaga, w wyniku uobecniania się, wciąż na nowo, w przeżyciach wtórych i kolejnych. Są ich formami i pierwowzorami.

Przeżycia-precedensy, będąc pierwszymi, bywają też ostatnimi (ostatecznymi?), o czym świadczy to, że tak wiele osób, u schyłku życia lub w chwilach kryzysu, do nich właśnie wraca myślą (słynne Rosebud Charlesa Fostera Kane’a).

„Samopamięć” jest zaproszeniem Czytelnika do powrotu ku przeżyciom pierwszym, także własnym, ku  intensywności odczuwania: w dzieciństwie – spontanicznej, teraz – wymagającej zwykle przełamywania narosłych przez lata barier, czyli ponownego otwierania się na ludzi i rzeczy.