Bóg. Cisza. Prostota - Brat Marek z Taizé, Piotr Żyłka  - ebook

Bóg. Cisza. Prostota ebook

Brat Marek z Taizé, Piotr Żyłka

4,5

Opis

Spotkaj Boga w ciszy i prostocie

Mała, burgundzka wioska. Skromne zabudowania. Cisza. Spokój. Kontemplacja i modlitwa. To właśnie tu, od ponad siedemdziesięciu lat, przyjeżdżają tysiące młodych ludzi. Czego szukają? Co pragną zmienić? Dlaczego, nawet po latach, wracają w to wyjątkowe miejsce?

Ta książka jest opowieścią o fenomenie Taizé. Osobistą rozmową z bratem Markiem, z którym spotkanie stało się przełomem w życiu wielu ludzi. To także historia wielkiej miłości do Boga. Czułości i gościnności. Nadziei i szansie dla każdego z nas, by w czasach nieustannego zagonienia, kryzysu wiary i wartości, znaleźć pokój serca i zmienić swoje życie.

Taizé pokazuje, jak otworzyć człowieka na tajemnicę Boga. Prymas Polski Wojciech Polak

To doświadczenie duchowe było tak ważne, że zaproponowałem mojemu zespołowi ds. nowej ewangelizacji, żebyśmy wybrali się do Taizé, żeby tam pobyć razem ze sobą, modlić się, spotykać z ludźmi. Abp Grzegorz Ryś

W Taizé nie chodzi tylko o piękną modlitwę. Nie chodzi też o jakieś wzniosłe idee. Nie chodzi nawet o wielkie wybory życiowe czy etyczne. U początków wszystkiego jest spotkanie z Osobą, z wydarzeniem, które jest związane z tą Osobą. I tu, w Taizé, wszystko do tego zmierza. Brat Marek z Taizé

Dziś wiem, że to, jak patrzę na świat, jak widzę misję Kościoła i co jest dla mnie najważniejsze w życiu, mam właśnie stąd. Piotr Żyłka

Brat Marek (1949 r.) – pierwszy Polak, który został bratem w Taizé. Jest katolickim księdzem, przez wiele lat zajmował się przyjmowaniem Polaków przyjeżdżających do wioski. Obecnie opiekuje się uchodźcami i migrantami przyjętymi przez wspólnotę.

Piotr Żyłka (1986 r.) – redaktor naczelny jezuickiego portalu DEON.pl, autor wywiadu-rzeki z ks. Janem Kaczkowskim Życie na pełnej petardzie. Jeden z inicjatorów Zupy na Plantach. Od dzieciństwa związany ze wspólnotą Taizé.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (10 ocen)
6
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




© Wydawnictwo WAM, 2019© Ateliers et Presses de Taizé, 71250 Taizé, France, 2019Opieka redakcyjna: Kama HawryszkówRedakcja: Marek GurbaKorekta: Agnieszka Zielińska, Katarzyna OnderkaProjekt okładki: Katarzyna LegendźSkład i opracowanie graficzne: Lucyna SterczewskaFotografia na okładce: brat Krzysztof z TaizéISBN978-83-277-2269-0WYDAWNICTWOWAMul. Kopernika 26 • 31-501 Krakówtel. 12 62 93 200 e-mail: [email protected]ŁHANDLOWYtel. 12 62 93 254-255 e-mail: [email protected]ĘGARNIAWYSYŁKOWAtel. 12 62 93 260www.wydawnictwowam.pldruk i oprawa: ABEDIK • PoznańPublikację wydrukowano na papierze Stella Press 70 g vol. 1.3 dostarczonym przez ZING Sp. z o.o.

Przedmowa

Londyn, 13 grudnia 1981 roku. Brat Marek, bardzo poruszony, właśnie podzielił się z nami wiadomością o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Niepokój był ogromny: jaka przyszłość czeka związek zawodowy „Solidarność” i cały kraj? I w jeszcze bliższej perspektywie, czy młodzi Polacy, których tysiące miały wziąć udział w naszym spotkaniu europejskim dwa tygodnie później, będą mogli przyjechać? Byliśmy wtedy młodzi, minęło wiele lat, ale to wspomnienie wciąż jest dla mnie bardzo żywe.

Jestem szczęśliwy, że nadarzyła się okazja, by wyrazić wdzięczność naszemu bratu Markowi. Na łamach książki, w której rozmawia z Piotrem Żyłką, ponownie, na tle wyzwań stojących przed światem, przemierza on dziesiątki lat swojej drogi za Chrystusem, życia naszej wspólnoty, przyjmowania w Taizé młodych ludzi.

Kiedy myślę o historii ostatnich lat w Polsce, pamiętam przede wszystkim o wspaniałym geście polskich biskupów – był wśród nich przyszły święty Jan Paweł II – kiedy na zakończenie Soboru Watykańskiego II, 18 listopada 1965 roku, zaprosili biskupów niemieckich do „dialogu, wzajemnego przebaczenia i braterstwa” i zakończyli swój list tymi nieoczywistymi słowami: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Ta wyciągnięta ręka zmieniła bieg historii.

Brat Roger, założyciel Wspólnoty z Taizé, od najwcześniejszych lat był przywiązany do narodu polskiego. Już jako student głęboko przeżywał napaść na Polskę, wydarzenie, które rozpoczęło drugą wojnę światową. Później, w Taizé, kiedy poznał polskich intelektualistów, nabrał mocnego przekonania, że wiara jest skarbem, który Polacy otrzymali i którym mogą się dzielić z wieloma innymi.

Brat Roger bardzo lubił brać udział w ludowych formach wyrażania tej wiary. W latach siedemdziesiątych chętnie uczestniczył z bratem Markiem w kilku pielgrzymkach górników do Piekar Śląskich. Był poruszony ich pokorną miłością do Boga i do Kościoła.

Ja mam inne osobiste wspomnienie związane z Polską i z bratem Markiem. To, rzecz jasna, pierwsze Europejskie Spotkanie Młodych organizowane w Europie Środkowej, które razem przygotowywaliśmy. We Wrocławiu w grudniu 1989 roku dziesiątki tysięcy młodych uczestników mogły odkryć serdeczną polską gościnność. Cieszę się więc, że po trzydziestu latach możemy się znowu spotkać w tym mieście!

Dzisiaj nadal wsparciem dla nas jest wiara i modlitwa tak wielu Polaków. I chcę powiedzieć, że bardzo istotne jest, żeby naród nie utracił tego żywego skarbu wiary. Potrzeba z pewnością jakiegoś aggiornamento, jak to nazywał święty papież Jan XXIII, nowej wrażliwości, żeby młode pokolenia odkrywały, jak nadal żyć wiarą w zmieniającym się świecie. Ufam, że Polacy odnajdą tę drogę.

Brat Alois z Taizé

Wstęp

Jest 26 sierpnia, poniedziałek. W Taizé jestem od kilku dni. Do końca miesiąca mam oddać gotowy tekst książki. Dlatego od samego początku mojego pobytu tutaj próbuję napisać wstęp. Zaczynałem już kilka razy, ale każda z tych prób lądowała w koszu. Nie jest łatwo dzielić się czymś, co jest jednym z najważniejszych doświadczeń w życiu. Jakich słów użyć, żeby nie zabrzmiało to nieznośnie patetycznie? Albo wręcz przeciwnie – żeby nie wyszło infantylnie i banalnie? Przecież dobrze wiem, jak ważny jest język. Wielokrotnie sam irytuję się, kiedy w kościołach słyszę wypowiedzi oderwane od rzeczywistości. Wszyscy to dobrze znamy. Kroczenie, pochylanie się z troską, spożywanie, przewielebne ekscelencje i prześwietne kurie – przykłady kościelnej nowomowy można by mnożyć bez końca. Z drugiej strony niewypełnione żadną poważniejszą refleksją frazesy o tym, że Bóg kocha każdego z nas i ma dla ­każdego z nas wspaniały plan.

Jak podzielić się czymś, co naprawdę wywróciło moje życie do góry nogami i ukształtowało moją wrażliwość na całe lata? To wcale nie jest przesada. Dziś wiem, że to, jak patrzę na świat, jak widzę misję Kościoła i co jest dla mnie najważniejsze w życiu, mam właśnie stąd.

Kiedy już myślałem, że nie dam rady wyrazić tego, co tak bardzo chcę przekazać, i pewnie będę musiał poprosić redaktorkę czuwającą nad powstaniem tej książki o kilka dodatkowych dni na skończenie pracy, w Taizé zaczął się nowy tydzień.

Ostatni tydzień sierpnia to tutaj tak zwany tydzień specjalny. W tym roku jest on poświęcony ekologii. „Solidarność z całym Stworzeniem. Zatroszczmy się o Ziemię!” – takie hasło widnieje na programie, który dostał każdy z uczestników. Po porannej modlitwie w Kościele Pojednania i śniadaniu poszedłem na wprowadzenie biblijne. Okazało się, że poprowadzi je brat Emil. Ucieszyłem się bardzo, bo raz już brałem udział w jego wprowadzeniu i wtedy zrobiło ono we mnie dużo dobrego. Tym razem brat Emil zupełnie nieświadomie rozwiązał mój problem. Już po kilkunastu minutach poczułem, że w końcu mam wstęp.

Brat Emil opowiedział o pewnej dziennikarce i ekonomistce, która opisując sytuację, w jakiej znajduje się dzisiejszy świat, zaznaczyła, że nie chce już poruszać tematu kryzysu, o którym mówią wszyscy dookoła. Zamiast tego chce mówić o nowym początku i szukać odpowiedzi na pytanie, co możemy zrobić, żeby nie poddać się wszechobecnemu defetyzmowi i zacząć budować chociaż trochę lepszą rzeczywistość – rozpoczynając od samego siebie. To wcale nie znaczy, że mamy ignorować problemy, tragedie, skandale i otaczający nas chaos. Nie chodzi też o naiwny optymizm. Chodzi o zmianę akcentów w myśleniu, która pozwoli nam przejść od załamywania rąk z bezsilności do próby wzięcia spraw w swoje ręce i uwierzenia, że niezależnie od sytuacji jesteśmy w stanie zacząć wszystko od nowa. „Pamiętajmy, że Pan Bóg stworzył świat z chaosu, a nie z idealnie poukładanej ­rzeczywistości” – dodał brat Emil.

Właśnie dlatego piszę tę książkę. Właśnie dlatego od kilku lat namawiałem brata Marka do tych rozmów i właśnie dlatego prawie każdą wolną chwilę od początku tego roku poświęciłem na pracę nad tym projektem.

Kilkanaście lat temu znalazłem się na życiowym zakręcie. Ktoś może zapytać, co może powiedzieć o prawdziwych problemach nastolatek, który wychował się w zamożnej lekarskiej rodzinie. Jednak poczucie bezsensu i w konsekwencji rozpacz, z której nie widać wyjścia, może dopaść każdego. Również pozornie beztroskiego nastolatka. Kompleksy, zaburzone poczucie własnej wartości, problemy w szkole, utrata wiary, dojmujące uczucie beznadziei.

Właśnie w takim momencie trafiłem do małej wioski w Burgundii i spotkałem cichego, niepozornego człowieka. To miejsce i ten człowiek zmieniły we mnie wszystko. Dlatego wracam tu od kilkunastu lat za każdym razem, kiedy tracę oddech i potrzebuję odnaleźć wewnętrzny spokój oraz siły do dalszego działania.

Wiele osób, kiedy słyszy słowo „Taizé”, myśli przede wszystkim o wielkich spotkaniach sylwestrowych i pięknych pieśniach. A to tylko malutki wycinek tego, czym tak naprawdę jest ta wspólnota, którą papież Jan XXIII nazwał „małą wiosną Kościoła”.

Taizé to szukanie nadziei tam, gdzie nikt jej nie dostrzega. To wyciągnięcie ręki do leżącego, szczególnie tego najsłabszego i najbardziej poranionego. To budowanie mostów tam, gdzie inni budują mury. To wprowadzanie zaufania tam, gdzie inni sieją lęk. To szukanie światła nawet w największych ciemnościach.

Wiem, że czasy są naprawdę trudne. Wiem, że dla wielu z nas ostatnie miesiące były okresem mierzenia się z przytłaczającą, a czasem nawet mroczną prawdą o naszym Kościele. Kiedy dodamy do tego świadomość o wojnach, głodzie i konfliktach toczących się na całym świecie oraz niepewność o przyszłość Ziemi wynikającą ze zmian klimatycznych napędzanych naszą chciwością, egoizmem i krótkowzrocznością, robi się naprawdę nieprzyjemnie. To ­wszystko może budzić poczucie bezsilności. Sam tak czasem mam.

Dlatego nie powiem ci, że mam dla ciebie receptę i że jeśli jej użyjesz, na pewno znikną twoje problemy i wszystko będzie dobrze. Oddaję w twoje ręce tych kilkaset stron zadrukowanego papieru, mając nadzieję, że pod wpływem lektury dasz sobie szansę na nowy początek. Że niezależnie od tego, w jak trudnej sytuacji się w tej chwili znajdujesz, zaryzykujesz i zaczniesz od nowa, mimo wszystko. Tym razem już nie sam, lecz szukając siły w Tym, który przychodzi do ciemności ze światłem i dla ­którego nie ma rzeczy niemożliwych.

***

Siedzimy w La Moradzie. To takie miejsce dokładnie pośrodku Taizé. Tu młodzi ludzie spotykają się z braćmi. Jesteśmy w jednym z małych pokoi, w których bracia przyjmują osoby chcące z nimi porozmawiać. Na środku pomieszczenia stoi niewielki okrągły stół. Okno wychodzi na ogród, w którym w ciągu dnia odbywają się różne spotkania w niedużych grupach i rozmowy. Po drugiej stronie ogrodu widać pracownię garncarską, gdzie pracuje prawie ­dziewięćdziesięcioośmioletni brat Daniel.

Ile czasu trzeba było, żebyśmy w końcu znaleźli się w tym miejscu! Już od dawna czułem, że chcę napisać książkę o Taizé, w której moim rozmówcą byłby brat Marek. W pierwszej chwili w ogóle nie chciał o tym słyszeć. Mówił, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Przez kolejnych kilka lat w nakłanianiu go do zmiany zdania pomagali mi dwaj młodsi bracia z Polski – Maciej i Wojciech.

Powoli już przestawałem wierzyć w powodzenie tego projektu, kiedy nagle przyszła niespodziewana wiadomość. W trakcie Europejskiego Spotkania Młodych w Madrycie ogłoszono, że kolejne spotkanie, pod koniec 2019 roku – w tym samym roku, w którym brat Marek kończy ­siedemdziesiąt lat – odbędzie się we Wrocławiu.

„Teraz albo nigdy” – pomyślałem i chwilę po ogłoszeniu tej informacji złapałem brata Marka i powiedziałem, że to jest najlepszy moment. Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że znowu odmówi. Ku mojemu zaskoczeniu stało się coś zupełnie innego. „Zapytam brata Aloisa i dam ci znać” – odpowiedział.

Minęły niecałe trzy miesiące. Jest marzec. Przyjechałem do Taizé na dwa tygodnie. Spotykamy się codziennie, czasami przed południem i po południu, nagrywamy. Z każdą kolejną rozmową coraz bardziej przekonuję się, z jak pasjonującą historią mam do czynienia. Brat Marek na początku mówi bardzo nieśmiało, ale z czasem coraz bardziej się otwiera. Niby znam go prawie dwadzieścia lat, niby byłem już w tym miejscu tak wiele razy, a dopiero teraz poznaję fakty i opowieści, które otwierają zupełnie nowe perspektywy i pogłębiają zrozumienie. Jak dobrze, że jestem tu z dyktafonem i uda się jednak to wszystko nagrać i spisać.

Przeglądam notatki z pierwszych dni nagrań. Kiedy wspomina o pierwszych kontaktach ze wspólnotą, oczy zaczynają mu się szklić. Pojawia się łza. Jeszcze nigdy nie rozmawiałem z kimś, kto opowiadałby z takim wzruszeniem o swoim ­powołaniu czterdzieści lat po ­wstąpieniu do wspólnoty.

Poszukiwania

czyli otwarty dom, wspólnota sąsiedzka, katecheta niebojący się pytań, ksiądz wybiegający z konfesjonału i książka, która zmieniła wszystko

Kim był Marek, zanim został bratem Markiem z Taizé? Gdzie to wszystko się zaczyna?

Często słyszę to pytanie. Nieustannie zadają je młodzi ludzie, którzy od wielu lat przyjeżdżają do Taizé z Polski. Czasem mnie to dziwi, bo ja już siwy dziadek powoli się robię, a oni wciąż pytają. Mam już przygotowanych kilka wersji historii, żeby nie opowiadać w kółko tego samego (śmiech). Starałem się jednak zawsze poważnie odpowiadać na te pytania, bo wiem, że kryło się za tym też jakieś osobiste poszukiwanie tych młodych ludzi. Rozumiem, że ty nie zadowolisz się krótką wersją? To zacznę może tak. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wszystko, co działo się w moim „pierwszym” życiu, było przygotowaniem do życia w ­ekumenicznej wspólnocie.

Zacznijmy od samego początku. Gdzie się brat urodził?

W Kościanie koło Poznania. Stamtąd pochodziła moja mama. Z tym miejscem czuję się mocno związany, bo spędziłem tam dużą część dzieciństwa, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Urodziłem się zaraz po wojnie, w 1949 roku. W pamięci z tego czasu mam trudne obrazy. Wycieczkę szkolną do Wrocławia. Przejeżdżaliśmy przez Głogów, który leżał w ruinie. Wrocław też jeszcze w dużej części był zrujnowany.

Kim byli brata rodzice?

Pochodzę z rodziny nauczycielskiej. Mama zaczęła pracować zawodowo trochę później, bo najpierw naszą trójkę wychowywała. Mam dwóch młodszych braci. Ojciec pracował w Wyższej Szkole Ekonomicznej, był z wykształcenia chemikiem. Był człowiekiem ukierunkowanym na konkrety, na technikę. Od zawsze miał nadzieję, że pójdę na politechnikę, ale jakoś się z tego wywinąłem.

To była pobożna rodzina?

Rodzice byli tradycyjnie pobożni. Niepójście w niedzielę do kościoła w ogóle nie wchodziło w rachubę, nikt się nad tym nie zastanawiał. W pewnym momencie coś się zaczęło zmieniać. Ojciec miał potrzebę pogłębiania swojej wiary i wiedzy, chciał więcej rozumieć, być bardziej świadomy, dlatego zaczął studiować książki teologiczne. Kupował i pochłaniał mnóstwo książek. Mamę też tym zaraził. Razem chodzili na różne wykłady organizowane w kościele Wszystkich Świętych w Poznaniu. To były cykle wykładów z filozofii, z historii ­Kościoła, wykłady biblijne.

Brata też to wciągnęło?

Niekoniecznie. Byłem w wieku wczesnego dojrzewania. Wtedy teologia to nie jest coś, co cię najbardziej pociąga.

A co pamięta brat z domu rodzinnego?

Moi rodzice stworzyli w domu klimat otwartości. Stale byli u nas jacyś goście. Bardzo różni ludzie. Było wiadomo, że mój ojciec interesuje się sprawami duchowymi, religią, ale robił to w taki sposób, że nie zrażał do siebie inaczej myślących. Nie był nachalny, nie moralizował. Przez nasz dom przewijali się niewierzący, agnostycy, ateiści. I swobodnie dyskutowali, szanując swoje zróżnicowanie. Nie wszystko jednak toczyło się wokół poważnych rozmów. To były czasy komunistyczne. Niewiele było atrakcji i rozrywek. Rodzice byli pełni energii, więc organizowali w ­naszym domu spotkania towarzyskie, zabawy, gry w karty.

Jak spędzaliście wakacje? Wyjeżdżaliście gdzieś?

W rodzinie nauczycielskiej mieliśmy długie wakacje. Ojciec lubił wymyślać dla nas różne specjalne wyjazdy. Zawsze działo się coś ciekawego. Nie leżeliśmy bykiem na plaży. Było nas trzech chłopaków, więc trzeba było takiego spędzania czasu, który wymagał od nas wysiłku, żebyśmy się trochę zmęczyli, zmierzyli z wyzwaniem i czegoś może przy okazji nauczyli.

Ma brat w pamięci jakieś konkretne historie?

Pamiętam, że jeździliśmy na wieś. Do cioci. Tam ojciec urządzał nam zawody sportowe, lekką atletykę. Biegaliśmy, skakaliśmy, rzucaliśmy oszczepami. Wszystko było bardzo proste i prowizoryczne. Oszczep to była gałąź, kula to był kamień, płotki to były postawione kijki. To wystarczyło, żebyśmy się poczuli jak na prawdziwych mistrzostwach.

Potem, jak nieco podrośliśmy, miałem może z piętnaście lat, ojciec wymyślił, że będziemy organizowali spływy. Mieliśmy trzy czy cztery stare kajaki, pożyczone z AZS-u z Poznania. Były w kiepskim stanie, więc trzeba było je wyremontować. Sami musieliśmy je malować, łatać dziury i później jakąś ciężarówką, którą ojciec gdzieś pożyczył, jeździliśmy nad jeziora i rzeki. Ja z braćmi na pace, a mama i ojciec w szoferce. W tamtych czasach nie było jeszcze mowy o żadnych kwestiach bezpieczeństwa. Nasz debiutancki spływ to była Brda. Od Miastka do Rudzkiego Mostu, czyli prawie cała rzeka. Mama bała się wody jak ognia, ale ojciec chciał, żebyśmy robili odważne rzeczy.

Mówię o tym, bo pamiętam, że w wakacje zawsze było pięknie. I zawsze w otoczeniu natury. W lasach, nad wodami, piliśmy wodę z rzeki, z jeziora, łowiliśmy ryby, zbieraliśmy grzyby i jagody, to, co zebraliśmy, jedliśmy później z makaronem. Albo kupowało się trochę smalcu czy chleb u gospodarzy. Te proste wydarzenia poszerzały moje horyzonty. Piękno, wysiłek, ­wyzwania, ­przełamywanie lęków.

Ostatnio gdzieś słyszałem, że jak się w domu pije wodę z kranu, puszcza dzieci same do lasu albo by popływały i w ogóle się ich jakoś specjalnie nie pilnuje, to jest to rodzina patologiczna. No to ja właśnie w takiej patologicznej rodzinie się wychowałem (śmiech).

A jak żyliście z braćmi?

Mieszkaliśmy na kupie w jednym pokoju. Trochę ich ćwiczyłem. Mam wyrzuty sumienia, bo ja lubiłem porządek, a oni nie lubili, więc tu był duży konflikt. Mogłem czasem odpuścić. Byłem najstarszy, ale różnica była między nami niewielka. Rok po roku się rodziliśmy, więc na początku wyglądaliśmy jak trojaczki.

Mieliście w domu jakieś poważniejsze problemy?

Było trochę trudnych sytuacji. Myślę, że nie ma rodzin zupełnie wolnych od konfliktów. Ja kiepsko spałem, miałem lekki sen, więc wiele spraw w ten sposób odkrywałem, słyszałem, jak rodzice się czasem kłócili. Na szczęście nie przelewali tych trudności na nas. Mogę szczerze powiedzieć, że nasze dzieciństwo i lata młodzieńcze były spokojne. I mimo że zdarzały się trudne sytuacje, więcej było tych dobrych, które neutralizowały to, co mogło wywołać w nas głębsze zranienie. Ale jakieś rany wszyscy nosimy, wszyscy je mamy, więc skłamałbym, gdybym powiedział, że ja jestem wyjątkowy. Przede wszystkim jednak pamiętam wielką troskę rodziców o rodzinę, o nas. I ich wysiłek, żeby pokonywać trudności. Nawet w dni, kiedy było między nimi jakieś napięcie, coś trudnego się działo, równocześnie dbali bardzo o to, żebyśmy widzieli, jak się jednają, przepraszają się, wybaczają sobie. Te momenty bardzo zapadły mi w pamięć. Taki jasny, piękny obraz, na którym widzę, jak rodzice się obejmują. I po burzy potrafią zacząć od nowa i iść razem do przodu.

Do szkoły brat lubił chodzić?

Dużo zależało od nauczycieli, od tego, jacy byli. Pamiętam pierwsze lata podstawówki. Mieliśmy taką bardzo dobrą nauczycielkę, z powołania. To była starsza pani. Widać było, że nas lubi, chce nam dać od siebie jak najwięcej. Dostrzegała, co warto w nas rozwijać. To jest dobre wspomnienie: ktoś taki pojawił się w życiu i cię zauważył.

Pamiętam też, jak podsłuchałem raz rozmowę mojej mamy z bibliotekarką. Bibliotekarka powiedziała do mojej mamy tak: „Ten pani syn! Wiele jest w nim ukryte, ale nie potrafi tego wyrazić”. Utkwiło mi to głęboko w pamięci. Również dlatego, że czułem, że to prawda. Te słowa mnie nie zraniły, tylko zmobilizowały, żeby zmierzyć się z tym wyzwaniem, zacząć próbować wyrażać swoje emocje i myśli, a nie brnąć w zamknięcie w sobie i nieśmiałość. Bo ja faktycznie w tamtym czasie byłem mocno introwertyczny. W szkole też powstawały pierwsze kręgi przyjaciół. Te przyjaźnie były jeszcze takie dziecięce, kruche, ale je pamiętam i były dla mnie ważne.

Później poszedłem do szkoły średniej. To była męska szkoła publiczna. Wtedy tak było, że publiczne szkoły były podzielone na męskie i żeńskie. Nie wspominam tego czasu dobrze. Najlepsze słowo, które może oddać to, co się tam działo, to chyba „dzicz”.

Co to znaczy?

Coś tam podpalaliśmy (śmiech). Koledzy gnębili nauczycielkę, naśmiewali się z niej. Mnie to denerwowało. To była pani od fizyki. Nieśmiała kobieta. Wiadomo, jak to chłopaki w takim wieku. Wyskakiwali z takimi zagrywkami, że aż się wstydzę opowiadać. Nie mam więc za wiele dobrych wspomnień z liceum. Dyrektor jednak był znakomity, wyjątkowy człowiek. Kultura, klasa. Pamiętam, że robiło na mnie wrażenie, że był co niedzielę w kościele, co w tamtych czasach nie było takie oczywiste, można było stracić pracę.

Publiczne angażowanie się w życie religijne mogło skutkować problemami w życiu zawodowym?

Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Zależy od miejsca, sytuacji i ludzi. Moja rodzina nie spotkała się z żadnymi strasznymi szykanami. Być może mój ojciec nie mógł zrobić kariery uniwersyteckiej, bo nie krył się ze swoimi poglądami i wiarą. Był cenionym pedagogiem i do emerytury pracował na uczelni. Cenili go studenci i współpracownicy, ale nie zrobił ani doktoratu, ani innych wyższych stopni naukowych. Myślę, że to mogła być konsekwencja otwartego wyznawania wiary w tamtym systemie, ale pewności nie mam. Ojciec nigdy o tym w domu nie mówił, nie żalił się.

Czy w dzieciństwie były jeszcze jakieś okoliczności, które ­mocno wpłynęły na brata wrażliwość?

To może zabrzmieć zaskakująco, ale z dzisiejszej perspektywy widzę, jak ważne było dla mnie dorastanie w sąsiedztwie, w naszym bloku. Dość szybko przeprowadziliśmy się do Poznania i mieszkaliśmy na takim zwykłym blokowisku. W centrum miasta. To była taka plomba, jakich wiele powstawało po wojnie. Pamiętam nasze podwórko, na którym mogliśmy się wybiegać i wykrzyczeć. I trzepak, na którym można było wywijać koziołki.

Sąsiedztwo i sąsiedzi mieli na mnie duży wpływ. Głównie to byli robotnicy, a więc inna warstwa społeczna, ale była między nami prawdziwa zażyłość. Można powiedzieć, że serdeczne, a czasem nawet bliskie stosunki pomagały nam godnie żyć. Nie pochodzę z bogatej rodziny, nauczyciele wtedy nie zarabiali wiele. Pamiętam, że mama i sąsiadka pożyczały sobie wzajemnie pieniądze, bo robotnicy dostawali wypłatę dziesiątego, a nauczyciele pierwszego. Mamie wystarczało pieniędzy do połowy miesiąca, a potem prosiła sąsiadkę i ona jej pomagała. Sąsiadce też przed dziesiątym brakowało pieniędzy, więc mama jej pożyczała. Wzajemna pomoc była czymś naturalnym. A dzieci bawiły się razem nie tylko na podwórku, odwiedzaliśmy się wzajemnie w mieszkaniach. Można powiedzieć, że z sąsiadami żyło się prawie tak blisko jak z rodziną. Miało to coś ze wspólnotowości i solidarności. Mam wrażenie, że dziś jest tego o wiele mniej i to zuboża nasze społeczeństwo.

A pierwsze kontakty z Kościołem?

Odbywały się przez parafię. Chodziłem do kościoła z rodzicami i to było takie tradycyjne, zwykłe uczestniczenie w życiu Kościoła. Już z tamtego czasu mam w pamięci intensywne przeżywanie Triduum Paschalnego. Wiadomo, że wtedy stało się w kościołach na baczność i dziecko nie widziało nic, ale jednak pamiętam, że uczestnictwo w obchodach Triduum wywierało na mnie wielkie wrażenie. Lubiłem chodzić na nabożeństwa wielkoczwartkowe, wielkopiątkowe…

Dlaczego?

Trudno to określić. Myślę, że było to pierwsze spotkanie z jakąś tajemnicą. To przeżycie mnie wciągało, ale wtedy jeszcze sobie tego nie uświadamiałem. Mówię teraz o takim wczesnym dzieciństwie. Potem zacząłem chodzić na religię. Szkołę zacząłem w 1956 roku, więc przez rok czy półtora religia była jeszcze w szkole, ale później przeszliśmy do parafii. I muszę przyznać, że dobrze wspominam te nasze katechezy odbywające się właśnie przy kościele. Mieliśmy naprawdę sensownych katechetów, którym mogliśmy stawiać trudne pytania. Jednemu z nich, to było już w liceum, zadaliśmy pytanie o sumienie. I do dziś pamiętam jego odpowiedź. Powiedział, że nasze sumienie jest tym, czym mamy się zawsze kierować. Jest najważniejsze. Oczywiście trzeba je dobrze kształtować, formować. Kiedy go dociskaliśmy i wprost stawialiśmy mu pytanie: co, jeżeli w moim sumieniu rozeznam, że coś jest dobre, a równocześnie obiektywnie jest to grzech, czy w takiej sytuacji też mamy iść za swoim sumieniem, on bez wahania mówił nam, że tak.

Poważnie was traktował.

Tak jak dorosłych, poszukujących ludzi. Te katechezy pozostały w mojej pamięci jako piękny czas otwierania umysłu, uczenia się świadomego korzystania z wolności, odkrywania zupełnie nowych horyzontów w myśleniu o wierze. Wyzwalały mnie z takiego tradycyjnego poczucia, że coś muszę, że chrześcijaństwo to zbiór obowiązków i ostrych reguł, których trzeba przestrzegać, bo jak nie, to Bóg nas ukarze. Pomagały mi w uwalnianiu się od takiego lękowego przeżywania wiary.

Chodziliście z rodzicami do kościoła, uczęszczał brat na katechezę. A czy rodzice przekazywali wam jeszcze wiarę jakoś inaczej, w domu?

To się zmieniało. Z początku byliśmy – można chyba tak powiedzieć – taką tradycyjną polską rodziną katolicką. Wiele rzeczy wynikało z przyzwyczajenia. Później – jak już wspomniałem – rodzice zaczęli odczuwać potrzebę pogłębiania wiary, dlatego zaczęli dużo czytać, uczestniczyć w spotkaniach. Szczególnie dotyczyło to ­mojego ojca, który był człowiekiem bardzo konkretnym.

Kiedyś, gdy młodzi przyjeżdżający do Taizé wypytywali mnie o moich rodziców, wróciły mi dwa konkretne obrazki. Pierwszy to mama, która sama nas wychowywała, trójkę chłopaków, potrafiących czasem mocno dać popalić, nie miała żadnej pomocy z zewnątrz, więc czasami była naprawdę umęczona. Pamiętam, że mimo tego zmęczenia codziennie widzieliśmy ją klęczącą wieczorem przy swoim łóżku. Czasami w takiej pozycji zasypiała. Jestem pewien, że to jest jedna z piękniejszych modlitw – zasypiająca matka. Wtedy tego nie rozumiałem, ale to zrobiło ze mną coś bardzo ważnego. To była taka prosta, domowa szkoła modlitwy.

I ojca też pamiętam przy modlitwie. On był zawsze spóźniony, biegał do pracy na ostatnią chwilę. I choć miał mało czasu, zawsze klękał przy swoim biurku – nad nim miał krzyżyk, który był w naszej rodzinie od pokoleń – i chwilę się modlił. Zakrywał twarz rękoma i modlił się w ciszy. To trwało minutę, może dwie, ale to też zapamiętałem jako obraz żywej wiary.

Nasi rodzice mieli żywą wiarę i taką nam przekazali. Ta wiara nie polegała na jakichś doskonałościach, pobożnościach ani na moralizatorstwie, tylko na tym, że modlili się codziennie, że szukali kontaktu z Bogiem, że mieli pytania i nie bali się szukać odpowiedzi.

A na tym wczesnym etapie, w szkole podstawowej, w liceum, miał brat jakieś plany? Kim brat chciał zostać, gdy był nastolatkiem?

Nie bardzo wiedziałem, kim chcę być. To była burza (śmiech). ­Miałem w sobie dużo niepewności, szarpałem się.

Między czym a czym?

No księdzem wtedy jeszcze nie chciałem być. To jeszcze nie ­wchodziło w grę.

W ogóle brat o tym nie myślał?

Nie. Chociaż znajomy ksiądz, który był potem przez jakiś czas jednym z moich pierwszych duszpasterzy akademickich, mnie do tego namawiał. Nie chciałem też być ministrantem. Chyba nie lubiłem, jak się na mnie za bardzo naciskało.

Mam jedno ważne wspomnienie. Po jednej ze spowiedzi ksiądz wybiegł za mną z konfesjonału. To nie zdarza się codziennie. Miałem wtedy pewnie około czternastu lat. Wybiegł za mną przed kościół tylko po to, żeby mi powiedzieć coś dobrego, podnieść mnie na duchu. Przypomniałem to sobie po latach i pomyślałem, że to jego wybiegnięcie miało duży wpływ na moje wybory i decyzje. Tym zachowaniem pomógł mi dostrzec, że Pan Bóg jest Tym, który wychodzi do człowieka, jest dobry, troszczy się o nas i nas nie potępia, chce nas podnieść. To mocno wpłynęło na moje myślenie o kapłaństwie.

Oczywiście mam też inne doświadczenia z księżmi, nie takie budujące. Jeden wyszedł kiedyś z konfesjonału i na mnie nakrzyczał. O takich zachowaniach nie warto wiele mówić. Szkoda na to czasu. Może poza stwierdzeniem, że tego typu sytuacje są niedopuszczalne, bo mogą zranić młodego ­człowieka na lata.

Wtedy jednak seminarium nie wchodziło w grę. Chciałem iść na studia. Nie byłem pewien na jakie, długo się wahałem. Myślałem o językowych, ale znajomi mówili, że po nich nie znajdę pracy. Poszedłem na kompromis – wybrałem studia, na których było dużo nauki języków obcych. To były studia ekonomiczne, nazywało się to handel zagraniczny, coś jak dzisiejsze stosunki międzynarodowe. I te studia skończyłem.

Równolegle ze studiami zaczęło się duszpasterstwo, tak?

Znajomi mnie wciągnęli. To było takie niewielkie duszpasterstwo akademickie przy kościele Maryi Królowej. Ten kościół ma dużą wieżę, dlatego sami mówiliśmy, że idziemy „na Wieżę”, a inni mówili na nas „ci z Wieży”. W największym rozkwicie było nas sześćdziesiąt, osiemdziesiąt osób. Tutaj na poważnie zacząłem swoje samodzielne poszukiwania i pogłębianie wiary. Nasze duszpasterstwo było czymś zdecydowanie więcej niż tylko słuchaniem wykładów i formacją intelektualną. Duszpasterz stworzył z nas wspólnotę ludzi, którzy czuli się za siebie odpowiedzialni, były między nami silne więzi. Obchodziliśmy swoje urodziny, imieniny, odwiedzaliśmy się, wyjeżdżaliśmy razem, było dużo wspólnego działania. Ksiądz nas do tego mobilizował, zapraszał nas do brania współodpowiedzialności, więc wiele rzeczy musieliśmy robić sami. Bez naszego wkładu duszpasterstwo by po prostu nie funkcjonowało.

Było też dużo modlitwy. Mieliśmy zwyczaj śpiewania apelu jasnogórskiego. Spotykaliśmy się wieczorem już w takiej trochę mniejszej grupie, około dziesięciu osób. Po chwili modlitwy było spotkanie. Wtedy mieliśmy czas na poważne rozmowy, dyskusje, planowanie wspólnych działań. Oczywiście byliśmy różni, więc nie we wszystkim się zgadzaliśmy i były między nami różne napięcia, ale jakoś tak naturalnie wszystko sprowadzało się do tego, że jesteśmy wspólnotą, że chcemy budować więzi zaufania, a nie tylko wpadać na chwilę, pomodlić się i uciekać do domu.

I to właśnie w tym duszpasterstwie pojawił się mój przyjaciel, Henryk Mruk, który interesował się ruchem ekumenicznym. W tamtych latach, czyli w końcówce lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, ekumenizm w Polsce był niesamowicie żywy. Dziś to nie brzmi jak coś oczywistego, ale wtedy w wielu seminariach i przy duszpasterstwach powstały koła ekumeniczne. U nas też. Wspomniany przyjaciel nas w to wszystko wciągnął. On miał już wcześniej kontakty z ewangelikami, z metodystami. Zaczęliśmy odwiedzać się nawzajem. Chodziliśmy do baptystów, metodystów, luteranów, prawosławnych. Powstawały takie przyjacielskie, życzliwe, otwarte kontakty z pastorami i świeckimi różnych tradycji. Uczyliśmy się od siebie nawzajem różnych rzeczy. Pamiętam, że na przykład u baptystów była grupka młodych ludzi, którzy bardzo pięknie śpiewali. Oni nas uczyli pieśni, które wykorzystywaliśmy później, modląc się w naszym duszpasterstwie.

Ten żywy ekumenizm był tylko w Poznaniu czy objął całą Polskę?

To nie działo się tylko u nas lokalnie. W tym samym czasie ekumenizmem w Polsce zajmowała się siostra Joanna Lossow, franciszkanka z podwarszawskich Lasek. Zadanie powierzył jej kardynał Wyszyński, który miał do niej wielkie zaufanie. To była szczególna osoba. Jak się później dowiedziałem, pochodziła z okolic Kościana, czyli z mojej rodzinnej miejscowości. Urodziła się w rodzinie mieszanej. Jej ojciec był protestantem, a mama katoliczką. Można więc powiedzieć, że miała naturalne predyspozycje do działań ekumenicznych.

Robiła to sama?

Nie. Miała przyjaciółkę, Reginę Witt, diakonisę z Kościoła luterańskiego, i działały razem. My poznaliśmy je przez spotkania ekumeniczne, które odbywały się regularnie w Laskach pod Warszawą, dwa razy do roku, wiosną i jesienią. Jeździliśmy tam z Henrykiem i jeszcze lepiej poznawaliśmy różne tradycje chrześcijańskie, spotykaliśmy chrześcijan różnych denominacji z całej Polski. Siostra zapraszała pastorów, księży prawosławnych i ludzi z różnych zakątków kraju, którzy mieli podobną wrażliwość. Z Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia. Budujące przeżycie różnorodności i wspólnych poszukiwań. I to chyba właśnie na tych spotkaniach w ­Laskach usłyszałem o Taizé.

To był pierwszy kontakt?

Pierwsze rozmowy. A taki zupełnie pierwszy kontakt był dzięki książce Taizé i Kościół jutra, której polskie tłumaczenie ukazało się w 1968 roku. Autorem był Jean-Marie Paupert, francuski dziennikarz. Myśmy tę książkę razem z przyjaciółmi dorwali i wałkowaliśmy ją na wszystkie możliwe strony. Dołączona do niej była reguła napisana przez brata Rogera. To są jego wskazówki dla braci. Esencja Taizé.

W duszpasterstwie próbowaliśmy żyć według tej reguły. Oczywiście na tyle, na ile się dało. W kilka osób poczuliśmy, że chcemy założyć małą wspólnotę. Był w nas taki trochę szalony ­młodzieńczy zapał, traktowaliśmy to wszystko bardzo serio.

Co was najbardziej pociągnęło?

Dwie rzeczy. Po pierwsze było to niesamowicie radosne przedstawienie wiary. Słowo „radość” pojawia się w regule trzydzieści kilka razy. Po drugie radykalizm, ale nieskoncentrowany na człowieku, który ma żyć tą regułą. Myślę, że było w nas wtedy pragnienie ewangelicznego radykalizmu. A reguła odsyła nas do samego jego źródła, którym nie są nasze siły oraz nasze bohaterskie wyczyny i postanowienia, ale Ten, który przychodzi, żeby zjednoczyć się z człowiekiem i nauczyć go kochać.

Co to znaczy, że chcieliście żyć wspólnotowo? Udało się?

Chcieliśmy w Poznaniu znaleźć jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy razem mieszkać i żyć. To była para, przyszłe małżeństwo, i ja.

Zrobiliśmy konkretne kroki w tę stronę. Kiedy pierwszy brat przyjechał z Taizé do Polski, odwiedził też Poznań. I nam się udało z nim spotkać. Jako specjaliście od wspólnoty przedłożyliśmy mu swoje plany. On oczywiście z wielkim szacunkiem nas słuchał. Ostatecznie nasze ścieżki ułożyły się trochę inaczej.

W trakcie studiów działo się coś jeszcze, co mocno na brata wpłynęło?

Tak. Duży wpływ na moją wrażliwość i spojrzenie na świat miał kontakt z Aktion Sühnezeichen, po polsku Akcją Znaku Pokuty. To było stowarzyszenie założone przez Niemców, którzy chcieli wynagrodzić za cierpienie spowodowane przez nazistów, szczególnie w krajach, gdzie wojna pozostawiła największe spustoszenie. Ich działalność w naszym kraju polegała na tym, że organizowali letnie wyjazdy, w trakcie których starali się pomagać lokalnej społeczności. Na przykład w Nowej Hucie przy budowie słynnego kościoła albo przy porządkowaniu obozu zagłady w Auschwitz.

Skoro mówię o kontaktach z Niemcami i ludźmi z innych krajów, to musimy na chwilkę wrócić do czasu liceum. W klasie maturalnej razem z moim przyjacielem zostaliśmy wysłani na Węgry do szkoły, która obchodziła dwudziestopięciolecie. Chcieli to zrobić hucznie i zaprosili uczniów z różnych szkół średnich Europy Wschodniej. Zostaliśmy wybrani, bo dobrze znaliśmy język niemiecki. To był mój pierwszy kontakt z zagranicą. Piękny wyjazd. Węgrzy przyjęli nas jak najlepszych przyjaciół – wiadomo: Polak, Węgier, dwa bratanki. Właśnie na tym wyjeździe po raz pierwszy w życiu spotkałem na żywo Niemców. I okazało się, że oni – wbrew temu, co nam wmawiała komunistyczna propaganda – nie mieli zamiaru do mnie strzelać! Przeciwnie, byli bardzo życzliwi, chcieli się jak najwięcej dowiedzieć o Polsce. Wtedy zrozumiałem, jak ważne jest spotkanie twarzą w twarz. Ono może wszystko zmienić, przełamać lęki.

Byli tam też Bułgarzy. Młodzi ludzie, nie mieli nic wspólnego z wiarą czy Kościołem. Totalni ateiści. Mówili, że ich babcie w coś tam jeszcze wierzyły, ale oni już nie. Los chciał, że ten wyjazd odbywał się w Wielkim Tygodniu, więc wiadomo, my, Polacy, nie wyobrażaliśmy sobie, żeby nie pójść do kościoła. Szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy przeżyć Triduum. I ci niewierzący Bułgarzy nam w tym pomagali. A w Wielkanoc poszli z nami na mszę i uczestniczyli w niej z wielkim szacunkiem i ciekawością. Bardzo mnie to poruszyło.

I w końcu w czasie studiów pojawiły się też myśli o zostaniu księdzem, tak?

Było trzech chłopaków mniej więcej w moim wieku, którzy ­myśleli o kapłaństwie.

Studenci związani z duszpasterstwem?

Tak. Oni znaleźli księdza, który był fantastyczny w czymś, co się dziś nazywa towarzyszeniem duchowym. To zresztą ten sam ksiądz, który organizował konferencje, w których brali udział moi rodzice. Nazywał się Kazimierz Żarnowiecki. On właśnie zajmował się osobistym towarzyszeniem duchowym. No i ci trzej koledzy mnie w to wciągnęli.

Nie opierał się brat?

Nie. Bo wtedy już trochę o tym myślałem. Nie potrafię powiedzieć, skąd się te myśli dokładnie wzięły. Może to ten ksiądz, który ­kiedyś wybiegł za mną z konfesjonału.

Powołanie

czyli pierwsze kontakty z Taizé, kryzysy wiary, odkrywanie siły modlitwy, autostop z protestantem, przygody z UB i tajemnicze Magnificat w telegramie

Kiedy pojawiła się pierwsza myśl, żeby zostać bratem w Taizé?

To był pewien proces. Najpierw była ta książka z regułą brata Rogera, później próby życia według niej, no i te cykliczne wyjazdy do Lasek. Za którymś razem poproszono mnie nawet, żebym zaprezentował tam wszystkim regułę. Musiałem się do tego porządnie przygotować. Dzięki temu miałem ją przewertowaną na wszystkie strony.

Wtedy, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nie myślałem jeszcze o wstąpieniu do wspólnoty. To było nierealne marzenie, coś poza zasięgiem. Pojawiały się pierwsze myśli o powołaniu. Przełomowy był moment, w którym powiedziałem mamie, że chcę oddać życie służbie Chrystusowi. To było decydujące, bo od tego momentu zaczęło się we mnie dziać coś nowego. Dalej nie było łatwo, bo nie wiedziałem, co dokładnie mam zrobić.

Jak mama zareagowała?

Zaskakująco. Powiedziała mi wtedy pierwszy raz w życiu o chorobie, którą przeszedłem, kiedy miałem roczek. Chorowałem na koklusz. W tamtych latach to była bardzo poważna choroba. Lekarstw brakowało. Byłem w bardzo poważnym stanie. Właśnie wtedy mama ofiarowała mnie Panu Bogu. Nigdy wcześniej mi o tym nie mówiła, bo chciała, żebym podejmował życiowe decyzje w zupełnej wolności i niczym się nie sugerował. Tak więc rodzice przyjęli moje poszukiwania ze zrozumieniem, okazali mi duże wsparcie.

To pomogło mi zacząć szukać z większym pokojem w sercu. Wypowiedzenie na głos moich pragnień to był początek drogi. Myślę, że to ważne, by takie rzeczy powiedzieć na głos, podzielić się z bliskimi. Wiem też doskonale, że nie zawsze spotkamy się ze zrozumieniem.

Jak wglądały dalsze poszukiwania?

Nie wiedziałem, jak to powołanie realizować, gdzie się udać. Może do jakiegoś zakonu, ale jak wybrać ten jeden jedyny? Znałem różne. W parafii byli zmartwychwstańcy, znałem dobrze dominikanów, bo mieliśmy bliskie kontakty między duszpasterstwami akademickimi, znałem benedyktynów. Postanowiłem jednak, że chcę najpierw dokończyć studia. I tak zrobiłem. W tym czasie, jak już wspomniałem, spotykałem się regularnie z księdzem na towarzyszeniu duchowym.

W tamtym okresie dużo dobrego zrobiły we mnie też teksty brata Rogera. Pomogły mi w lepszym rozumieniu powołania. Brat Roger mocno podkreślał, że powołanie nie polega na tym, że myśmy wybrali Boga, ale że to On pierwszy nas wybrał. Chrystus mówi do uczniów: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (por. J 15,16). Brat Roger wyraźnie podkreślał pierwszeństwo miłości Boga, które objawia nam Chrystus. Takie ujęcie sprawy zmienia wszystko. Bo to znaczy, że ja nie muszę być jakimś bohaterem, który wszystko zrobi własnymi siłami, tylko że mam odkryć obecność Chrystusa w moim życiu. To mi dało pokój w sercu, bo doskonale wiedziałem, że sam bym nie dał rady. Skoro On będzie przy mnie i będzie działać, to jest szansa, że coś dobrego z tego wszystkiego wyjdzie.

Muszę się też przyznać, że w tamtym czasie przeszedłem poważny kryzys wiary. Nie wątpiłem w istnienie Boga, ale nie ­mogłem zrozumieć Chrystusa.

Od czego to się zaczęło?

Od tego, że zacząłem w duszpasterstwie bardziej samodzielnie szukać. Oczywiście pobożnie się tam modliliśmy, czytaliśmy Pismo Święte, ale w pewnym momencie Chrystus stał się dla mnie trudny do ogarnięcia. Dziś myślę, że to wynikało z formacji religijnej, w której wielki nacisk kładzie się na to, że są jakieś warunki, żeby się podobać Bogu. Trzeba przestrzegać przykazań, robić dobre uczynki, moralnie żyć. Albo nawet naśladować Chrystusa. To mnie niesamowicie przytłaczało. Ja mam być jak Chrystus? Ze wszystkimi moimi biedami, które coraz lepiej poznawałem? Nie ma szans! To się nigdy nie uda.

W konsekwencji zacząłem wątpić, czy ja w ogóle potrafię kochać. Czułem, że istotą Ewangelii jest miłość, i równocześnie czułem, że nie potrafię kochać. A na pewno nie tak doskonale jak Chrystus. W moim sercu pojawiła się bezradność, a nawet nazwałbym to rozpaczą. I właśnie na taki grunt weszło w moim życiu Taizé.

Jak sobie brat radził z tą rozpaczą?

Im trudniej było, tym bardziej starałem się znajdować czas na modlitwę w ciszy. Tego się nauczyłem już od Taizé. Pomagał mi w tym mały kącik do modlitwy, który urządziłem sobie w pokoju. Wszystko bardzo proste, ikona i świeczka. No i jak było źle, to tam ślęczałem (śmiech).

Książka i modlitwa w kącie to chyba za mało, żeby przejść od kryzysu wiary do wstąpienia do wspólnoty?

To prawda. Właśnie wtedy, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, bracia w Taizé zaczęli myśleć, jak się skontaktować z młodymi ludźmi w krajach Europy Wschodniej i Centralnej. Z Polski, Czechosłowacji, Węgier nie można wtedy było pojechać do Taizé. Do wioski docierały tylko pojedyncze osoby, jak na przykład Karol Wojtyła w trakcie studiów w Belgii i podczas Soboru Watykańskiego II. Pierwszymi wysłannikami do Polski zostali świeccy wolontariusze, którzy dobrze znali Taizé. Do nas, do ­Poznania, dotarło pewne holenderskie małżeństwo.

Młodzi świeccy ludzie związani z Taizé przyjeżdżali do nas i ­jeździli po całej Polsce?

Tak. Najpierw przyjechali do Warszawy, na Rakowiecką do jezuitów, tam było mocne środowisko ekumeniczne. I już na miejscu dowiadywali się, gdzie jeszcze warto pojechać. Do Lasek, Katowic, Poznania. Tak też trafili do naszego duszpasterstwa. I na tym pierwszym spotkaniu zapamiętali sobie, że jest tu taka silna grupka, która się interesuje tematem.

Potem przyjeżdżały też inne osoby. Pielgrzymka z Warszawy do Częstochowy również była okazją, żeby wysłać młodych ludzi do Polski. W 1968 albo 1969 roku Angelina, obecnie siostra ze zgromadzenia św. Andrzeja, poszła jako wysłannik Taizé w pielgrzymce na Jasną Górę. To były idealne warunki do konspiracyjnych spotkań. Można było się wmieszać w tłum i spokojnie rozmawiać.

Na czym polegały te pierwsze spotkania?

To nie było nic wielkiego. Rozmowy, wspólna modlitwa. Samo spotkanie z ludźmi zza żelaznej kurtyny to było coś ważnego, coś naprawdę wyjątkowego, prawie niemożliwego. No, chyba że ktoś był sportowcem, to mógł sobie na takie kontakty pozwolić. Dzięki tym ludziom poczuliśmy powiew wolności.

Duże wrażenie zrobiło na mnie to, że oni niczego nas nie uczyli, nie głosili kazań, nie nawoływali do niczego. Raczej słuchali, chcieli zrozumieć, co my robimy, poznać nas jak najlepiej. Przy okazji opowiadali, co robią bracia i młodzi ludzie w Taizé, ale w taki prosty, zwyczajny sposób. To szybko przełamywało nieufność. I oni, i my czuliśmy się naprawdę szczęśliwi, że możemy się spotkać i poznać kogoś innego. Dla mnie to też była frajda. Prawie jak zabawa w odkrywcę. Pierwszy raz widziałem wtedy żywego Holendra i Francuza (śmiech).

Skąd w ogóle wzięło się to przekonanie we wspólnocie, że trzeba dotrzeć do młodych z naszej części Europy?

Wszystko przez jednego z braci, Christopha, Niemca z pochodzenia. Podczas wojny przeszedł całą drogę Wehrmachtu aż do Rosji. W ten sposób poznał nasze strony. Był głęboko wierzącym człowiekiem. To właśnie on powiedział bratu Rogerowi, że wspólnota powinna zainteresować się Europą Wschodnią. I tak to się zaczęło. Najpierw NRD, potem Polska, Węgry, ­Czechosłowacja, Rosja.

Było to spotkanie z wolontariuszami i co dalej?

Do Polski przyjechał pierwszy brat. Brat Clément.

Jak mu się udało przyjechać do komunistycznej Polski?

Został zaproszony na Tydzień Eklezjologiczny na KUL do Lublina. To był pretekst. Dzięki temu dostał wizę. I od tego zaczął podróż po Polsce. Był też w Warszawie, Częstochowie, Łodzi, Katowicach, Krakowie. Już pod sam koniec, u warszawskich jezuitów, dowiedział się o naszej grupie w Poznaniu. Jeden jezuita wysłał mi kartkę, że przyjedzie do nas brat z Taizé. Mam ją nawet do dziś.

Przyjechał do nas. To był listopad 1971 roku, ostatni etap jego podróży. Odwiedził kilka duszpasterstw. Na pewno był u dominikanów i w duszpasterstwie przy politechnice. To właśnie u nich odbyło się spotkanie. Nas z Wieży też tam zaprosili i dzięki temu pierwszy raz w życiu spotkałem brata. Z przyjaciółmi zabraliśmy go na kolację. To było takie zupełnie tajne spotkanie, tylko my i on. Żeby znaleźć jakieś dyskretne miejsce, nie w domach, bo to by było niebezpieczne, poprosiliśmy o gościnę siostry urszulanki. U nich, jak już wcześniej wspomniałem, opowiedzieliśmy mu o naszych marzeniach, żeby założyć małą wspólnotę. A on tylko słuchał. Pamiętam też, że wiele rzeczy sobie zanotował.

Jak już od nas wyjechał, zaczęły się kontakty korespondencyjne. A po niecałym roku przyszło pocztą zaproszenie dla mnie do Taizé. Wysłanie komuś z Polski zaroszenia na pobyt we Francji w tamtych czasach to nie było pstryknięcie palcem. Trzeba było iść do konsulatu polskiego we Francji i wypełnić stosowny druk, zobowiązać się, że się przyjmie tę osobę na utrzymanie, a jak będą jakieś problemy medyczne, to się znajdzie rozwiązanie, i tak dalej. Była też kwestia organizacji podróży. Dla nas podróż normalnymi środkami komunikacji była niedostępna. Wtedy to kosztowało tyle, że pensja mojego ojca by pewnie nie wystarczyła na kupienie biletu. Bilet na pociąg dostałem od wspólnoty i w ten sposób wiosną 1972 roku mogłem pojechać do Taizé.

Od razu brat pojechał?

Wcześniej musiałem jeszcze zdobyć paszport i wizę. Była niepewność – dadzą czy nie dadzą. Na początku lat siedemdziesiątych było trochę luźniej, więc paszport dostałem bez większych utrudnień.

Podróżowałem pociągiem. Wtedy istniała bezpośrednia linia kolejowa Paryż–Moskwa, Moskwa–Paryż, dziś już jej nie ma. Zielone rosyjskie wagony i polskie też. Jechaliśmy na siedząco, co najmniej dwadzieścia cztery godziny. Przez Niemcy, Belgię. Potrzebne były wizy tranzytowe. W Paryżu czekali na mnie znajomi, poznani wcześniej młodzi ludzie związani z Taizé. U nich zatrzymałem się na noc. Nie było jeszcze TGV, więc z Paryża do Chalon nad Saoną jechało się cztery, pięć godzin. Tam czekał już na mnie brat Clément. Jeszcze tylko czterdzieści pięć minut samochodem z Chalon i byłem na miejscu. Tak zaczął się mój pierwszy pobyt w Taizé. Zostałem na wolontariacie dwa miesiące.

Brat wtedy jeszcze studiował, tak?

Byłem po studiach. Napisałem pracę magisterską, ale jej jeszcze nie obroniłem. To był taki kruczek pomagający dostać paszport. Jak milicjanci zobaczyli, że jeszcze nie obroniłem pracy, to byli bardziej przychylni do wyjazdu, bo wiedzieli, że raczej nie prysnę i wrócę obronić magisterkę. Mój ojciec i mój przyjaciel musieli też podpisać weksel, w którym gwarantowali, że jeśli nie wrócę, opłacą koszt moich studiów. To była naprawdę bardzo duża suma.

Jak wyglądał ten pierwszy pobyt w Taizé?

W tym okresie – czyli w kwietniu – nie było bardzo dużo ludzi. Przyjechałem tu w swoje imieniny, tuż przed Zesłaniem Ducha Świętego. Pierwszy obraz z Taizé, jaki mam w głowie, to namioty, które leżały pokotem, przewrócone, bo przeszła wielka wichura. Wcześniej je postawiono, żeby kilka tysięcy ludzi, którzy przyjadą na Zesłanie, miało gdzie spać.

To były stare namioty kupione u kogoś w Paryżu. Ten ktoś przerabiał je po wojnie z namiotów po wojskach amerykańskich, więc były bardzo zużyte. Stały między Tyńcem – tak się nazywał wtedy ten dom, gdzie obecnie jesteśmy – a głównym kościołem. W środku była słoma. Przez dziury w sufitach tych namiotów można było oglądać nocne niebo. Warunki były wtedy bardzo skromne.

Czym się brat zajmował? W końcu to nie były wakacje, tylko wolontariat.

Moją pierwszą pracą było stawianie powywracanych namiotów i zszywanie tych, które się podarły przez wichurę. Przez następne dwa tygodnie pilnowałem, żeby stały stabilnie. Dostałem wielki młot, musiałem codziennie je obchodzić i dobijać śledzie, bo tu jest gliniasty grunt i śledzie łatwo wypadają. Szczególnie jak spadnie deszcz.

Potem bracia mi powierzali różne zadania, ale miałem też czas, by wszystko obserwować. Ponieważ byłem jedynym Polakiem w Taizé w tamtym czasie, stałem się trochę atrakcją dla tych, którzy tutaj przyjeżdżali. Jedno spotkanie szczególnie zapadło mi w pamięć. Przyjechała grupa starszych pań z Niemiec, z Mönchengladbach koło Kolonii. Regularnie przyjeżdżały do Taizé na kilka dni. Jak się tylko dowiedziały, że jest tu Polak, koniecznie chciały mnie spotkać. Wypytywały, co robię w Taizé, jak teraz jest w Polsce, a na koniec poprosiły, żebym po polsku powiedział Zdrowaś Maryjo. Okazało się, że wśród tych starszych pań było kilka pochodzących z dawnych terenów niemieckich, obecnie polskich. Jedna z nich, pani Johanna Sage, urodziła się i mieszkała w tym samym mieście, w którym ja się urodziłem, siedziała w jednej ławce szkolnej z bliską koleżanką mojej mamy. Po wojnie musiała wyjechać. To było niesamowicie wzruszające spotkanie. Przyjaźń z nią trwała do końca jej życia. Prawdziwa nauczycielka z powołania. Dzięki niej zrozumiałem złożoność i dramatyzm sytuacji niektórych ­Niemców po zakończeniu wojny.

Udało się spotkać z bratem Rogerem?

Tak. Miałem okazję poznać braci i brata Rogera też. Zapraszali mnie na obiady do wspólnoty. Wtedy jedliśmy przy małych okrągłych stołach, a bracia byli podzieleni na różne grupy. Raz posadzono mnie przy stole brata Rogera, raz z młodymi braćmi. Poznałem też brata François, który był odpowiedzialny za młodych braci, był takim mistrzem nowicjatu. Tak więc poznawałem wspólnotę od środka. Pamiętam też pierwszą wizytę w pokoju brata Rogera. W swoim kąciku modlitwy miał ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej.

Poza tym spotkałem mnóstwo młodych ludzi z najróżniejszych krajów. Z Danii, Włoch, Hiszpanii, Portugalii. Akurat wtedy w Portugalii trwały pokojowe demonstracje, rewolucja goździków, 25 kwietnia, więc Portugalczycy się cieszyli, że upada ich reżim. W Taizé chronili się Hiszpanie, którzy nie chcieli iść do wojska, bo u nich była jeszcze dyktatura. Bardzo ważne były dla mnie wszystkie kontakty z Niemcami. Zawsze okazywali mi wiele życzliwości i sympatii.

Z takim jednym chłopakiem wyrwaliśmy się do Lourdes. To było trochę wbrew zasadom, bo bracia nie lubią, jak ktoś zwiedza okolice, przyjeżdżając do Taizé. No ale przecież ja byłem Polakiem i nie dopuszczałem do siebie myśli, że będąc we Francji, nie odwiedzę tak ważnego sanktuarium! Pojechaliśmy autostopem. Willy był protestantem, szykował się do zostania pastorem.

I nie miał oporów z tego powodu, że sanktuarium jest katolickie, maryjne?

Właśnie nie, był bardzo zainteresowany.

A jak wtedy wyglądały modlitwy w Taizé?

Tak jak dziś odbywały się trzy razy dziennie, ale wyglądały trochę inaczej. Nie było jeszcze wtedy tak zwanych śpiewów z Taizé. Bracia korzystali z tradycji monastycznej. Śpiewali trzy psalmy, hymny, responsoria, długie modlitwy wiernych. Była wtedy grupka mnichów prawosławnych, więc czasami był też prawosławny śpiew. Rano w górnym kościele odbywała się pierwsza część modlitwy, traktowana jako liturgia słowa, a po tej wspólnej części rozchodziliśmy się. Katolicy schodzili do krypty na liturgię eucharystyczną. W tamtym czasie byli tu też franciszkanie. Pełnili posługę duszpasterską dla katolików, którzy coraz liczniej przyjeżdżali na wzgórze. W samej wspólnocie był jeden katolicki ksiądz, brat Marcel.

W ciągu tych dwóch miesięcy odbyłem również rekolekcje w ciszy, po raz pierwszy w życiu. Mieszkałem w Domu Ciszy w pokoju z widokiem na burgundzkie pola i łąki. To był maj, czerwiec, więc było naprawę pięknie. Miałem zostać na miesiąc, ale przedłużyłem pobyt o kolejny. Udało się, bo wizy były chyba ważne przez trzy miesiące. Już po dwóch bracia powiedzieli, że wystarczy. Trzeba było wracać.

W dniu wjazdu brat Roger zaprosił mnie jeszcze raz do swojego pokoju i później poszliśmy razem na modlitwę południową do kościoła. Pamiętam, że zadał mi pytanie, co byśmy mogli teraz razem zrobić. Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć, ale spontanicznie powiedziałem, że jakby bracia otworzyli w Polsce fraternię, czyli taką małą wspólnotę, gdzie bracia żyją wśród ubogich i wykluczonych, to jestem gotów do pomocy. Po modlitwie jadłem obiad w Domu Ciszy. Nagle wszedł jeden z braci, który pokazał mi tylko palcem, że samochód już czeka. Nie miałem nawet czasu powiedzieć komukolwiek „do widzenia”, wyjechałem bez pożegnania.

Powrót do Polski i co dalej? Już pewnie w sercu się coś podziało.

No tak. Po powrocie do Polski trzeba było obronić pracę magisterską. W tym czasie bardzo regularnie dostawałem listy od brata Clementa, ale to nie był czas biernego oczekiwania. Z ludźmi z różnych miast znającymi Taizé zaczęliśmy myśleć, co można by zrobić u nas, w Polsce. To, co bracia proponowali i co do dziś proponują, to spotykanie się, żeby w atmosferze wyciszenia, modlitwy poznać się lepiej, podzielić się swoimi pytaniami, wiarą i w ten sposób wzajemnie otwierać sobie nowe horyzonty w życiu Ewangelią.

Postanowiliśmy, że spróbujemy zorganizować takie spotkanie. Nie było prosto. W tamtym czasie tego rodzaju zgromadzenia mogły zostać potraktowane przez władze jako nielegalne. W Polsce jednak było dużo klasztorów i innych miejsc, gdzie można było się trochę schować. Spotkanie chcieliśmy zorganizować w Chludowie pod Poznaniem. To miejsce formacji werbistów. Ojcowie się zgodzili, nie stawiali trudnych pytań, zaufali nam.

Udało się. To była jesień 1972 roku. Zjechało się około stu osób z całej Polski. Nie było to więc wielkie spotkanie, ale sto osób w tamtych czasach to już było dużo. Przyjechało też trochę ludzi z Zachodu. Była z nami Sophie z Francji. Pamiętam, że ojciec Joachim Badeni, który też tam z nami był, ciągle o niej później opowiadał.

Dlaczego?

Metoda spotkań w Taizé jest taka, że tworzą się małe grupy i ludzie rozmawiają ze sobą, a nie tylko słuchają konferencji. Od początku zależało nam, żeby świeccy brali aktywny udział w spotkaniu. Stąd też wziął się pomysł, żeby również w Chludowie animatorami byli właśnie świeccy. Ojciec Badeni trafił do grupy Sophie. To była energiczna dziewczyna i trochę nim tam potrząsała. On chyba nie był przyzwyczajony do takiej roli (śmiech), ale przyjął ją z wielką pokorą i humorem.

Mniej więcej w tamtym czasie do Polski przyjechał też brat Roger?

Tak. W maju 1973 roku po raz pierwszy przyjechał na zaproszenie biskupa Bednorza na pielgrzymkę mężczyzn do Piekar Śląskich. Przy tej okazji odwiedził też Warszawę. W stolicy miał spotkać się z młodymi ludźmi. Wiadomości rozchodziły się pocztą pantoflową, nie można było tego ogłosić na plakatach. W ten sposób informacja dotarła też do nas do Poznania. No i pojechaliśmy. To było u św. Anny. Piękne, wzruszające spotkanie. Później odwiedził nas jeszcze w Kokoszycach, gdzie organizowaliśmy kolejne spotkanie dla ludzi z całej Polski. Potem razem szliśmy do Piekar Śląskich. Uczestniczyliśmy w pielgrzymce z tymi setkami tysięcy górników i hutników.

Co w tym czasie działo się z brata powołaniem?

Powoli się rozwijało. Funkcjonowałem normalnie. Zaraz po powrocie z Taizé i obronie pracy magisterskiej zacząłem pracować. Wtedy był obowiązek pracy, nie można było inaczej. Tak się złożyło, że pierwszą pracę dostałem niedaleko poznańskiego seminarium. Dzięki temu „przypadkowi” w łatwy sposób nawiązałem kontakt z księdzem Janem Stanisławskim, który był tam ojcem duchownym. Spotykałem się z nim regularnie, raz w tygodniu we czwartki wieczorem. Z seminarzystami uczestniczyłem we mszy świętej, a on miał dla mnie czas przed nią albo po niej. To były dla mnie ważne rozmowy i poszukiwania.

Po drodze z pracy do domu przechodziłem obok poznańskiej fary. To piękny, ciepły kościół. Pełno w nim zakamarków i jest też kaplica z adoracją. Często po pracy wchodziłem tam na chwilę, kryłem się za kolumnami i bombardowałem górę modlitwą oraz pytaniami (śmiech).

Co to była za praca?

Okropna! Gryzipiórek byłem po prostu. Pracowałem w biurze handlowym dużego przedsiębiorstwa. Siedziałem w dokumentach. Sprzedawaliśmy jakiś sprzęt pomiarowy do wody i jeszcze coś do oczyszczania miast. Pamiętam regały pełne segregatorów, ciągle trzeba było czegoś w nich szukać. Przyznam szczerze, że bardzo mnie to nudziło. Wytrzymałem tam tylko pół roku.

Wtedy też po raz pierwszy spotkałem się z zagrożeniem ze strony ubecji. Któregoś dnia zawołał mnie dyrektor biura i zapytał: „Gdzie pan chodzi? Proszę przestać!”. Zauważyli, że regularnie chodzę do seminarium i im się to nie spodobało. Ja się tym za bardzo nie przejąłem. Nie miałem świadomości, że to może być niebezpieczne. Zresztą wkrótce zmieniłem pracę.

A jak utrzymywał brat kontakt z Taizé?

W tym czasie zorganizowaliśmy dwa piękne spotkania w Koninie. Były inne niż te wcześniejsze, bo towarzyszyły im prace przy kościele. Budowaliśmy wielki kościół św. Maksymiliana Kolbego. Był tam wtedy odważny proboszcz, ksiądz Łasa, który się zgodził i nas przyjął. Podczas pierwszego obozu tam w ogóle jeszcze nic nie było, nawet fundamentu, tylko zwykła łąka, więc głównie przygotowywaliśmy teren. A podczas drugiego były już zaawansowane prace. Mury szły w górę, woziliśmy beton, to już była prawdziwa budowa. Było nas dziesięć, może piętnaście osób. Na plebanii żywiła nas pani gospodyni, spaliśmy pokotem w salce katechetycznej.

Na te nasze obozy przyjeżdżali wysłannicy z Taizé. Jednym z nich był młody Francuz, który później został bratem. Któregoś dnia kopał rów łączący kościół z plebanią. Cały spocony, ubrudzony, jak to na budowie. Wyglądał jak rasowy robotnik. Przejeżdżał tamtędy jakiś samochód zfrancuską rejestracją. Zgubili się, więc zatrzymali auto, żeby zapytać o drogę. Byli pewni, że rozmawiają z Polakiem. A on mówi do nich po francusku z paryskim akcentem. Widząc ich zdziwienie, François ze swoim wrodzonym spokojem wyjaśnił: „Nie wiedzieli państwo, że w Polsce są francuscy gastarbeiterzy?”. Można sobie wyobrazić, w jakim osłupieniu odjeżdżali. Obecny brat Paul do dzisiaj lubi opowiadać tę historię.

Z kolei któregoś lata bracia wysłali grupkę Francuzów do Rosji. Ci jechali samochodem i przejeżdżali przez Polskę. Zatrzymali się u mnie w domu. Kontakty były zatem dość częste i intensywne. Na początku lat siedemdziesiątych jednak nie myślałem jeszcze, żeby być bratem. Taka myśl zaczęła we mnie kiełkować i dojrzewać dopiero bliżej roku 1975. Na początku tego roku zdecydowałem, że pojadę do Taizé i zapytam, czy jest to możliwe.

Za decyzją poszedł konkret?

Tak, ale tym razem bracia już tak bardzo mi nie pomogli. Nie wysłali mi biletu na pociąg. Połowa lat siedemdziesiątych to był okres panowania Gierka. Wtedy w Polsce reżim nieco zelżał, śrubę poluzowano, więc wszystkie sprawy paszportowe szły trochę łatwiej. Bracia przysłali mi tylko zaproszenie. Nie wiedziałem, jak zapłacę za podróż. Na pierwszy wyjazd w 1972 roku miałem prawo wymienić pięć dolarów. To była równowartość połowy pensji mojego ojca. Podczas drugiego wyjazdu był już raj, bo mogłem wymienić sto procent więcej, czyli dziesięć dolarów. To wciąż było za mało, więc pojechałem autostopem. To była fajna przygoda. Taka sierotka na drodze stała, bo to była zima, chyba luty, więc ludzie się litowali i szybko mnie brali. Najpierw podjechałem do Berlina pociągiem. Wiedziałem od kolegów, że potem trzeba tam wyjść na autostradę. Jechałem przez Stuttgart i Zurych. Pamiętam, że przyjechałem na granicę szwajcarsko-francuską, a tam żywej duszy. Byłem przerażony, żadnych strażników. Co jest grane? Zapukałem do budki, a oni myśleli, że to jakiś wariat. Szukałem ich, bo chciałem mieć pieczątkę, że przekraczam granicę. Tacy byliśmy światowcy! Za resztkę pieniędzy udało mi się dojechać ostatnim pociągiem do Mâcon. Było w nim zupełnie pusto, jedynie jakaś para siedziała ze mną w wagonie. Też wysiadali w Mâcon. Ciemno wszędzie. Leciałem za nimi, a na nich czekał samochód. Oni już wsiedli, walę jednak w szybę, patrzę, kto tam jest, a to ten Francuz, który był w Koninie! W międzyczasie został już bratem w Taizé. To niespodziewane spotkanie wywołało w nas taką radość, że ruszyliśmy ze zbyt dużym impetem i on zapłacił mandat zaraz przy wyjeździe z dworca.

Z przygodami, ale udało się szczęśliwie dotrzeć.

Przyjechałem i na początku wszystko toczyło się bardzo szybko. Bracia mnie przyjęli, odbyłem długie rekolekcje z jednym z nich. Mieliśmy problemy z komunikacją. On nie znał języka niemieckiego, a ja wtedy znałem tylko niemiecki, jeszcze trochę angielski, ale francuskiego w ogóle. To były więc takie specyficzne rekolekcje ze słownikiem w ręku, ale bardzo piękne i owocne. Po nich bracia powiedzieli, że mogę wstąpić do wspólnoty. Dla mnie to było ważne potwierdzenie. Koniec z zastanawianiem się i rozeznawaniem powołania. I w tym momencie zaczęły się schody. Wizę miałem na miesiąc, a spędziłem już trzy tygodnie we Francji. Musiałem więc jak najszybciej wrócić do Polski, żeby podjąć starania o możliwość powrotu do Taizé już na stałe.

Nie chciałem zostawać nielegalnie, tak jak w tamtym czasie robiło wielu Polaków. Wiedziałem, że dla wspólnoty to też jest ważne. Już wtedy czułem, że może kiedyś zaczną tu przyjeżdżać Polacy i to będzie ważne świadectwo, że nie jestem uciekinierem. Równocześnie trudno mi było na myśl, że mam wyjechać z Polski. Byłem mocno emocjonalnie związany z naszym krajem, rodziną, przyjaciółmi.

Wrócił więc brat do Polski, żeby wszystko legalnie załatwić.

Tak. Tym razem nie poszło jednak szybko i gładko. Wniosek o paszport można było składać dopiero po pół roku od ostatniego powrotu. Tak też zrobiłem, ale dostałem odmowę. Od odmowy do kolejnego wniosku znowu trzeba było czekać pół roku. Co sześć miesięcy, za każdym razem z wielką nadzieją, składałem wniosek i za każdym razem dostawałem odmowę. Na początku otrzymywałem świstek z informacją, że to ważne względy polityczne nie pozwalają na wydanie obywatelowi paszportu. A potem były bardzo ważne względy socjalne. Tak na przemian. Już nie pamiętam, ile to było razy, ale chyba cztery. Długo musiałem czekać, ale to nie był jednak bezowocny czas. Dziś widzę, że to była fantastyczna szkoła zaufania: jeżeli to jest Boża sprawa, to coś z tego wyniknie, a jak nie, to nie.

Nie chciałem i nie mogłem siedzieć bezczynnie, więc zacząłem znowu pracować. Poszedłem też na studia teologiczne dla świeckich. To był znowu piękny „zbieg okoliczności”, że właśnie wtedy uruchomiono takie studia przy niektórych seminariach w Polsce, również w Poznaniu. Byłem więc w jednej z pierwszych grup świeckich, którzy mogli studiować teologię. To były studia zaoczne, mieliśmy zajęcia w sobotę i w niedzielę. Nadal też miałem kontakt z ojcem duchownym seminarium. Fakt, że chcę zostać bratem, trzymałem w tajemnicy. Wiedzieli o tym tylko moi najbliżsi przyjaciele, rodzina i ten ksiądz.

W tym okresie po raz kolejny na pielgrzymkę do Piekar Śląskich przyjechał brat Roger. Ponownie zorganizowaliśmy też spotkanie w Kokoszycach, na które przybyło sporo ludzi. Brat Roger też tam był. Miało tam miejsce wydarzenie bardzo ważne dla mnie i mojej rodziny. Kiedy moi rodzice dowiedzieli się, że chcę wstąpić do wspólnoty, wspierali mnie ze wszystkich sił. Pod tym względem byłem dużym szczęściarzem. Stopniowo poznawali Taizé, angażowali się w różne działania z młodymi, wspierali nas w organizacji spotkań, kiedy trzeba było, gościli w naszym domu ludzi z zagranicy, lecz nie mieli jeszcze okazji poznać brata Rogera. Mama przyjechała do Piekar Śląskich, a tam ogromny tłum, setki tysięcy ludzi. Nie mogliśmy się znaleźć. Ona i ja modliliśmy się do św. Antoniego i po kilku godzinach się odnaleźliśmy (śmiech). Razem zaczęliśmy szukać brata Rogera. On miał akurat jakieś spotkanie z biskupami w domu parafialnym. Poszliśmy tam. Kiedy nas zobaczył, w ogóle się nie przejmował żadnymi konwenansami, chwycił moją mamę za rękę i wciągnął ją do środka pomiędzy tych wszystkich biskupów. To był cały on. Tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Brat Roger budził zaufanie swoją osobowością, prostotą i jednocześnie wielką otwartością na drugiego człowieka. Myślę, że dzięki temu spotkaniu moja mama była już o mnie zupełnie spokojna.

Brat Roger z księdzem Stanisławem Szymeckim podczas spotkania z młodzieżą w Piekarach Śląskich, maj 1973

Udało się skończyć studia teologiczne?

Zrobiłem tyle, ile się dało. Pracowałem też w kolejnym miejscu.

Co to znaczy: „ile się dało”?

Te studia miały trwać chyba cztery lata, ja zrobiłem trzy. Przerwałem, kiedy w końcu dostałem paszport. Ciągnąłem też nową pracę. W celu zorganizowania wystawy na Targach Poznańskich stworzono biuro handlu zagranicznego. Ta praca była ciekawa, ale tylko przez kilka miesięcy, do momentu zorganizowania wystawy. To trochę obrazuje sytuację w ówczesnej Polsce. Zrobiliśmy, co mieliśmy zrobić, więcej pracy nie było, a nas dalej czterech siedziało w tym biurze. To było tak naprawdę ukryte bezrobocie. Pieniądze dostawało się za nic. Strasznie demoralizujące. W sytuacji kiedy miałem tyle innych pomysłów, możliwości sensownego działania, siedzenie osiem godzin w pracy było po prostu nie do wytrzymania.

W pewnym momencie stwierdziłem, że tak nie potrafię, że zwariuję od tego nicnierobienia, i wymyśliłem, że poproszę o azyl u benedyktynów. Znałem ojca Karola Meissnera. Powiedziałem mu wszystko: że się szykuję do Taizé, że bracia tam na mnie czekają, i zapytałem, czyby mnie benedyktyni nie przyjęli na przechowanie. Ojciec Karol się zgodził, ojciec przeor, Mateusz Skibniewski, też nie widział problemu, więc wylądowałem u benedyktynów w Lubiniu koło Kościana. To był bardzo piękny czas. Zamieszkałem w klasztorze, kontynuowałem studia teologiczne, ­dojeżdżałem w sobotę i niedzielę do Poznania. Na co dzień mieszkałem, modliłem się i pracowałem u benedyktynów. Jak się teraz pojedzie do Lubinia, można zobaczyć piękny kościół, barokową perełkę. Wtedy tam było bardzo biednie, to była prawie ruina. Większość ojców zginęła w czasie wojny, zostali wywiezieni do Dachau. ­Przetrwało tylko trzech braci staruszków i jeden ojciec.

To już było zupełnie inne życie. Czułem się tak, jakbym już był tam, gdzie chciałem być. Wszystko było bardzo, bardzo proste. Kuchnią zajmowała się starsza pani, więc z ojcem Karolem trochę jej pomagaliśmy, ale tak, żeby tego nie widziała, bo była oddana pracy, zasadnicza i nie można jej było wchodzić w paradę (śmiech). Pamiętam też piękne modlitwy w kaplicy i wielką życzliwość ze strony benedyktynów wobec mnie. A także rozmowy z ojcem Karolem, bardzo cenne, ale niełatwe. Nie potrafił zrozumieć, ­dlaczego ja tak chcę jechać do tych protestantów.

I co brat mu mówił?

Musiałem się mocno nagimnastykować i tłumaczyć, dlaczego czuję, że to jest moje miejsce, dlaczego moje sumienie mi pozwala taki krok podjąć. Mówiłem o tym, jak brat Roger widzi jedność chrześcijan. A że ojciec Karol był człowiekiem niesamowicie szanującym wolność rozmówcy, to te dyskusje nigdy nie były dla mnie zniechęcające, tylko mobilizujące do głębszej refleksji, do pogłębienia moich motywacji. Myślę, że też do lepszego zrozumienia intencji brata Rogera. Żeby je jakoś wyjaśnić, musiałem je sam mocniej przetrawić. To był więc ważny czas i ważne rozmowy. I też ­przygotowanie do życia monastycznego we wspólnocie.

No ale jednak pod koniec 1977 roku…

…przyszedł paszport.

Nareszcie na któreś z moich podań przyszła odpowiedź. Najpierw znowu negatywna, ale zaraz po niej do ojca Karola przyszli wysłannicy SB wypytywać o mnie. Później mi zdradził, że powiedział im: „Dajcie mu w końcu ten paszport, bo i tak go już straciliście”. Dał im więc do zrozumienia, że jak nie dostanę paszportu, to zostanę u benedyktynów. To im pewnie nie bardzo odpowiadało, więc szybko mi dali paszport i to jeszcze konsularny, taki czerwony, pozwalający podróżować nie tylko w jedną stronę. Może liczyli na to, że będą mieć ze mnie później jakiś pożytek? Nie wiem.

W każdym razie 15 sierpnia napisałem telegram do Taizé. Z jednym słowem: Magnificat. Kiedy bracia go przeczytali, część z nich, wiedząc, że to dzień maryjny, a w Polsce bardzo ważne święto, pomyśleli, że po prostu wysyłam im w ten sposób świąteczne pozdrowienia. Była wielka dyskusja we wspólnocie, co to znaczy. Brat Clément, z którym byłem stale w kontakcie, był pewny, że to wyraz mojej radości, że musiałem dostać paszport. W końcu mogłem zacząć ostatnie przygotowania do wyjazdu do Taizé.

Telegram wysłany przez brata Marka do Taizé po otrzymaniu paszportu na wyjazd,sierpień 1977

Pamięta brat moment wyjazdu? Jakie to było uczucie?

Nareszcie po trzech latach czekania, życia w zawieszeniu, bez pewności, czy kiedykolwiek będę mógł wstąpić do wspólnoty, miałem paszport w ręce, miałem bilet i byłem na dworcu w Poznaniu. Razem ze mną najbliżsi, rodzina i zaprzyjaźniony ksiądz Piotr Siebert. Ten ostatni postanowił, że pojedzie ze mną pociągiem do Berlina, więc w pierwszej części podróży było jakoś raźniej. Kiedy już zostałem sam w pociągu, jedna myśl wracała: żeby mi jeszcze tylko nie kazali czekać w tym Taizé na przyjęcie do wspólnoty.

To była długa podróż, dwadzieścia parę godzin. W Paryżu szybka przesiadka i dalej do Chalon. Tam na dworcu czekał na mnie brat Clément. Wsiadamy do samochodu, a brat mówi, że musi jeszcze zrobić zakupy. Trochę mnie to zdziwiło. No bo jak to tak? Ja po trzech latach wracam, cały podekscytowany, przeżywam jeden z najważniejszych momentów w moim życiu, a on tu zakupy będzie robić? Pojechaliśmy do supermarketu i on kupił jakieś sznurowadła. Nie rozumiałem, co się dzieje. Wkońcu ruszyliśmy dalej. Do Taizé dotarliśmy na obiad. Brat Roger czekał na mnie. Poszedłem do jego pokoju, a on, witając mnie, powiedział: „Dziś wieczorem dostaniesz habit”.

Nagle wszystko stało się jasne. We wspólnocie zwyczajowo nowych braci przyjmuje się w trakcie wieczornej modlitwy. Brat Roger chciał, żebym został bratem od razu, podczas pierwszej modlitwy po przyjeździe do wioski. Stąd te wszystkie manewry z zakupem sznurowadeł (śmiech). To był jasno obmyślony plan i celowe opóźnienie mojego dojazdu, żebym nie zdążył na ­modlitwę południową.

I tak się stało?

Tak, pamiętam to, jakby to było wczoraj. Tego samego dnia podczas wieczornej modlitwy, 5 października, dostałem habit i od razu zamieszkałem we wspólnocie.

Ten sznurówkowy manewr pokazuje, jak niesamowity dar empatii miał brat Roger, jak umiał się wczuć w sytuację drugiego człowieka, który tyle lat na coś bardzo czekał. To mnie ogromnie poruszyło.

***

Miałem szczęście wiele razy spotykać założyciela Taizé. W trakcie mojego sześciomiesięcznego wolontariatu widywałem go regularnie. Nie tylko na modlitwach w kościele, ale również w trakcie wspólnych posiłków z braćmi, na które jako ­wolontariusze byliśmy zapraszani.

Nigdy nie zapomnę obiadu, podczas którego posadzono mnie koło brata Rogera. W pewnym momencie zaczął do mnie coś mówić. Nic nie zrozumiałem. Poprosiłem dyskretnie brata, który siedział po mojej drugiej stronie, żeby mi przetłumaczył, co brat Roger chce mi powiedzieć. Nachylił się, a po chwili się roześmiał i powiedział, że on próbuje do mnie powiedzieć kilka słów po polsku. Faktycznie tak było, ale ponieważ pierwszy przeor wspólnoty Taizé był już wtedy staruszkiem i ­mówił bardzo cicho, po prostu go nie zrozumiałem.

Po posiłku brat Roger poprosił mnie, żebym odprowadził go do jego pokoju. Potrzebował już wtedy pomocy w poruszaniu się, więc szliśmy pod rękę. Dziś wiem, że miałem wtedy okazję prowadzić świętego człowieka, ­proroka, który wyprzedził swoje czasy.

Wspólnota, którą założył, zmienia Kościół i świat. A wszystko dzięki temu, że pewnego dnia młody chłopak zaufał Ewangelii, podjął radykalną decyzję, wsiadł na rower i ruszył w nieznane. Skąd miał siłę i odwagę, żeby to zrobić?

Brat Roger

czyli babcia protestantka chodząca na Eucharystię, marzenie o wspólnocie, poszukiwanie pojednania w najtrudniejszych czasach i wierność powołaniu wbrew wszystkim przeciwnościom