Egzotyczne podróże etnografa. Azjatyckie wędrówki i poszukiwania polskich zesłańców w ZSRR - Janusz Kamocki - ebook

Egzotyczne podróże etnografa. Azjatyckie wędrówki i poszukiwania polskich zesłańców w ZSRR ebook

Janusz Kamocki

4,0

Opis

Podróż przez kontynenty i historię XX w. okiem etnografa-obieżyświata, który lekkim i barwnym językiem opisuje swoje liczne egzotyczne wędrówki.

Autor w czasie II wojny światowej był żołnierzem Narodowej Organizacji Wojskowej oraz Armii Krajowej. Po wojnie podjął studia etnograficzne i przez wiele lat był pracownikiem Muzeum Etnograficznego w Krakowie.

Książka jest podsumowaniem jego etnograficznych zainteresowań i wypraw. Napisana jest jednak nie dla naukowców, ale zwykłych ludzi zainteresowanych podróżami, innymi kulturami, a także... historią XX w. W tle barwnych opisów miejsc i ludzi uchwycony jest też obraz ubiegłego wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Janusz Kamocki

Egzotyczne podróże etnografa

Azjatyckie wędrówki i poszukiwania polskich zesłańców w ZSRR

Wydawnictwo Kubajak 2013

Strona redakcyjna

Opracowanie graficzne i projekt okładki:

Joanna Dzierzbicka

Fot. na okładce: Janusz Kamocki

Fot. w środku książki: Janusz Kamocki oraz inni autorzy podpisani przy poszczególnych fotografiach

Korekta:

Gabriela Pawłowska

© Copyright by Wydawnictwo Kubajak

© Copyright by Janusz Kamocki

ISBN 978-83-62501-21-2

Wydawnictwo Kubajak

pl. F. Kulczyckiego 2

32-065 Krzeszowice

tel. 12 282 62 65; fax 12 282 10 86

e-mail: [email protected]

www.kubajak.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

WSTĘP

Autora tej książki poznałem ponad 50 lat temu w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Przyjechałem tam z Wrocławia, by zapoznać się z kolekcją etnograficzną Benedykta Dybowskiego dotyczącą autochtonicznej ludności Kamczatki. Były to bowiem początki moich zainteresowań Syberią w historii i kulturze narodu polskiego. Los sprawił, że trafiłem wówczas na świetnego przewodnika, który młodszemu od siebie etnografowi pokazywał te zbiory, będące dokumentem i źródłem dotyczącym polskich badań etnograficznych na Syberii. Dodam, że znalazłem w nim znakomitego znawcę tych eksponatów. Wiąże się z tym zapamiętana przez mnie wielostronność tematyczna dotycząca opisu kolekcji, umiejętnie zespolona z kulturą materialną i duchową tubylców Kamczatki, oraz zdumiewające oczytanie z tego zakresu. Potem bywałem tam parokrotnie, a część tych syberyjskich eksponatów pokazano w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu podczas międzynarodowej konferencji „Historia kontaktów polsko-rosyjskich w dziedzinie etnografii” (1973) i drugi raz na wystawie „Polskie opisanie świata” upamiętniającej jubileusz 100-lecia Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego (1995). W obie te ekspozycje zaangażowany był Janusz Kamocki jako autor scenariuszy.

Ten kontakt z muzealnym przewodnikiem, widziany dzisiaj z oddali, zapamiętałem jako źródło, z którego wzięły początek dalsze spotkania z autorem tej książki i jego interesującymi relacjami z etnograficznych wojaży. Słuchając tych opowiadań, nazwałem go kiedyś obieżyświatem, co potem przyjęło się wśród jego przyjaciół, gdyż szlak jego etnograficznych podróży to długi ciąg tras krajowych i zagranicznych w odległych nieraz od siebie zakątkach ziemi. Jest on jednym z naszych najlepszych znawców kultury Indonezji, badaczem problematyki tożsamości narodowej Tybetańczyków, poszukiwaczem Polaków wywiezionych do Kazachstanu, pracującym także nad dziejami naszych rodaków poza granicami kraju.

Istotną częścią życia autora tej książki jest także muzealnictwo, w którego krąg weszło wiele wystaw oraz etnograficznych wypraw badawczych. Pamiętam, jak przed laty przekonywał mnie, że eksponaty etnograficzne same mówią za siebie, tylko trzeba umieć je słuchać i rozumieć! On to potrafił.

Przejrzawszy z mozołem szufladki mej pamięci o wizytach w Muzeum Etnograficznym w Krakowie znajduję w niej wspomnienia o niektórych jego pracownikach wspomagających mnie w poznawaniu wymienionej na wstępie syberyjskiej kolekcji. Najczęściej jednak jawi się mi w nich postać profesora Tadeusza Seweryna, który gdy poznał moje zainteresowania dziejami Polaków na Syberii, uznał je za interesujące i zarazem niebezpieczne (ale podkreślał jednocześnie, że bardzo potrzebne) i mimo tego „niebezpieczeństwa” proponował mi pracę w muzeum. Ale to już temat do innej opowieści. Był Profesor dobrym duchem tego muzeum, Człowiekiem o konspiracyjnych doświadczeniach w okresie wojny, potrafiącym z uporem budować niebagatelną pozycję tej placówki w Krakowie oraz wspomagać i ochraniać jej pracowników, gdy byli w potrzebie.

Wiążą się z tym również niełatwe losy autora tej książki – żołnierza AK ze skazą wyroku sądowego z pierwszych lat Polski Ludowej. Przez ponad czterdzieści lat pracował Janusz w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, dotykając niemalże każdego eksponatu z pozaeuropejskiej kolekcji, a realizowanie pomysłów dotyczących wystaw stałych i czasowych poświęconych krajom pozaeuropejskim zaprzątało go bez reszty. Nie dziwi zatem fakt, że z powodzeniem je urzeczywistniał. Do wystaw opracował specjalistyczne katalogi pozwalające lepiej i łatwiej zrozumieć kreacyjny charakter tych ekspozycji.

Nade wszystko cenił sobie jednak pracę dydaktyczną, przez pewien czas prowadził bowiem zajęcia z zakresu etnografii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej oraz na Uniwersytecie Śląskim – Filia w Cieszynie. Lubił tę pracę i umiał rozmawiać ze studentami. Potrafił być ich przyjacielem, a szczodre obcowanie z nimi owocowało, rzec można, wdzięcznością oraz po prostu nie dającą się ukryć sympatią dla swego Profesora. Najbardziej jednak dumny jest z cyklu wykładów na polskim nielegalnym uniwersytecie w Wilnie, któremu dostarczał także książki. Dodam tu jeszcze, że Janusz lubił i potrafił rozmawiać ze wszystkimi, a gawędy z nim zawsze sprawiały przyjemność mojej żonie Bożenie i mnie, gdy bywał u nas w domu. Te właśnie wspomnienia przechowuję w swojej pamięci!

Z wielorakich ról zawodowych i społecznych pełnionych przez autora wypływa treść tej książki, w której czytelnik znajdzie interesujące wątki, nieraz wręcz zdumiewające ze względu na swoją oryginalność. To samo kryje się w wielu innych jego książkach przedstawiających etnograficzny świat, w którym bywał, który dobrze rozumiał i interesująco go opisał.

Przez wiele lat pełnił w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym wiele różnych funkcji organizacyjnych i redakcyjnych za co ono odwdzięczyło mu się, ofiarowując mu godność członka honorowego. Ten tor społecznikostwa zawiódł go również do Sandomierskiego Towarzystwa Naukowego. Wszakże Sandomierszczyzna jest jego ziemią rodzinną, której historię trudną i niebezpieczną z czasów wojny i powojnia doświadczył nieraz nader boleśnie. Czyż nie jest to wystarczający dorobek jak na naukowca obieżyświata?

Tylko że Janusz Kamocki nie pasuje do wyobrażenia o poważnym naukowcu, pracującym w ciszy biblioteki. Podobno, gdy pytano go, jako małego chłopca, kim chce w przyszłości zostać – odpowiadał „podróżnikiem” – a właściwie „podlóźnikiem”, bo wówczas jeszcze nie wymawiał „r”. I podróżnikiem został, dla mnie zaś solidnym i interesującym obieżyświatem, bo jego podróże, to nie wygodne pociągi czy auta. Twierdzi, że jedyne środki komunikacji, z których w swoich podróżach nie korzystał, to tylko helikoptery, czołgi i łodzie podwodne. Żył egzotyką odległych krajów i to niełatwe podróżowanie stanowiło swoiste wezwanie do poznawania tego świata, realizacji jego etnograficznych upodobań wpływających w jakiś sposób na kształtowanie samego siebie i do otwarcia się ku innym ludziom. Do dzisiaj taki jest!

W czasie wędrówek zdarzało mu się sypiać w szałasach tubylców w dżungli sumatrzańskiej czy w cienkim śpiworze, z kamieniem pod głową, u stóp lodowca w Himalajach. Przygód tych miał tyle, że mógłby nimi obdarować wielu etnografów. W Indonezji otrzymał stypendium, które powinno mu przy drakońskich oszczędnościach wystarczyć na trzymiesięczny pobyt w tym kraju, a przeżył tam 11 miesięcy i dotarł do plemion mających opinię dzikich zabójców, mordujących rzekomo każdego obcego przybysza. Wszystko, czego tam doświadczył, interesująco opisał w książce zatytułowanej „Przygoda z Indonezją” (1976) przetłumaczonej też na język rosyjski jako „Wstreczi s Indonesiej”, wydanej w Moskwie przez Akademię Nauk ZSRR (1981). Opisy dotyczące kontaktu ze wspomnianymi wcześniej plemionami ukazują stan jego urzeczenia ich kulturą oraz wskazują na umiejętność antropologicznego interpretowania tej faktografii. Wspominając ich na wykładach, mówił, że chciałby całe życie spotykać się z tak porządnymi i serdecznymi ludźmi. Po kamienistych pustyniach północnych Indii i Nepalu wędrował z ciężkim plecakiem – znajdowały się w nim łupki kamienne z rytymi napisami. Plecak zmarniał w wyglądzie, kręgosłup też nie był zachwycony takim traktowaniem, ale w Polsce kamienie trafiły do muzeów.

Podczas studiów interesował się kulturą turańską (chciał nawet z tej tematyki pisać pracę magisterską), ale gdy w latach 90. XX stulecia mógł pojechać (zresztą niezbyt legalnie) na historyczne tereny turańskie, czyli do dzisiejszego Kazachstanu, Uzbekistanu i Kirgistanu, nie miał czasu na badania etnograficzne. Interesowały go jedynie losy tamtejszych Polaków i organizowanie im możliwości powrotu do kraju. Nie zawsze było to łatwe i do dziś niektórzy ówcześni senatorowie wypominają mu kłopoty, jakie sprawiała im ta akcja, prowadzona poza, a właściwie ponad, państwową urzędniczą biurokracją. Do tej pory jednak sprawa powrotu Polaków z Kazachstanu do Macierzy jest nadal aktualna i każde przypominanie o niej jest rzeczą ważną. Trud na tym polu podjął raz jeszcze Maciej Płażyński, prezes Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, który zginął w katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Tempo załatwiania tej sprawy jest nadal bardzo wolne! Jasna i słuszna jest więc idea przypominająca o istnieniu polskiej diaspory w Kazachstanie i medialnego upubliczniania wiadomości o jej losach. Jest to jeden z kolejnych „niedonoszonych” przez Macierz tematów dotyczących Polaków w tym stepowym kraju, który łączy mnie z autorem książki i wypełnia nasze myśli.

Ale to jeszcze nie wszystko o autorze. Ukończył on etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim jako student profesora Kazimierza Moszyńskiego, któremu znana była skaza na jego życiorysie mającą charakter wyroku w procesie politycznym oraz działalności w AK i konspiracji. Było to w latach tzw. wolności na uwięzi, jak określił je śp. profesor Leszek Dzięgiel, także student etnografii krakowskiego uniwersytetu, szukający ucieczki od marksizmu w studenckich klubach taterników i grotołazów. Ale dla niektórych studentów etnografii tej uczelni biło jakieś źródło rozmywające ich ziemiańskie, konspiracyjne oraz inteligenckie rodowody i tylko w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do niegodziwości wobec nich w związku z ich nieprawomyślnymi przekonaniami. Kroczyli więc po linii programowych zajęć, zdawali egzaminy i kolokwia. Tak też w rytmie studenckich regulaminów kroczył autor tej książki, który uzyskał tytuł magistra na podstawie pracy dotyczącej kwestionariuszy etnograficznych (opublikowanej niebawem w 1963 r.), która jak twierdzi, powinna być sprzedawana w aptekach jako łagodny środek usypiający. Przez wiele lat przeklinały go za nią kolejne pokolenia studentów korzystających z niej na zajęciach z metodyki badań terenowych.

W tym początkowym okresie pisarstwa etnograficznego Janusza Kamockiego pojawiły się zeszyty serii wydawniczej „Atlas Polskich Strojów Ludowych” Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Gdy od jednego z ówczesnych specjalistów związanych z tą edycją dowiedział się, że sandomierskiego stroju już nie da się odtworzyć, on, Sandomierzak zakochany w swej rodzimej ziemi, udowodnił, że jest inaczej i opracował monograficzny opis tego stroju. Doświadczenia nabyte przy badaniu i odtwarzaniu stroju sandomierskiego, a później świętokrzyskiego, opisane następnie wspólnie z żoną Marią, wykorzystał później przy pisaniu dysertacji doktorskiej poświęconej wpływom politycznym na przemiany stroju ludowego w północnej Małopolsce w dobie porozbiorowej, której promotorem był profesor Józef Burszta z Uniwersytetu Adama Mickiewicza (Poznań). I tu też nie obeszło się bez trudności, bowiem wcześniej, jak wyznał mi kiedyś, nie chciano mu otworzyć przewodu doktorskiego na uniwersytetach w Krakowie, Warszawie i w Łodzi z powodu ciążącej na nim konspiracyjnej przeszłości. W bogatym i interesującym dorobku pisarskim są także książki dotyczące etnografii Polski, np. „Od Andrzejek do dożynek” (1958 i 1986), „Z etnografii Karpat polskich” (1984), oraz liczne artykuły oparte badaniach terenowych i za nie najbardziej osobiście pragnę mu podziękować.

Z postawą znanej niepokorności Janusza wobec Polski Ludowej łączy się jego działalność harcerska (podharcmistrz, Harcerz Rzeczypospolitej – skrót HR bezpieka odczytywała jako hrabia) oraz jako organizatora Społecznego Komitetu Pomocy Polakom na Wschodzie, a w czasie stanu wojennego organizatora Ugrupowania Niepodległościowego „ZAMEK”. Jest członkiem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Związku Ziemian, Stowarzyszenia Byłych Polskich Więźniów Politycznych. Odznaczeń ma niewiele, bo przyjmował je jedynie od ludzi, których szanował. Oprócz najcenniejszych dla niego, Krzyża Armii Krajowej oraz Złotego Krzyża Zasługi otrzymanych od prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, ma jeszcze Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski nadany mu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Pragnę, aby to, co napisałem o autorze książki, było uznane za akceptację jego dorobku naukowego, etnograficznego pisarstwa i społecznikostwa, nade wszystko zaś jego szacunku dla ludzkiego trudu i życia oraz prawdziwej niepodległości Matki Ojczyzny. Interesująca narracja tej autorskiej opowieści zawiera wiele spiętrzonych ze sobą faktów historycznych i kulturowych o dużych walorach poznawczych. To wszystko miesza się i przeplata w tej interesującej książce, którą Ty Szanowny Czytelniku wziąłeś do ręki. Życzę Ci interesującej oraz refleksyjnej lektury.

Antoni Kuczyński

Jelenie-Jeziorki, styczeń 2013

POCZĄTKI

Jestem etnografem (to niezbyt często spotykany zawód), toteż nieraz zadawano mi pytanie, kiedy i w jakich okolicznościach obudziło się we mnie zainteresowanie tą gałęzią nauki. Gdy próbowałem uchwycić te pierwsze ślady pasji, która potem ukierunkowała moje życie, uświadomiłem sobie, że wywodzą się one ze służby w szeregach AK. Aczkolwiek, gdy po raz pierwszy zetknąłem się jako szesnastoletni chłopak z problematyką etnograficzną, nie znałem jeszcze tej nazwy i nawet nie wiedziałem, że taka nauka w ogóle istnieje. Być może samej nazwy nie znali również i ci, którzy mnie z zagadnieniami etnograficznymi w tym czasie zapoznawali.

Prace nad ziemiami postulowanymi (zwanymi później Ziemiami Odzyskanymi) były prowadzone niejako dwutorowo. W Warszawie z Delegaturą Rządu przygotowującą kadry administracyjne i gospodarcze współpracowała grupa śląskich działaczy związanych z Edmundem Osmańczykiem. Natomiast władze wojskowe przygotowywały poszczególne jednostki wojskowe do obejmowania tych ziem. Przygotowania czynione przez Delegaturę są bardziej znane, gdyż wiele jej struktur włączyło się po wojnie do zagospodarowania tych ziem. Nie ujawniono oczywiście dotychczasowych kontaktów konspiracyjnych i starano się, w powojennym konsekwentnym niszczeniu gospodarki przez komunistów, ratować dla Polski co tylko się da (pisze o tym obszernie np. Ludwik Ślaski w książce „Lata wykreślone z życia”).

Mniej znane są plany Komendy Głównej AK. Na ich temat wiele lat po wojnie rozmawiałem długo z „Benedyktem” – Ludwikiem Muzyczką. Porównywaliśmy swoje spostrzeżenia: jego – kierującego odpowiednim referatem w Komendzie Głównej, i moje – szeregowego żołnierza 2. pp leg AK, jednego z pułków przeznaczonych właśnie do zajmowania ziem, które – zgodnie z oczekiwaniami Rządu RP na Uchodźstwie – miały być po wojnie przyłączone do Polski. Prawdopodobnie nasz pułk (a zapewne i cała 2. dywizja AK, w której skład wchodził) miał za zadanie objęcie Opolszczyzny, gdyż pewne akcje szkoleniowe były nastawione na tereny oderwane od Polski jeszcze w epoce piastowskiej.

Podczas szkoleń omawiano problemy dotyczące ziem zamieszkałych przez ludność polską w Niemczech, stopień świadomości narodowej tej ludności, stosunek do polskości itp. Zwłaszcza naświetlano takie trudne zagadnienia, jak np.: tradycja służby wojskowej w szeregach armii niemieckiej, poczucie lojalności wobec państwa niemieckiego (często postrzeganego jako własne), różnice pomiędzy podpisaniem volkslisty na terenie Generalnej Guberni, a na terenach Śląska, należących przed wojną do Polski. To zwłaszcza było nieraz trudne dla nas do pojęcia – wszak my w tym czasie rozróżnialiśmy właściwie tylko trzy kategorie ludzi: Polacy – a więc swoi, Niemcy – więc wrogowie, i volksdojcze – coś, czym gardzili jedni i drudzy. Informowano, że na terenach przed paruset laty oderwanych od Polski ludność często nie miała pojęcia o swoim polskim pochodzeniu, że potrafiono nawet wyrobić w niej przekonanie, że słowo „Polak” jest obraźliwe. Mówiono też, że częste były procesy o obrazę za nazwanie kogoś Polakiem... Uczono sposobu postępowania z mieszkańcami terenów okupowanych i pouczano, że od naszego stosunku do nich będzie zależało, czy ludność pochodzenia polskiego poczuje się w pełni Polakami; czy potrafimy ożywić świadomość narodową wśród tych, którzy już – nieraz od kilku pokoleń – tę świadomość zatracili?

Mówiono, że warto by przejrzeć, jeśli kto ma, stare zdjęcia rodzinne, gdyż może wśród nich znajdziemy fotografię dziadka w mundurze żołnierza rosyjskiego. Przypominano, że dla tych Ślązaków służba w armii niemieckiej jest tak samo naturalna, jak naturalną była służba w armii carskiej dla mieszkańców dawnej Kongresówki, których też nikt nie pytał, czy chcą walczyć o interesy imperium rosyjskiego w Mandżurii, czy – co gorsze – z Polakami też przymusowo wcielonymi do armii austriackiej bądź pruskiej.

Przeprowadzono nawet rozpoznanie terenu. Pod pretekstem odbioru wozu strażackiego z Wrocławia, udało się wysłać na teren Dolnego Śląska patrol złożony z paru, należących do AK, członków Straży Pożarnej, którzy w drodze do Wrocławia zatrzymali się przez pewien czas w rejonie Opola. Udawali zupełnych głupców, którzy w żaden sposób nie mogą sobie dać rady z niemieckimi dokumentami jazdy i nie mogą trafić do właściwej stacji. Żołnierze patrolu, którzy mieszkali przez parę dni na wsi wśród tamtejszych chłopów, przywieźli dużo informacji o pozytywnym nastawieniu tamtejszej ludności wiejskiej (tylko z taką się spotykali) do Polaków, a nawet z wyrażanymi przez nią nadziejami, że po wojnie cała Opolszczyzna zostanie przyłączona do Polski. Podobno w jednym przypadku dano im nawet do zrozumienia, iż gospodarze zdają sobie sprawę z tego, że przybyłym nie chodzi tylko o sprawę odbioru samochodu i że dlatego właśnie są tak serdecznie przyjmowani.

Rodzinny dwór w Podgaju na fotografii z lat 30. XX w.

Autor z małą sarenką na tle rodzinnego domu, lata 30. XX w.

Naturalnie wojna skończyła się inaczej niż spodziewaliśmy się. Opolszczyzna została zajęta przez wojska rosyjskie i idące z nimi wojska tzw. Armii Polskiej, a następnie podporządkowana administracji komunistycznej. W rezultacie tysiące Polaków z tych ziem zostało uznanych za Niemców i wysiedlonych, a liczni spośród nich rzeczywiście poczuli się później Niemcami. Są wśród nich nawet potomkowie powstańców śląskich!

Wiele lat później, w czasie mych wędrówek etnograficznych, spotykałem się ze Ślązakami, zarówno z tymi, którzy uważali się za Polaków, jak i z tymi, którzy uznali się za Niemców bądź też stawiali swą śląską świadomość regionalną wyżej niż jakiekolwiek deklaracje narodowościowe. Z żalem wówczas myślałem, że może inaczej ułożyłyby się sprawy, gdyby tereny te były obejmowane przez oddziały AK, tj. oddziały, w których żołnierzy uczono nie tylko strzelać, lecz i myśleć.

Wkroczenie Sowietów i objęcie władzy przez tzw. „rząd lubelski” zmieniło też całkowicie moje plany na przyszłość. W normalnej sytuacji po maturze poszedłbym na studia rolnicze, aby z czasem objąć gospodarowanie w rodzinnym Podgaju. Tymczasem już z końcem sierpnia 1944 roku na teren mojego majątku weszli Rosjanie. Sami żołnierze zachowali się przyzwoicie, uczciwie ostrzegając, że za nimi idzie NKWD, po którym wszystkiego złego można się spodziewać. Wkrótce zostaliśmy wysiedleni z domu – na szczęście umiałem pędzić bimber, dzięki któremu Rosjanie dali do mojej dyspozycji samochód ciężarowy, którym mogłem choć część mebli wywieźć do Sandomierza. Musiałem zostawić tylko największe – jak ogromny stół z jadalni czy gdański kredens. Tych już nigdy nie widziałem. W kilka dni potem dowiedziałem się, że dekretem pekawuenowskim, zostałem (a właściwie moi rodzice) wywłaszczony. Z przykrością teraz myślę, że Niemcy postąpili uczciwiej niż „nasi” komuniści. Wprawdzie też zabrali nam majątek, tworząc tzw. Liegenschaft – ale jednak zostawili nam połowę domu, 10 arów ogrodu oraz przyznali pensję i ordynarię, tak jak wszystkim pracownikom majątku, dzięki czemu mieliśmy z czego żyć.

Widok wnętrza salonu w rodzinnym domu. Na pierwszym planie kilkuletni Autor na kolanach u matki (1933 r.)

Zrujnowany dwór w Podgaju na fot. z 1974 r. (fot. Zbigniew Puławski)

Przez najbliższe dwa lata – aż do matury – mieszkałem w Sandomierzu. Aczkolwiek, ściśle mówiąc, według komunistycznego prawa nie mogłem nawet mieszkać w powiecie, w którym znajdował się mój majątek.

A przepiękny dwór w Podgaju, o nietypowej architekturze (Niemcy nazywali go „Schlos Podgaje”, chociaż nie miał nic wspólnego z zamkiem), po paru latach został rozebrany na cegłę.

Część majątku leżała na Wyżynie Sandomierskiej, część na Nizinie Nadwiślańskiej. Granicę tworzył stok lessowy, zarośnięty dzikim parkiem, w którym korzenie drzew powstrzymywały stok przed spłynięciem w czasie ulew, zaś nad samym dworem były urządzone kwietne terasy. W parku stała słupowa figura Matki Boskiej, na terasach kamienna kapliczka świętej Teresy. Po tzw. „reformie rolnej” gospodarz, który dostał gazon przed dworem tak długo podorywał terasy, aż w czasie którejś z ulew lessowy stok spłynął wraz z kapliczką. A figurę Matki Boskiej zwalili i rozbili bolszewicy – długo po wojnie leżała rozwalona, gdyż miejscowa pobożna ludność nie mogła się zdecydować, czy pieniądze na remont powinni dać ci, co dostali ziemię orną, czy ci, co dostali ogród.

Dopiero po wielu latach przydała się mi moja „obszarnicza” przeszłość: gdy bezpieka wypytywała się o moją akowską działalność, o miejsca ćwiczeń i przechowywania broni – mogłem wszystko zwalić na duży dwór i poryty wąwozami park, w którym miały odbywać się zbiórki i ćwiczenia, oraz w którym miał się znajdować nasz cały arsenał.

ŻAKOWSKIE CZASY

W szkole uzyskiwałem świetne stopnie z geografii (po latach, gdy zrobiłem doktorat, mój licealny nauczyciel geografii, prof. Hadam, chyba bardziej był z niego dumny niż ja) i nawet mi przez myśl nie przeszło, że etnografia jest osobną dyscypliną, a nie gałęzią geografii. W roku 1946 zdałem maturę w Sandomierskim Liceum Ogólnokształcącym im. Marszałka Józefa Piłsudskiego (a jakże, na dyplomie maturalnym w tym okresie jeszcze pisano przedwojenną nazwę naszej uczelni!).

Autor z matką w 1943 r.

Po przyjeździe do Krakowa i wypełnieniu wszelkich dokumentów stanąłem w gmachu Collegium Novum w kolejce wpisujących się na wydział filozoficzno-przyrodniczy, do którego należała geografia. Ogonek był długi, a ja miałem czas, by dowiedzieć się, gdzie mieści się katedra etnografii. Poszedłem więc sprawdzić, jak wyglądają studia na tej mojej wymarzonej specjalizacji. Przedstawiłem się siedzącej w czytelni pani (jak się okazało, była to dr Jadwiga Klimaszewska, prawa ręka prof. Moszyńskiego) jako kandydat na studia etnograficzne. – Jest pan pierwszym, który się zapisuje na etnografię od sześciu lat – powiedziała.

Co prawda był to rok 1946, a w czasie wojny naboru studentów nie było, ale poczułem się dowartościowany i nie wróciłem do kolejki przed dziekanatem filozoficzno-przyrodniczym, lecz, wypełniwszy nowe dokumenty, zapisałem się na wydział humanistyczny. Dwa tygodnie później zapisał się tam także Zdzich Szewczyk i przez najbliższe dwa lata byliśmy, w sporej grupie słuchaczy prof. Moszyńskiego, jedynymi „prawdziwymi” etnografami. Dopiero potem przybyło nieco więcej studentów – przeważnie przechodzili z geografii czy z socjologii – ale i tak nasza grupka chyba nigdy nie liczyła więcej niż dziesięć osób.

Miało to też tę dobrą stronę, że nie musieliśmy brać udziału w pierwszomajowych spędach młodzieży, gdyż było nas za mało, aby stworzyć osobną grupę. Wprawdzie mieliśmy obowiązek maszerowania ze studentami z kierunków dla nas tzw. „pobocznych”, czyli uzupełniających, ale że każdy z nas studiował pobocznie co innego, więc byliśmy dla ZAMP-owskich gorliwców nie do uchwycenia.

Raz tylko, w roku 1947, chciano mnie widzieć w gronie defilujących geografów (studiowałem geografię, właśnie jako przedmiot poboczny), ale wywieszona w Instytucie Geografii lista – na której było napisane, kto ma iść z którą grupą i kto jest odpowiedzialnym za daną grupę – nagle zniknęła. Cóż, kłódkę na gablotce, w której lista wisiała, można było bez trudu otworzyć szpilką.

Dopiero pod koniec moich studiów swobodną atmosferę na seminarium zmroziło narzucenie przez ZAMP prof. Moszyńskiemu nowego asystenta. Moszyński protestował, nic nie pomagało. Dowiedział się tylko, że o obsadzie asystentury decyduje partyjna organizacja młodzieżowa, a nie profesor. W końcu jednego dnia powiedział do nas z zaciśniętymi ustami: – Panowie, trzeba uważać. Mamy szpicla.

Wiele lat później, na sesji zorganizowanej w którąś rocznicę śmierci prof Moszyńskiego, tenże asystent wygłaszał referat o jego uczniach. Następca Moszyńskiego na katedrze, prof. Gładysz, powiedział do mnie: – Któż mógłby lepiej to powiedzieć – przecież on ma nas wszystkich w swojej kartotece!

Studia były ciekawe, a jedynym problemem była konieczność jedzenia. Z ubraniem nie było najgorzej – na uroczyste okazje dysponowałem przedwojennym garniturem ojcowskim, pożyczanym zresztą zawsze paru kolegom na egzaminy. Na co dzień służyła mi wojenna, zielona kurtka z przedwojennej burki, a na mrozy wkładałem, przysłaną mi przez ojca z Anglii, wielbłądzią marynarską bundę z kapturem. Tej bundy nie mogli mi darować niektórzy działacze z ZAMP – wybuchła awantura, że chodzę w stroju imperialistycznej marynarki brytyjskiej. Objechałem durni, że nie wiedzą, że jest to odzież noszona w czasie pracy na morzu przez norweskich rybaków, od których przejęli ją także i inni ludzie morza. Zrobili głupie miny, przeprosili, że nie wiedzieli, że to jest odzież proletariacka, i dali mi spokój.

W TERENIE

W końcu lat czterdziestych, jako student etnografii UJ, zarabiałem prowadzeniem badań nad folklorem Gór Świętokrzyskich. Jeździliśmy w dwóch paroosobowych grupach. Ja byłem szefem zespołu pracującego we wsiach leżących na południe od pasma świętokrzyskiego, Baśka Kaznowska-Jarecka prowadziła swój zespół po jego północnej stronie. Kierownik grupy miał zawsze pewną sumę dyspozycyjną na zakupy koniecznych „rekwizytów”, czyli cukierków dla dzieci i papierosów oraz wódki dla dorosłych. Cóż – wielu wiejskich śpiewaków bez wódki nie chciało, czy może nawet nie umiało śpiewać. Z tych pieniędzy kupowaliśmy też lekarstwa i środki opatrunkowe. W tym okresie wiejskich ośrodków zdrowia nie było, więc często musieliśmy zabawiać się w lekarzy, zwłaszcza opatrywać różne skaleczenia, oparzenia i tym podobne nieszczęścia, które dzieciom wiejskim często się przytrafiają.

Przed wyjazdem na kolejną turę badań musieliśmy uzupełnić nasze apteczki. Wraz z kierowniczką drugiego zespołu udaliśmy się w tym celu do krakowskiej apteki znajdującej się na rogu Rynku i ulicy Szczepańskiej. Byliśmy tuż przed wyjazdem, już ubrani terenowo – oboje w turystycznych skafandrach – koleżanka w grubej spódniczce khaki, a na nogach mieliśmy mocne buty. Poza nami w aptece nie było nikogo. Baśka zamawiała długą listę bandaży, środków opatrunkowych, zasypek na rany i tym podobnych specyfików. Ja nie chciałem jej przeszkadzać, zresztą nie lubię lekarstw i medycyny w ogóle, stanąłem więc sobie w kącie z rękoma w kieszeniach i gapiłem się na ekspedientki, uwijające się jak w ukropie i wciąż na mnie ciekawie zerkające. Miło było czuć się obiektem zainteresowania ładnych dziewcząt, aczkolwiek nie wiedziałem, dlaczego akurat ja się im tak podobam. Prosiliśmy o podzielenie leków na dwie jednakowe porcje i zapakowanie ich w solidne, łatwe do umieszczenia w plecakach paczki. Gdy na pytanie, czy potrzebny będzie rachunek Baśka odpowiedziała przecząco, pracownice apteki zaczęły się zwijać jeszcze gorliwiej, doradzać jakieś doskonałe ponoć środki szybkiej pomocy... Po chwili otrzymaliśmy świetnie zapakowane paczki, zapłaciliśmy – i usłyszeliśmy: – Dopakowałyśmy jeszcze trochę... od nas. Powodzenia! Niech wam Bóg szczęści!

Teraz zrozumiałem dlaczego tak się dziewczętom podobałem – wzięły mnie za obstawę sanitariuszki – wszak w niedalekich Gorcach jeszcze walczyły grupy partyzanckie.

Zresztą nie tylko w tej aptece posądzano nas o partyzanckie kontakty – choć tym razem już nie o aktualne. W Górach Świętokrzyskich parę razy zdarzało się, że gościnnie byliśmy podejmowani – i nagle padało pytanie: – A czy wy tu pierwszy raz u nas jesteście? Bo chyba pana już kiedyś widziałam...

A na stwierdzenie, że chyba nie, bo w tej wsi jestem po raz pierwszy, słyszałem odpowiedź: – No tak, wiadomo, że o tamtych latach teraz lepiej nie mówić za wiele i do niczego się nie przyznawać, ale tu u nas są sami swoi...

Kiedyś, gdy z jedną z koleżanek przyszliśmy do wsi, powitała nas przy pierwszej chałupie grupa ludzi i od razu usłyszeliśmy, że tu są sami katolicy i mamy się szybko wynosić, bo jak nie, to psy spuszczą z łańcucha. Sytuacja była nieprzyjemna, gdyż akurat przed paru dniami dwójka sekciarzy zniszczyła jakieś kapliczki w okolicy. Pieski rzeczywiście wyglądały groźnie. Starałem się ludziom wytłumaczyć, że naprawdę nie niszczę kapliczek, a koleżanka ma przecież na szyi krzyżyk. Na to padło z pewnym niedowierzaniem pytanie: – A ministranturę umiecie?

Wyrecytowałem credo (w tym okresie Msza św. była odprawiana po łacinie) i usłyszeliśmy: – Chłopaki, uwiążta psy. Prosiemy na kwaśne mliko!

W naszej grupie byłem jedynym etnografem – reszta to socjolog i muzykolodzy, a raczej muzykolożki – bo w grupie oprócz mnie był tylko jeden chłopak – które pilnie zapisywały nuty; co pewien czas przyjeżdżał samochód z odpowiednim sprzętem i nagrywał wytypowanych śpiewaków. Typowanie i umawianie ich było rzeczą ważną – nie można było ryzykować, że przyjedzie ekipa nagrywająca, a śpiewak akurat pojedzie do miasta albo się upije. Pieśni oczywiście były różne – raz tylko spotkaliśmy się z konkretnym zamówieniem. Było to w Bilczy – wsi, z której pochodził ksiądz Ściegienny. Ponieważ dążył on nie tylko do wyzwolenia Polski od panowania carskiego (nie można było wtedy mówić o panowaniu rosyjskim, mieliśmy – jak wiadomo – trzech zaborców: Austrię, Prusy i carat), ale i wzywał chłopów do walki przeciw szlachcie (co było uważane za rzecz godną pochwały). Uznany został za bojownika o sprawiedliwość społeczną. Bezdyskusyjną więc rzeczą było, że powinien żyć w pamięci ludu swego regionu, a zwłaszcza swej wsi rodzinnej. Kazano nam zebrać wszelkie legendy o nim krążące i zapisać pieśni. Bo to, że takie legendy i pieśni są – w to nikt na górze nie wątpił.

Pojechaliśmy do Bilczy, wysłałem muzykologów na zbieranie pieśni, sprawdziłem, że we wsi do dziś żyje rodzina Ściegiennych. Udaliśmy się do ich domu – w rozmowie padło pytanie, czy mają jakieś tradycje związane z ich słynnym krewnym. Dowiedzieliśmy się, że oczywiście tak, mogą nam o nim wszystko opowiedzieć, ale dopiero za parę dni, jak przeczytają książkę, w której wszystko o nim dokumentnie napisano...

Jak się okazało, wiedzę o Ściegiennym czerpano tylko z tej książki. Poza tym nikt nawet nie wiedział, że ktoś taki istniał, nikt więc też nie śpiewał o nim piosenek. Czyli nasza wyprawa pod tym względem była nieudana. Znaleźli się jednak badacze lepsi od nas: przyjechał do nas bezpośredni szef. Zachmurzony wysłuchał naszego sprawozdania o braku jakichkolwiek tradycji o Ściegiennym – i poszedł przejść się po wsi. Wkrótce wrócił i rzucił na stół zapisaną kartkę: – Nie umiecie prowadzić badań. Wy tu siedzicie już parę dni i nic, a ja wyszedłem tylko na pół godziny na wieś i znalazłem piosenkę o Ściegiennym...

Wywiad etnograficzny w terenie (fot. Zdzisław Szewczyk) / Kobieta w stroju świętokrzyskim

Gdy dziewczęta zaczęły wypytywać go, kto mu tę piosenkę podał, odrzekł, że zapomniał zapytać informatorki o nazwisko. Ale w wydanych potem materiałach pieśń o Ściegiennym wydrukowano jako autentycznie ludową. I może kiedyś jakiś historyk na jej podstawie napisze o długim trwaniu wśród ludu kieleckiego tradycji rewolucyjnych...

Najciekawsze chyba były badania prowadzone pod kierunkiem prof. Gajka nad wiejskim rzemiosłem. Związane z jakimiś ważnymi planami gospodarczymi, finansowane były przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów. Więc parę letnich miesięcy spędzonych w terenie pozwalało potem spokojnie studiować przez cały rok. A ponadto uczyło samodzielności i solidności w pracy. Gajek zorganizował kurs dla całej naszej grupy, po czym każdemu z nas przydzielił powiat, rozdał kwestionariusze – i wysłał w teren. Mnie przypadł powiat mielecki. Rozpocząłem wędrówkę od wioski do wioski. Nie zawsze to było łatwe. Mimo wszelkich zaświadczeń, milicja i UB patrzyły podejrzliwie na wędrowca, jeszcze bardziej podejrzliwie patrzyli się nieraz na mnie chłopi. W jednej wsi przybiegł do mnie zdenerwowany sołtys. – Panie, ja wierzę, że pan z uniwersytetu, ale i tak wszyscy wiedzą, że pan przyjechał kołchozy zakładać. Panie, niech się pan nade mną zlituje i odjeżdża, ja mam żonę i dzieci, a chłopaki już się zmawiają i jak w nocy pana ubiją, to ja pójdę siedzieć.

Oczywiście, postarałem się jeszcze przed nocą z tej wsi odjechać – nie tylko z litości nad żoną i dziećmi sołtysa. Ale nie zawsze tak było. Czasem pół nocy przesiedzieliśmy z sołtysem i paru gospodarzami, pomagałem im robić skomplikowane obliczenia podatkowe. Innym razem jechałem rowerem przez pole minowe... Śpieszyło mi się, był już późny wieczór, chciałem jeszcze przed nocą dojechać do niedalekiej wsi. Ostrzeżono mnie, że trzeba jechać przez nierozminowany teren, toteż muszę trzymać się wydeptanej drogi, a już broń Boże nie zbliżać się do wrzosowisk, bo jak są wrzosy, to znaczy, że tam krów na paszę wolą nie wypuszczać, bo są miny. Noc była jasna, księżycowa, toteż pojechałem. Byłem na środku trasy, gdy chmury zakryły księżyc, wydawało mi się jednak, że widzę nieco jaśniejszy pas wydeptany. Ale gdy księżyc wyszedł spoza chmur, spostrzegłem, że znajduję się daleko od ścieżki, w środku wspaniałych wrzosów. Cóż, w tej sytuacji chyba mniej ryzykowałem, jadąc w przód niż cofając się, więc dojechałem do wsi i wszedłem do jasno oświetlonego sklepu, w którym siedziała przy piwie grupka mężczyzn. Zdumieni spojrzeli na mnie: – Którędy pan tu przyjechał?

A jak im opowiedziałem, to dowiedziałem się, że parę dni temu jeden chłop pijany wszedł na tę część wrzosowisk, przez które jechałem – i jak zorientował się gdzie jest – to natychmiast wytrzeźwiał. Ziemia była mokra, więc delikatnie wymacywał ślady butów i wycofywał się, stawiając w nie swe stopy. A nazajutrz poszedł obejrzeć te ślady i zobaczył, że jeden z nich jest jakieś 20 centymetrów od sterczącego z ziemi wąsa miny.

Ratowanie od zapomnienia starych tradycji rzemieślniczych było sprawą piękną, ale i czasem trudną – prywatne rzemiosło było tępione, jak wszystko, co nie pasowało do socjalistycznego ideału. A już szczególnie garbarstwo... Przyjeżdżam do takiej wsi o starych tradycjach garbarskich, orientuję się doskonale, że pół wsi garbuje skóry, ale nielegalnie – za garbowanie można było pójść do więzienia. Długo rozmawiam z sołtysem, tłumaczę po co robię te badania. Mówię, że wiem doskonale, że wszyscy starzy garbarze zostali przez Niemców wywiezieni do Oświęcimia i nie żyją, ale może jest ktoś, kto choć sam, oczywiście, nie garbuje, ale pamięta, jak oni to robili. Sołtys długo rozmawiał ze mną, zjeżdżał na różne tematy – w końcu nabrał do mnie zaufania, bo rzekł: – Ja sam nie garbuję, ale chodźcie panie.

Poszliśmy do sąsiada, sołtys mnie przedstawił, powiedział, że można mnie być pewnym, nie jestem z milicji, lecz z uniwersytetu... Sąsiad odsunął deskę w stodole i pokazał mi cały warsztat. Zrobiłem szereg zdjęć przy pracy, ale robiłem tak, by i fotografowany i sołtys widzieli, że fotografuję tylko ręce przy robocie, że na żadnym zdjęciu nie ma twarzy. A prof. Gajek mówił, że informacji o garbarzach chyba nie uda się nam zdobyć.

Wszędzie trzeba było wypełniać ankietę, na temat wszelkich warsztatów, jakie w danej wsi występują. W jednej wsi pytam się sołtysa o młyn.

– Jest we wsi.

– A do kogo należy?

– A do hrabiego.

– A gdzie ten hrabia mieszka?

– A gdzieżby – we dworze.

Hrabia mieszkający we dworze – to jak na najpełniejsze lata stalinowskie rzecz raczej niespotykana. Że zaś wywiad z młynarzem trzeba było przeprowadzić, więc idę do dworu. Dwór niewielki, ale typowo ziemiański. Przyjmuje mnie młoda, bardzo miła pani domu. Przeprasza, że będę musiał poczekać, aż mąż wróci z miasta. Krząta się, aby gość z domu nie wyszedł głodny. W pewnym momencie do pokoju wchodzi typowa baba wiejska – bosa, nogi brudne. Chyba jakaś służąca. Młoda hrabina zwraca się do niej: – Mamusiu...

I tak poznałem historię rodziny R. (dość znane nazwisko szlacheckie, tytuł chyba austriacki). Hrabia R., stary kawaler, poprzedni właściciel dóbr, prowadził życie dość hulaszcze, przez co majątek co pewien czas się zmniejszał. Spodobała mu się jedna z dziewczyn przychodzących do plewienia buraków i w krótkim czasie dorobił się przy jej pomocy dwóch córek i syna. Wkrótce potem zmarł, ale na łożu śmierci (podobno na polecenie spowiednika) wziął ślub z matką swych dzieci. Oczywiście nie miała ona pojęcia, jak administrować sporym majątkiem, toteż znów zmalał i jak przyszło do podziału między dzieci, każde z nich dostało coś około 40 ha, syn ponadto otrzymał młyn. Córki wychowała według swoich możliwości i wydała za mąż najlepiej jak mogła na wsi, a syna posłała do gimnazjum. I tu chłopak zorientował się, jaka jest przepaść pomiędzy nim – wprawdzie hrabią, ale wychowanym przez prostą chłopkę – a kolegami z warstwy ziemiańskiej, do których grona chciałby się zaliczać. Był ambitny, wkrótce nadrobił braki wychowawcze. Tuż przed wojną objął resztówkę i zaczął samodzielnie gospodarować. A w czasie wojny, gdy w dworze zatrzymała się rodzina ziemiańska wysiedlona przez Niemców z Poznańskiego – zakochał się w ich córce. Wzięli ślub i stąd we dworze mogłem zobaczyć dwie hrabiny tak bardzo się między sobą różniące. Resztówka zaś była tak mała, że nie podlegała parcelacji.

Ale oprócz nierozparcelowanych hrabiów w powiecie mieleckim były też ślady po tych, których wypędzono z ich włości. Oglądałem (oczywiście zniszczony) zameczek Reyów w Przecławiu. W dwu niewielkich salkach na ścianach były jeszcze ślady kurdybanów. Pytani o nie chłopi krzywili się z niesmakiem: – E, hrabiego stać by było na lepszą skórę. Cholewy z niej od razu się rozlatywały.

(Tę informację podaję dla tych, którzy ewentualnie kiedyś będą opracowywali strój ludowy z okolic Mielca. Może jakiś tamtejszy zespół ludowy wystąpi w butach z kurdybanu?)

Studia się kończyły, trzeba było myśleć o stałej pracy. O pozostaniu w katedrze nie było co marzyć. Asystentką i prawą ręką prof. Moszyńskiego jeszcze z czasów, gdy wykładał na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, była dr Jadwiga Klimaszewska; drugi etat asystencki zajmował Zbigniew Biały. W tych warunkach trzeba było szukać pracy w muzeum. Do warszawskiego Muzeum Kultur Ludowych (przekształconego później w Państwowe Muzeum Etnograficzne) przekonywał mnie jego dyrektor, Żołna-Manugiewicz, który jeszcze pod koniec moich studiów obiecywał mi dwa półetaty (jeden dla mnie, drugi dla mej narzeczonej), a następnie już normalną posadę. Miał tylko jedno zmartwienie – dzielił „czarną reakcję” na dwie grupy: „endekoidalną” i „sanatoidalną” – i nie wiedział, do której ja należę. On sam komunizował. Był w KRN-ie, ale wolał „endekoidów”. Miał nadzieję na mariaż NSZ z AL! Ja jednak z różnych względów wolałem Muzeum Etnograficzne w Krakowie. A że tam otwarła się możliwość pracy (decydował tu nie tylko intelekt, ale i mocne ręce – budynek przeznaczony na muzeum był w przebudowie!), więc prof. Seweryn mnie zatrudnił. Wiedział sporo o mojej przeszłości, ale to mu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie: sam podczas wojny pracował w Delegaturze Rządu. Więc tylko bardzo starannie studiował kwestionariusz (bardzo obszerny, były w nim pytania dotyczące nawet dziadków kandydata), który musiałem wypełnić przed zatrudnieniem, sprawdzając, czy aby przez nieuwagę nie napisałem w nim czegoś o moim niewłaściwym pochodzeniu społecznym. Albo, co gorsza, czegoś, co mogłoby sugerować, że kiedykolwiek miałem coś wspólnego z AK. Dalsze wędrówki i badania naukowe odbywałem już jako pracownik tegoż Muzeum, w którym przeszedłem wszystkie stopnie – od młodszego asystenta do starszego kustosza.

Oczywiście praca w muzeum połączona była z częstymi wyjazdami w teren.

Zwlaszcza urzekły mnie Góry Świętokrzyskie, które penetrowałem w latach studenckich. Niejednokrotnie potem wracałem do nich – frapowały mnie tamtejsze wierzenia, które należą chyba do najbardziej archaicznych w Polsce; interesował strój, a ponadto – po prostu lubiłem je. Lubiłem wędrówki po nich, początkowo samotne, a z czasem z moją żoną, z którą wspólnie opracowywaliśmy świętokrzyski zeszyt „Atlasu Polskich Strojów Ludowych”. Główną bazę mieliśmy w Bielinach, gdzie mieszkała koleżanka szkolna mojej żony. Bieliny ukochały chyba także i złe moce. Można w nich zobaczyć skałę, którą niósł diabeł, aby rozwalić nią budowany właśnie kościół. Na szczęście nie zdążył, gdyż kur zapiał, diabeł stracił siłę i kamień upuścił. Ale nie tylko tam złe straszyło. Kiedyś wracałem do Bielin późnym wieczorem. Przeszedłem przez przełęcz Hucką, minąłem Kakonin. Byłem nieco zgarbiony, gdyż na ramionach niosłem duży plecak. Śpieszyłem się, bo zbliżała się burza. Zaczęło padać, naciągnąłem srebrzysty, połyskliwy skafander. Po chwili zahuczały pierwsze grzmoty, ale ja już prawie dochodziłem do wsi. Zbliżałem się do mostku, gdy naprzeciwko usłyszałem turkot wozu i podśpiewywanie chyba podpitego woźnicy. Nagle huknął grom, na moment zrobiło się jasno w świetle ogromnej błyskawicy. – Jezus, Maryja! – usłyszałem przerażony okrzyk, zazgrzytały koła gwałtownie zakręcające na szutrze, dobiegł mnie odgłos okładania konia batem i wóz odjechał galopem. Nazajutrz gospodyni powiedziała mi, żebym jednak lepiej nocą nie chodził, bo tu nie wszędzie bezpiecznie. Ot właśnie wczoraj sąsiad chciał jechać do Kakonina, ale gdy trzasnął piorun, to koło mostku ujrzał diabła...

W tych Bielinach nie tylko pracowałem na etacie czarta, ale i uchodziłem za potężnego czarownika. Robiłem zakupy dla muzeum, w jednym z domów udało mi się zdobyć zupełnie unikatową, pięknie haftowaną halkę, rzecz znaną mi tylko z opowiadań. Ucieszyłem się – tego nie ma w żadnej kolekcji muzealnej! Wsadziłem zakup pod klapę chlebaka i udałem się w dalszą wędrówkę po wsi. Naraz spostrzegłem, że halki nie ma – musiała mi gdzieś wypaść po drodze. Na próżno jednak wróciłem się z powrotem, na próżno wstępowałem do wszystkich domów, w których byłem, na próżno wypatrywałem po drodze. Na próżno ksiądz na kazaniu ogłaszał, że to eksponat, który pójdzie do muzeum świadczyć o tradycji ich wsi – halka znikła bez śladu. Gdy po roku znów przyjechałem do Bielin, przyszło do mnie paru gospodarzy. Długo kręcili, aż w końcu wyksztusili z siebie prośbę, abym więcej się nie mścił za kradzież tej halki i zdjął klątwę ze złodzieja. On to zrobił z głupoty, ot, obcemu na złość, ale po moim wyjeździe spaliła mu się chałupa, długo chorował. Więc jest już dostatecznie ukarany...

Drugim miejscem moich intensywnych badań terenowych była Sandomierszczyzna. Polskie Towarzystwo Ludoznawcze wydawało „Atlas Polskich Strojów Ludowych”, wyszło już kilka zeszytów, ale Sandomierszczyzna uchodziła za teren trudny: tamtejszy ubiór ludowy dawno zaginął, w muzeach polskich znajdowała się tylko jedna sukmana chłopska, druga podobno była w Muzeum Etnograficznym w Leningradzie (ze zbiorów robionych jeszcze za czasów carskich). Ale to muzeum nie miało zwyczaju odpisywania na prośby o informacje o swych zbiorach. Nie zachęcało to badaczy. Ale ja się zaparłem – kto jak kto, ale ja muszę napisać o moim rodzinnym regionie! Na badania wykorzystywałem urlopy. Seweryn szedł mi na rękę, gdy mógł dawał delegacje, a gdy nie mógł, pocichu zwalniał z pracy na parę dni. Po powrocie podpisywałem listę obecności za cały czas mego pobytu w terenie, a potem znów czekałem na następną okazję do wyjazdu. I tu pewne wyjaśnienie: mogłoby się wydawać – cóż prostszego jak delegacja dla etnografa, który powinien przecież wzbogacać muzeum eksponatami znalezionymi w terenie. Ale nie w ­PRL-u! Najważniejszym obowiązkiem pracownika było bowiem odsiedzieć na miejscu przepisową ilość godzin, mniejsza o to, czy był z nich jakiś pożytek. Nie chodziło przecież o dobro instytucji, lecz o tzw. „pracę pozorowaną”. Wprawdzie, gdy nie było pieniędzy na badania chcieliśmy jeździć w teren za darmo, ale na konferencji międzymuzealnej przedstawiciel ministerstwa stwierdził, że w Polsce Ludowej nie można dopuszczać do wyzysku pracownika i pozwolić mu na bezpłatną pracę...

Zespół pracowników Muzeum Etnograficznego w Krakowie na badaniach terenowych w Olkuskim, 1965 r. (fot. Zdzisław Szewczyk)

Świetnie poznałem wtedy cały powiat sandomierski i opatowski, wędrowałem rowerem od wsi do wsi, nocowałem po wiejskich chałupach, po stodołach, po plebaniach, a nieraz po prostu – owinięty peleryną, w lesie pod drzewem, lub na ławce na stacji kolejowej. Był to chyba ostatni moment na te badania. Strój sandomierski został zarzucony ostatecznie w czasie pierwszej wojny światowej, a po zniszczeniach wsi na terenie przyczółka sandomiersko-baranowskiego w drugiej wojnie, nie było szans na znalezienie gdziekolwiek zachowanych starych sukman czy innych części ubioru. Pozostało tylko uparte jeżdżenie od wsi do wsi i przeprowadzanie setek wywiadów – a udało mi się dotrzeć nawet do starców pamiętających – jako dzieci – powstanie styczniowe. Opowiadali, jak rodzice kazali im na widok kozaków natychmiast chować typową dla Sandomierszczyzny granatową rogatywkę, gdyż kozacy uznawali ją za czapkę powstańczą i noszących ją dzieciaków bili z konia nahajami.

Trzeba przyznać, że chłopi z sympatią traktowali młodego człowieka wypytującego ich o dawne dzieje, a we wsiach podsandomierskich, gdy podawałem swoje nazwisko, nieraz chwilę się zastanawiali, a potem pytali: a czy wy nie z tego dworu w Podgaju? Zaś starsi księża często pytali mnie o pokrewieństwo z dawnymi dziedzicami Mokoszyna – tam do sadu mego dziadka przychodziły swego czasu całe wycieczki kleryków sandomierskiego seminarium. Nic dziwnego, że, wspominając mokoszyńskie jabłka, serdecznie odnosili się do wnuka gościnnego gospodarza.

Raz przyjechałem do jednej wsi – tradycyjnie na początku zajrzałem na plebanię. Ksiądz zawsze mógł mnie poinformować o najstarszych, a mających dobrą pamięć, mieszkańcach wsi, a gdy potem przychodziłem do nich i mówiłem, że ksiądz mnie tu przysłał, od razu przełamywałem nieufność wobec „miastowego”. Przed plebanią jakiś człowiek rżnął drzewo. Zapytałem się, czy ksiądz jest w domu. Odłożył piłę, otrzepał ubranie, wyprostował się i zapytał:

– A czego pan chce ode mnie?

Wyjaśniłem, w jakiej sprawie jeżdżę i o jakie informacje mi chodzi. Ksiądz chwilę pomyślał, po czym rzekł:

– Hm, to ciekawe. A pan w tej wsi zatrzymuje się, czy jedzie dalej?

– Jak znajdę coś ciekawego, to zostanę do jutra.

– A gdzie pan będzie nocował?

– Mam delegację, sołtys musi mi dać kwaterę.

– Sołtys, no oczywiście, że sołtys.

Chwilę pomyślał, a potem zapytał:

– A dokumenty ma pan w porządku?

– Naturalnie.

– Niech je pan pokaże. Pan wie, jakie są teraz czasy. Na nas księży są oczy zwrócone. Ja obcego człowieka bez dokumentów nocował nie będę. Ale jeśli dokumenty pan ma w porządku, to lepiej prześpi się pan u mnie niż u chłopa w chałupie. Przynajmniej pchły pana nie pogryzą.

Podałem mu papiery – chwilę je studiował, potem nagle zapytał:

– Czy pan nie jest czasem krewnym porucznika Kamockiego, który w osiemnastym roku bronił Lwowa przed Ukraińcami?

– To mój ojciec.

– Chłopcze kochany – dawajże pyska!

Gdy wieczorem dawny żołnierz mego ojca biegł do piwniczki po kolejną butelkę wina, wstałem, uważnie przeszedłem przez pokój wzdłuż deski podłogowej do wiszącego na ścianie drukowanego po polsku i po łacinie błogosławieństwa papieskiego, zakryłem ręką tekst polski, przeczytałem łaciński, przetłumaczyłem, a następnie sprawdziłem z wydrukowanym polskim. W porządku – jeszcze byłem trzeźwy. Za pięć minut dwunasta ksiądz spojrzał na zegarek i stwierdził: – Hora canonica. Dalej pić mi nie wolno.

Odprowadził mnie do pokoju. Gdy drzwi się za nim zamknęły, trzymając się ściany, dotarłem do łóżka.

Badania nad strojem sandomierskim zakończyłem. Ukazał się kolejny zeszyt „Atlasu Polskich Strojów Ludowych”. Minęło wiele lat, od dawna zajmowałem się innymi zagadnieniami; odszedłem od etnografii regionalnej. Jednego dnia otrzymałem list od księdza z północnej Sandomierszczyzny, proboszcza niewielkiej, biednej parafii. Ale parafii z ambicjami. Przy kościele był niewielki chórek – przepraszam – schola (kiedyś była Msza św. po łacinie, a kazanie i chór nazywały się po polsku, teraz jest Msza św. po polsku, a za to mamy homilię i scholę). I parafia postanowiła, że chór powinien występować w strojach ludowych. Więc ksiądz zaczął się dowiadywać, jak wyglądał ubiór noszony w jego okolicy. Dotarł do muzeum w Sandomierzu, a tam go skierowano do mnie. Oczywiście dostarczyłem wszelkie materiały, pojechałem do księdza, aby porozmawiać z parafiankami, które zobowiązały się do uszycia strojów. I, gdy diecezja sandomierska w roku 1994 przeżywała swe wielkie dni – powrót odnalezionego cudownego obrazu do sanktuarium w Sulisławicach – wśród ciągnących z całej diecezji pielgrzymek powszechną uwagę zwracała grupa z parafii wojciechowickiej – jedyna w autentycznych strojach sandomierskich. Ksiądz Grobelski bardzo mi dziękował. A nawet nie wiedział, jak ja byłem jemu wdzięczny. Ożywił moje marzenia.

KARPATY

Badania karpackie stanowią zupełnie osobny rozdział mego życia – rozpoczęły się bowiem w roku 1952, a skończyły w 2007. 55 lat pracy etnografa.

Zaczęło się od uchwały różnych mądrych gremiów naukowych, że Karpaty są właściwie jednym wielkim regionem, który wspólnie trzeba badać... No, może niekoniecznie całkiem wspólnie, tak dobrze nie było, aby w roku 1952 etnograf polski mógł swobodnie wędrować po słowackiej czy rumuńskiej (nie mówiąc już o sowieckiej!) części Karpat, więc to samo zagadnienie każda nacja będzie badała u siebie. Tak będzie „dialektycznie”: wspólnie i oddzielnie równocześnie. Ruszyła więc ogólnopolska akcja badania pasterstwa wysokogórskiego w Karpatach.

Makuszyński, kochający góry autor „Koziołka Matołka”, pewnie by zaczął historię takich badań jak moje, od słów:

Wszystkie mądre etnografy,

By ich zliczyć nie mam siły,

Na naradę się zebrały

I rzecz taką uchwaliły...

Że w Karpatach, górskim paśmie,

Podzieleni między kraje

Żyją może różne ludy,

Lecz te same są zwyczaje...

Wypadało, aby Muzeum Etnograficzne w Krakowie też włączyło się do tej akcji. Profesor Seweryn zapytał mnie, czy miałbym ochotę wziąć udział w tych badaniach. Naturalnie – parotygodniowa włóczęga górska w ramach delegacji służbowej bardzo mi odpowiadała. Całe pasmo polskich Karpat podzieliliśmy na odcinki, mnie przydzielono okolice Szczawnicy. Narzuciłem plecak na ramiona i wyruszyłem w góry. Odwiedzałem poszczególne szałasy, rozmawiałem z bacami i z juhasami. Spałem w bacówkach, czasem z dyżurnym juhasem przy owcach w budzie przy „kosorze”. Posilałem się najczęściej wraz z pasterzami, zazwyczaj ku obopólnemu zadowoleniu, bo ja w plecaku miałem chleb na ogół świeższy niż ten, który oni mieli w szałasie. Rejestrowałem zagadnienia, które miałem zapisane w kwestionariuszu, ale poznawałem też niektóre wierzenia. Widziałem jak przygotowuje się ser na sprzedaż – i jak dla siebie. Ten ostatni był zawsze robiony na klagu, czyli na prawdziwej podpuszczce, z cielęcego żołądka, nie na fabrycznej. Większość baców, u których prowadziłem badania, pochodziła z Podhala, a zatem ich gospodarka nie różniła się chyba od tatrzańskiej. Któryś z nich powiedział mi, że jak on warzy żętycę, to nie potrzebuje termometru, aby wiedzieć, kiedy podgrzeje ją do 98 stopni. Gdy schodzi z gór, to juhasom każe mierzyć przy warzeniu temperaturę, ale sam bez tego wie, kiedy osiąga się tę właśnie potrzebną. Raz, gdy już kocioł zawiesił na „jadwidze” nad „watrą” (czyli na drewnianym haku nad ogniskiem), kazał mi włożyć do kotła termometr i tak trzymać, aby on nie widział skali. Żętyca się grzała na silnym ogniu, baca ją powoli mieszał „ferulą” (rodzaj mątewki) i tuż przed zawrzeniem, gdy słupek rtęci podniósł się do 98 stopni – zdjął kocioł. Dobra była u niego żętyca, prawdziwa „zakopianka”. Bacowie pienińscy i gorczańscy mieli inną metodę – oni przy warzeniu żętycy doprowadzali ją do zagotowania, ale ich żętycy nie mogłem pić, była to właściwie serwatka z pływającymi w niej grudkami sera (podhalańscy bacowie rozbijają grudki sera w żętycy ferulami na drobną zawiesinę). Gdy po skończonych badaniach zebraliśmy się wszyscy, by omówić wyniki, opowiedziałem o regionalnych odmianach przy wyrobie żętycy oraz o różnicy w smaku. Jedna z koleżanek była bardzo zdumiona: – Skąd kolega wie, jak która żętyca smakuje?