Sen zimowy - Goli Taraghi - ebook + książka

Sen zimowy ebook

Goli Taraghi

4,0

Opis

Bohaterowie Snu zimowego, opublikowanego po raz pierwszy w 1973 roku, to ludzie odizolowani od społeczeństwa, odklejeni od rzeczywistości – przeżywają życie w myślach i nie przestają żałować tego, co zdarzyło się w przeszłości. Nieustannie zaskakiwani przez świadomość upływającego czasu, sprawiają wrażenie bezwolnych i przekonanych o tym, że podejmowanie walki o własne życie jest pozbawione sensu.

Niespieszny rytm tej historii przerywają często humor i ironia, odsłaniając tragikomiczny rys zdarzeń, które stają się udziałem bohaterów. Sen zimowy to także przejmujący, symboliczny obraz społeczeństwa irańskiego lat 60. balansującego na granicy tradycji i nowoczesności, gdzie nie wykształciło się jeszcze poczucie odpowiedzialności za swój los, a niezależność jest traktowana jak odchylenie od powszechnie panującej normy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 174

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (5 ocen)
1
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




1

Skądś wie­je. Ze szpar okien­nych, spo­mię­dzy drzwi, z ja­kiejś nie­wi­docz­nej szcze­li­ny. Przy­szła zima, tak pręd­ko. Do­tąd spę­dza­li­śmy zimy we wspól­nym gro­nie: ja, Ha­sze­mi, An­wa­ri, Azi­zi, Ah­ma­di, Mah­da­wi, no i – rzecz ja­sna – Hej­da­ri. Jak to szyb­ko mi­nę­ło. Sie­dem­dzie­siąt pięć lat, sie­dem­dzie­siąt sie­dem, a może wię­cej? Sam nie wiem. Czas wy­mknął mi się spod kontroli. Dwa lata w przód, dwa lata w tył, jaka to róż­ni­ca? W któ­rym mo­men­cie za­czę­ła się sta­rość? Kie­dy śmierć za­anon­so­wa­ła swo­je przy­by­cie?

Pew­ne­go dnia usły­sza­łem za sobą: „Dziad­ku, uwa­żaj, że­byś nie upadł!”. Obej­rza­łem się za sie­bie i za­wtó­ro­wa­łem gło­so­wi: „Wła­śnie, wła­śnie. Uwa­żaj, że­byś nie upadł”. Od­wró­ci­łem się, by przy­trzy­mać za rękę czło­wie­ka, kim­kol­wiek by on był. I na­gle onie­mia­łem, za­py­ta­łem sa­me­go sie­bie: „Mó­wił do mnie?” – po czym od­da­li­łem się z nie­do­wie­rza­niem.

Hej­da­ri zwykł ma­wiać: „Ho, ho, gdzie nam do czter­dziest­ki! Jesz­cze tyle zo­sta­ło, pra­wie sto lat! A może ni­g­dy jej nie do­cze­ka­my?”.

Tak zim­no. Ta­kie ostre po­wie­trze. Świat za­ma­rza. Za­ni­ka po­ma­łu, po­ma­lut­ku, ra­zem ze mną. Za­pa­lam lam­pę. Przy­su­wam krze­sło jak naj­bli­żej pie­ca. Sia­dam i cia­sno owi­jam się ple­dem.

Ach, gdy­by tak jesz­cze było lato! Gdy­by­śmy wciąż byli ra­zem… Co się sta­ło? Co za nie­szczę­ście na nas spa­dło? I to na nas, któ­rzy, jak po­drwi­wał As­ga­ri, ani na chwi­lę nie spusz­cza­li­śmy z sie­bie oka. Jak­że wy­god­ne i bez­kon­flik­to­we było to na­sze gro­mad­ne ży­cie! Nie zda­wa­li­śmy so­bie z tego spra­wy. Któ­re­go z nas na­le­ży za to wi­nić?

Hej­da­ri ob­wie­ścił kie­dyś: „Moi dro­dzy, ta­jem­ni­cą na­sze­go suk­ce­su jest na­sza jed­ność. Po­wierz­cie mi swo­je oszczęd­no­ści”. „Nie­do­brze mi się robi, jak na was pa­trzę – po­wie­dział wte­dy Dżalili. – Na wa­sze czy­ny, wa­sze myśli i na to, jak pu­ste są wa­sze ma­rze­nia”. An­wa­ri zaś do­rzu­cił: „Moi mili, a moim zda­niem Dżalili tyl­ko się z nami prze­ko­ma­rza. Uda­je po­waż­ne­go dla hecy. Wszyst­ko to je­dy­nie za­ba­wa”.

Ale Dżalili mó­wił praw­dę. I z jaką ła­two­ścią prze­szła mu ona przez gar­dło.

Co za pa­skud­ny wie­czór. Zim­no, ciem­no, a czas cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność. Wy­bi­ła do­pie­ro dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści. Ach, gdy­by tak czas mógł za­trzy­mać się choć na mo­ment, gdy­by mógł po­da­ro­wać mi jed­ną małą chwi­lę.

Za­du­ma­łem się. A może jeśli roz­trza­skam ze­gar na ty­siąc ka­wał­ków, za­cią­gnę za­sło­ny, a po­tem za­mknę drzwi i okna na czte­ry spu­sty, to ten upar­ty, cho­ler­ny czas wresz­cie się ode mnie od­cze­pi?

Co za nie­do­rzecz­ność! Prze­cież to moje ser­ce zli­cza­ło każ­dą mi­nio­ną chwi­lę. To moje ser­ce każ­dym ude­rze­niem po­twier­dza­ło nie­prze­rwa­ną wę­drów­kę ku śmier­ci. Pra­gną­łem wie­rzyć, że śmierć nie ozna­cza koń­ca. Chcia­łem wy­mknąć się ni­co­ści, któ­ra dnia­mi i no­ca­mi wy­sta­wa­ła pod moim oknem i nie spusz­cza­ła ze mnie oka. Jesz­cze więk­sza nie­do­rzecz­ność.

Po­wta­rzam so­bie: Dziad­ku, jeżeli te­raz się prze­zię­bisz, to już po to­bie. Być może ni­g­dy się nie do­cze­ka­my czter­dziest­ki? Co za non­sens, co za śmie­chu wart non­sens! Spo­glą­dam na ster­tę nie­umy­tych na­czyń le­żą­cych przy ścia­nie, na za­ście­la­ją­ce dy­wan okru­szy­ny chle­ba i sto­ją­cą na środ­ku po­ko­ju zdu­mio­ną mysz.

Naj­bar­dziej brak mi Ha­sze­mie­go. Przy­cho­dził po­po­łu­dnia­mi, każ­de­go dnia. Przy­no­sił swo­je ma­lo­wi­dła, róż­no­barw­ne pta­ki. Roz­kła­dał je przede mną i py­tał: „Sły­szysz, jak śpie­wa?”. Nie, nie sły­sza­łem. „No jak to? Po­słu­chaj” – dzi­wił się. A po­tem sia­dał i po raz ko­lej­ny za­czy­nał snuć opo­wieść o swo­jej żo­nie; słod­kiej, filigra­no­wej Szi­rin z krę­co­ny­mi wło­sa­mi; o tym, co robi i co mówi; o jej gło­sie, przy­po­mi­na­ją­cym gru­cha­nie go­łę­bia; o ze­zu­ją­cym spoj­rze­niu, lek­kim śmie­chu i upa­ja­ją­cym za­pa­chu cia­ła.

Na­słu­chu­ję. Do­bie­ga mnie nie­zna­ny głos, czy­jeś kro­ki, gwar za oknem. Może ktoś przy­szedł w od­wie­dzi­ny? Roz­glą­dam się za la­ską, szu­kam wzro­kiem pan­tofli, wy­pa­tru­ję oku­la­rów. Kto też mógł so­bie o mnie przy­po­mnieć? No kto? Nie­waż­ne. To zu­peł­nie nie­istot­ne. Na­wet jeśli to obcy, ktoś, kto przy­pad­kiem za­błą­dził w te stro­ny, ugosz­czę go i za­pro­szę na noc. No gdzie jest ta prze­klę­ta la­ska? Wsta­ję i idę, przy­trzy­mu­ję się ścian, sto­łu, krze­seł.

„Dziad­ku! Uwa­żaj, że­byś nie upadł”. Do mnie tak mó­wił! Do mnie, któ­re­mu sta­rość na­wet przez myśl nie prze­szła!

Uchy­lam drzwi. Wy­glą­dam na ze­wnątrz. Na­słu­chu­ję. Ale na ko­ry­ta­rzu tyl­ko egip­skie ciem­no­ści, chłód i za­pach zgni­li­zny do­cho­dzą­cy z ko­sza na śmie­ci.

– Jest tam kto? – ry­zy­ku­ję py­ta­nie. Ci­sza. Zbli­żam się do scho­dów. Przy­sta­ję w ocze­ki­wa­niu. Po­wta­rzam jesz­cze raz, nie­co gło­śniej: – Drzwi są otwar­te, pro­szę do środ­ka. – Nie. Ni­ko­go nie ma. Tak jak wczo­raj. Jak przed­wczo­raj i przed przed­wczo­raj.

W daw­nych cza­sach, kie­dy ktoś pu­kał do drzwi i nie wcho­dził do środ­ka, wie­dzie­li­śmy, że to Ah­ma­di. Hej­da­ri po­wia­dał wów­czas: „Chło­pa­ki, jemu nie moż­na już ufać. Bę­dzie le­piej, jeżeli w ogó­le nie bę­dzie­my mu otwie­rać”. „Ależ, Hej­da­ri! To nasz przy­ja­ciel – pro­te­sto­wa­li­śmy. – Wy­cho­wa­li­śmy się ra­zem. Tak się nie go­dzi”. „Tak, to ro­dzi pe­wien pro­blem, ale co po­ra­dzić? On je­den szko­dzi ca­łej na­szej szó­st­ce” – ob­sta­wał przy swo­im Hej­da­ri. „Jak chce­cie” – zga­dzał się Ha­sze­mi. „Jak uwa­ża An­wa­ri” – mó­wił Mah­da­wi, a Azi­zi do­da­wał: „Mu­szę po­my­śleć. Póź­niej wam po­wiem”.

Wra­cam na swo­je miej­sce pod pie­cem. Sia­dam, cia­sno owi­ja­jąc się ple­dem. Kto mógł­by te­raz przyjść mnie od­wie­dzić w ta­kie zim­no, w taką ciem­ną, za­śnie­żo­ną noc? Pod­krę­cam naf­tę w pie­cu. Drżę z zim­na. Kie­dyś za­py­ta­łem Szi­rin: „Dnia­mi i no­ca­mi trosz­czysz się, aby ża­den z nas się nie prze­zię­bił. Bez prze­rwy dzier­gasz dla nas zi­mo­we sza­le. Po­wiedz, jak to moż­li­we, że je­steś taka uro­cza, do­bra i ser­decz­na”. Ro­ze­śmia­ła się wten­czas jed­nym z tych swo­ich cu­dow­nych, dzie­cin­nych szcze­bio­tów, któ­re wciąż dźwię­czą mi w uszach i w nie­któ­re noce koją nie­spo­koj­ne sny.

Ach, gdy­by tak dzień do­pie­ro się roz­po­czy­nał! Gdy­by te­raz wła­śnie na­stał czas, w któ­rym za­pach lata prze­ni­ka przez ścia­ny i drzwi! Na­sta­wiam ra­dio. Chcę po­słu­chać wia­do­mo­ści. Nie mam po­ję­cia, co się dzie­je na świe­cie. Męż­czy­zna za­bił ko­bie­tę. Ktoś po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Gdzieś prze­szła po­wódź. Nie­ustan­nie trwa woj­na. Ja­kiś po­li­cjant zo­stał od­zna­czo­ny. Świat da­lej jest taki, jak przed­tem. Ga­szę ra­dio.

Za dwa­dzie­ścia mi­nut bę­dzie ósma. Za dzie­więt­na­ście mi­nut. Za szes­na­ście, pięt­na­ście, dwa­na­ście, dzie­sięć, dzie­więć, pięć; jest do­kład­nie ósma. Dzi­siej­sze­go wie­czo­ru pra­gnę przy­wo­łać w pa­mię­ci wszyst­kie ósme wie­czór mo­je­go ży­cia. Po­sta­wić py­ta­nia i przyj­rzeć się sa­me­mu so­bie, mi­nio­nym dniom i chwi­lom. Chcę jesz­cze raz uło­żyć do­oko­ła sie­bie te sie­dem­dzie­siąt kil­ka lat i przyj­rzeć się im do­kład­nie z bli­ska; tym wszyst­kim stra­co­nym dniom, któ­re roz­pły­nę­ły się, za­nim zdą­ży­łem je do­strzec, do­tknąć i po­czuć ich za­pach. Znik­nę­ły – tak nie­po­strze­że­nie, pod­stęp­nie i bez sło­wa.

Azi­zi za­py­tał mnie pew­ne­go dnia: „Chcesz za­cząć od po­cząt­ku?”. I wte­dy do­tar­ło do mnie, że nie. Na­praw­dę nie. Po co mam roz­po­czy­nać wszyst­ko od nowa? Żeby co zro­bić i cze­go do­ko­nać? No, może gdy­bym wie­dział o ist­nie­niu ja­kiejś dro­gi in­nej od po­zo­sta­łych, ale wiem, że ta­kiej nie ma. Przy­naj­mniej dla mnie ona nie ist­nie­je. Cho­ciaż­bym ty­siąc razy chciał za­czy­nać od nowa, w osta­tecz­no­ści i tak doj­dę do tego sa­me­go punk­tu, w któ­rym je­stem te­raz. Dżalili sprze­ci­wiał się: „Oczy­wi­ście, że ist­nie­je inna dro­ga, jest ty­siąc roz­ma­itych dróg. To ty nie wy­bra­łeś żad­nej z nich, tak było wy­god­niej”. „Moi dro­dzy, wszyst­kim wam wyj­dzie na do­bre, jeżeli bę­dzie­cie mnie słu­chać. Uwierz­cie, od­kry­łem ta­jem­ni­cę po­wo­dze­nia w ży­ciu” – ob­wie­ścił Hej­da­ri, a Azi­zi roz­ma­rzył się: „Ach, gdy­by moż­na było coś zro­bić, gdy­by moż­na było stąd wy­je­chać!…”. Wte­dy na­gle po­sta­no­wi­łem: „Ja też wy­ja­dę. Kto­kol­wiek się zde­cy­du­je, za­bio­rę się ra­zem z nim”. „Moi dro­dzy, nie bądź­cie nie­roz­sąd­ni. Nie za do­brze wam? Gdzie bę­dzie wam le­piej niż tu? Pa­mię­taj­cie, że ten, kto cho­dzi wiecz­nie z gło­wą w chmu­rach, ni­g­dy nie osią­ga sta­bi­li­za­cji i rów­no­wa­gi” – mi­ty­go­wał nas Hej­da­ri. „Całe mia­sto to­nie w świa­tłach. Świę­to, za­wo­dy, lo­so­wa­nie na­gród. Wszę­dzie peł­no dro­go­wska­zów. Chodź­cie, za­wróć­my i przyj­rzyj­my się temu. Do­brze nam to zro­bi” – wtrą­cił An­wa­ri, a Ha­sze­mi zgo­dził się z nim: „Co tyl­ko ze­chcesz”.

Za­wsze było tak, jak po­sta­no­wił Hej­da­ri.

O czym my w ogó­le roz­ma­wia­li­śmy?

Kim wła­ści­wie by­li­śmy?

Pa­mię­tam jed­ną sy­tu­ację. Szi­rin za­nie­po­ko­iła się: „Po­cze­kaj­cie na Ah­ma­die­go. Nie zo­sta­wiaj­cie go sa­me­go”. Hej­da­ri za­pro­te­sto­wał wte­dy: „Wy­klu­czo­ne. Daj­cie so­bie z nim w koń­cu spo­kój”. A ja spy­ta­łem Ah­ma­die­go: „Co się z tobą dzie­je? Co cię tak prze­ra­ża?”. Nie od­po­wie­dział. Jak zwy­kle był prze­peł­nio­ny go­ry­czą i dziw­nie obcy. W nie­któ­re wie­czo­ry mam nie­od­par­te wra­że­nie, że wró­cił. Sły­szę jego kro­ki – od­głos nie­po­rad­nej, nie­świa­do­mej celu pró­by uciecz­ki.

Coś ude­rza w szy­bę. Na­słu­chu­ję. Pró­bu­ję od­gad­nąć, czy to wiatr czy ziąb, czy może po pro­stu na­pie­ra­ją­ca ciem­ność. Gi­gan­tycz­na czar­na mysz pod­gry­za róg za­sło­ny. Gdy­by tak ktoś mnie od­wie­dził, gdy­by ktoś za oknem za­wo­łał mnie po imie­niu! W daw­nych cza­sach przy­naj­mniej za­glą­da­ła do mnie Fa­te­me. Nie, nie mia­ła na imię Fa­te­me. Ro­qa­je? Sa­ki­ne? Też nie. Nie­waż­ne. Za­po­mnia­łem. Jak­kol­wiek brzmia­ło jej imię, była do­brym czło­wie­kiem. Kimś in­nym niż ja sam. Od­ręb­nym czło­wie­kiem. Przy­cho­dzi­ła dwa razy w ty­go­dniu. Pod­no­si­ła za­sło­ny. Otwie­ra­ła okna. Trze­pa­ła po­ściel i wy­sta­wia­ła ją na słoń­ce. Zmy­wa­ła na­czy­nia i po­rząd­ko­wa­ła moje ubra­nia. A jak pięk­nie pach­nia­ła! W jej za­pa­chu wy­czu­wa­łem woń wszyst­kie­go, co na ze­wnątrz: ulic, ale­jek, skle­pi­ków i dżub – wy­peł­nio­nych wodą przy­droż­nych ro­wów. Ta ko­bie­ta ist­nia­ła. Na­le­ża­ła do tam­te­go świa­ta, ale sta­wa­ła na­prze­ciw­ko mnie. Od­naj­dy­wa­ła ze mną więź. Wie­dzia­łem, że jeśli będę mó­wić, usły­szy mnie. Jeżeli po­sta­wię kil­ka kro­ków na­przód, za­uwa­ży to. Zo­rien­tu­je się, czy je­stem, czy może mnie nie ma. Mia­ła w zwy­cza­ju mó­wić nie­prze­rwa­nie, choć nie do mnie. Roz­ma­wia­ła ze sto­ła­mi i krze­sła­mi, z klam­ka­mi i kur­kiem sa­mo­wa­ra, z mio­tłą, któ­rą wła­śnie dzier­ży­ła w ręce, i ubra­niem, któ­re pra­ła. Mia­ła kon­takt ze wszyst­ki­mi rze­cza­mi znaj­du­ją­cy­mi się w za­się­gu jej dło­ni: z noc­ni­kiem, dy­wa­nem, ku­frem, no­życz­ka­mi, a na­wet z szu­fel­ką. Ro­zu­mia­ła ję­zyk rze­czy. Była czę­ścią świa­ta rze­czy. Ze mną nie roz­ma­wia­ła. Nie­wy­klu­czo­ne, że od cza­su do cza­su zwra­ca­ła się i do mnie, ale na próż­no: moje uszy nie mo­gły ni­cze­go usły­szeć. Do­sko­na­le pa­mię­tam dzień, w któ­rym przy­szła po raz ostat­ni. Usia­dła na środ­ku po­ko­ju i za­la­ła się łza­mi. Wło­sy mia­ła przy­strzy­żo­ne przy sa­mej skó­rze. Jej chle­bo­daw­czy­ni ob­cię­ła je i za­nio­sła do za­kła­du fry­zjer­skie­go u wlo­tu uli­cy, aby zro­bio­no z nich pe­ru­kę. Ale znów: nie mó­wi­ła tego mnie. Zwie­rza­ła się ścia­nom, drzwiom i krze­słom, opo­wia­da­ła dy­wa­nom i ta­le­rzom. To było daw­no, ja­kieś sie­dem, może osiem lat temu. A po­tem so­bie po­szła i już ni­g­dy nie wró­ci­ła. Zo­sta­ły mi po niej tyl­ko my­szy, sza­re i ogrom­ne, uni­ce­stwia­ją­ce wszyst­ko ka­wa­łek po ka­wał­ku.

Cóż za upar­ty wiatr! Któ­rę­dy prze­do­sta­je się do środ­ka? Chy­ba przez tę szcze­li­nę w pie­cu… Dziś po­ło­żę się wcze­śniej. Wej­dę do łóż­ka i po­wiem so­bie: „Dziad­ku, uwa­żaj! Jeżeli te­raz się prze­zię­bisz, już po to­bie!”. Się­gam dło­nią do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Wśród mnó­stwa dro­bia­zgów znaj­du­ję cu­kie­rek i kil­ka pe­stek sło­necz­ni­ka. Wy­cią­gam cu­kie­rek i wkła­dam go do ust. Jest twar­dy i pa­skud­ny w sma­ku. Wy­plu­wam z obrzy­dze­niem. To lan­dryn­ka Szi­rin. Mia­ła ich za­wsze peł­ne kie­sze­nie, moż­na też było w nich zna­leźć mnó­stwo no­chod­czi1 oraz róż­no­barw­ne nit­ki i płat­ki ja­śmi­nu.

Do­brze pa­mię­tam dzień, w któ­rym uj­rza­łem Szi­rin po raz pierw­szy. Drzwi domu Ha­sze­mie­go były otwar­te na oścież. „Ha­sze­mi ma go­ścia” – oznaj­mił An­wa­ri. Wsze­dłem do środ­ka. „Co się tu wy­pra­wia? Cóż to za ku­rio­zum i co ona tu­taj wła­ści­wie robi? Nic nie ro­zu­miem” – de­ner­wo­wał się Hej­da­ri. Szi­rin plu­ska­ła się w sa­dzaw­ce, ubra­na od stóp do głów. Wy­sta­wia­ła twarz pod stru­mień fon­tan­ny i śmia­ła się tak, jak­by śmiech do­bie­gał gdzieś z głę­bi jej du­szy. An­wa­ri nie wie­rzył wła­snym oczom: „Cze­goś po­dob­ne­go świat nie wi­dział! Jest ma­leń­ka jak mró­wecz­ka! Wy­ro­śnię­ta mró­wecz­ka!”. Ha­sze­mi sie­dział z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi nie­opo­dal ogród­ka. Onie­mia­ły, z na wpół otwar­ty­mi usta­mi, z ocza­mi peł­ny­mi snu – na­wet nie mru­gnął. Tkwił w ab­so­lut­nym bez­ru­chu i wy­da­wa­ło się, że w ogó­le nie od­dy­cha. „Cud­na jest! Wszę­dzie się zmie­ści. Moż­na ją wło­żyć do kie­sze­ni i za­brać ze sobą do biu­ra”. – An­wa­ri był urze­czo­ny. „Naj­pierw trze­ba spraw­dzić, czym się zaj­mu­je i z ja­kiej ro­dzi­ny po­cho­dzi” – na­le­gał Hej­da­ri.

Go­łę­bie Ha­sze­mie­go fru­wa­ły wo­kół Szi­rin.

Szmer wody, w któ­rej się plu­ska­ła, i jej śmiech wy­peł­nia­ły całe po­dwó­rze. Po­ma­cha­ła do nas, bry­zgnę­ła wodą w stro­nę Hej­da­rie­go i po­wie­dzia­ła coś, cze­go nikt z nas nie zro­zu­miał. Cóż, w koń­cu mó­wi­ła z bu­zią peł­ną cu­kier­ków. Pa­trzy­ła na nas z taką ra­do­ścią, jak­by­śmy się znali la­ta­mi. Nie mie­li­śmy po­ję­cia, co mamy ro­bić ani jak się wo­bec niej za­cho­wać. A po­tem, mo­kra i bosa, wy­szła z sa­dzaw­ki. Przy­war­ła do Ha­sze­mie­go. Zło­ży­ła mu gło­wę na ra­mie­niu i szep­nę­ła coś do ucha. „Co za bez­wstyd­ni­ca!” – obu­rzył się Hej­da­ri. „Miej­my na­dzie­ję, że nie jest zło­dziej­ką” – tra­pił się An­wa­ri. „Naj­le­piej bę­dzie ją stąd wy­rzu­cić” – za­pro­po­no­wał Mah­da­wi.

Oszo­ło­mio­ny Ha­sze­mi nie od­ry­wał wzro­ku od ko­bie­ty. Nie mógł uwie­rzyć w to, co się dzia­ło. Nie­śpiesz­nie, ostroż­nie i z oba­wą raz po raz do­ty­kał ko­niusz­ków jej mo­krych wło­sów, a po­tem lep­kich od sło­dy­czy pal­ców, jak­by Szi­rin mia­ła za­raz po­de­rwać się do lotu i od­le­cieć. „To anioł mi­ło­sier­dzia ze­sła­ny przez Boga” – wy­szep­tał. Hej­da­ri od­su­nął go na bok i spy­tał: „Czy wiesz, kim ona wła­ści­wie jest? Jak się na­zy­wa? Znasz jej ro­dzi­nę?”. Ha­sze­mi rzu­cił nam nie­obec­ne spoj­rze­nie. Po­krę­cił prze­czą­co gło­wą. Nie, nic o niej nie wie­dział. „Drzwi były otwar­te. Po­ja­wi­ła się tak, jak przy­fru­wa go­łąb, jak mała ro­ślin­ka wy­ra­sta­ją­ca znie­nac­ka w ogród­ku. Skąd mam to wszyst­ko wie­dzieć? Po pro­stu zja­wi­ła się i już!”.

Było to w dniu uro­dzin Hej­da­rie­go.

My­śle­li­śmy o ja­kimś wy­jąt­ko­wym pre­zen­cie, o czymś, co za­trzy­ma jako pa­miąt­kę od przy­ja­ciół. „Spra­wię mu parę bu­tów” – ob­wie­ścił z dumą An­wa­ri. „Kup­my mu coś, co mu się przy­da. Może ze­staw na­rzę­dzi sa­mo­cho­do­wych lub elek­trycz­ną piłę do ogród­ka?” – za­pro­po­no­wał Mah­da­wi. „O świę­ty Boże! Zno­wu uro­dzi­ny Hej­da­rie­go?” – nie­po­ko­ił się Azi­zi. Szi­rin przy­nio­sła pa­puż­kę fa­li­stą. Gdy wrę­cza­ła Hej­da­rie­mu klat­kę, prze­chy­li­ła gło­wę na bok, jak za­wsze, kie­dy czu­ła się onie­śmie­lo­na i za­wsty­dzo­na. Po­tem do­wie­dzia­ła się, że na klat­kę z pa­puż­ką za­rzu­co­no płach­tę ma­te­ria­łu i zo­sta­wio­no tak w ja­kimś ma­ga­zy­nie. „Głos ma nie­brzyd­ki, ale w nie­od­po­wied­nim mo­men­cie za­czy­na swo­je tre­le. Ta­kie coś to tyl­ko kło­pot” – tłu­ma­czył jej Hej­da­ri, ale Szi­rin nie mo­gła się uspo­ko­ić. Za­no­si­ła się pła­czem i żą­da­ła zwro­tu pa­puż­ki. Pra­wie się po­cho­ro­wa­ła, aż w koń­cu Hej­da­ri zde­cy­do­wał się zwró­cić pre­zent. „Tyle ha­ła­su o jed­ną pa­puż­kę war­tą dzie­sięć tu­ma­nów! Weź tę klat­kę i od­daj Szi­rin – po­le­cił Ha­sze­mie­mu. – A przy oka­zji po­proś, aby nie ro­bi­ła nam wię­cej ta­kich nie­spo­dzia­nek”.

No i nie zro­bi­ła. Już ni­g­dy wię­cej.

Za­czę­ło in­ten­syw­nie śnie­żyć. Na­cią­gam pled pod samą bro­dę i bar­dzo wol­no wy­dy­cham mroź­ne po­wie­trze, tak by nie wy­wo­łać ata­ku kasz­lu. Wciąż liczę na to, że coś się wy­da­rzy: że przy­naj­mniej po­czu­ję głód, że ogar­nie mnie sen. Cze­kam, aż dane mi bę­dzie do­świad­czyć cze­go­kol­wiek poza sie­dze­niem i sa­mym tyl­ko ocze­ki­wa­niem.

Sły­szę spa­da­ją­ce płat­ki śnie­gu. Wy­da­je się, że spa­da­ją mi na gło­wę i z wol­na osia­da­ją na oczach i w ser­cu. Mó­wię so­bie: Ko­niec za­ba­wy, dziad­ku. Zima do­pie­ro się za­czy­na i ileż jesz­cze do lata, któ­re­go wy­cze­ku­jesz z ta­kim utę­sk­nie­niem!

Spy­ta­łem raz As­ga­rie­go: „Ko­cha­ny, a co z wy­jaz­dem, o któ­rym tyle mó­wi­łeś? Nie wy­jeż­dżasz? Nie wy­jeż­dża­my?”. Czu­wał przy mat­ce. Roz­cze­sy­wał jej wło­sy. Ma­so­wał ra­mio­na. Kar­mił. „Robi się póź­no – na­le­ga­łem. – Jeśli nie wy­ru­szy­my te­raz, to kie­dy?”. „Co po­ra­dzę? To moja mat­ka, mu­szę się nią za­jąć – od­po­wie­dział. Wziął ko­bie­tę na ple­cy i, to­ru­jąc so­bie dro­gę, spoj­rzał na mnie: – A ty? Co byś zro­bił na moim miej­scu? No, po­wiedz sam”.

Hej­da­ri ma­wiał: „Ży­cie jest pro­ste jak dwa plus dwa. Ma swo­je pra­wa i za­sa­dy. Czło­wiek po­stę­pu­ją­cy roz­sąd­nie za­wsze jest szczę­śli­wy”.

Le­piej bę­dzie, jak już wsta­nę i po­my­ślę o ja­kiejś ko­la­cji. O śnie i o prze­ni­ka­ją­cym do szpi­ku ko­ści zim­nie, i o tych za­wzię­tych, nie­ustę­pli­wych my­szach, któ­re zdą­ży­ły już wziąć w po­sia­da­nie cały dom. O ju­trze i wszyst­kich ko­lej­nych dniach.

1 No­chod­czi (per. ) – po­pu­lar­na prze­ką­ska z pra­żo­nej cie­cie­rzy­cy do­pra­wia­nej solą (o ile nie za­zna­czo­no ina­czej, wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­macz­ki).

2

Ah­ma­di z wa­ha­niem ujął wy­cią­gnię­tą w jego stro­nę dłoń. Uści­snął ją z przy­mu­sem i ro­ze­śmiał się me­lan­cho­lij­nie. Pró­bo­wał być we­so­ły, roz­ma­wiać, przed­sta­wiać się, po­da­wać rękę na po­wi­ta­nie i py­tać ze­bra­nych o sa­mo­po­czu­cie. Pró­bo­wał ro­ze­śmiać się naj­gło­śniej ze wszyst­kich na po­twier­dze­nie, że żart był do­praw­dy wy­śmie­ni­ty. Sta­rał się po­ta­ki­wać, wy­ra­zić zdzi­wie­nie, po­pro­sić o wy­ja­śnie­nie, oka­zać żal i po­le­cić naj­lep­sze­go ga­stro­lo­ga. Pró­bo­wał za­cho­wać spo­kój i po­czuć, że ist­nie­je, żyje, znaj­du­je się po­śród in­nych, po­sia­da wła­sną toż­sa­mość, jest wol­ny od lęku oraz szczę­śli­wy i wdzięcz­ny za wszyst­ko.

– Pro­szę, to jest wła­śnie zdro­wa psy­chi­ka. Całe szczę­ście! – po­wie­dział Hej­da­ri.

– Bogu niech będą dzię­ki. Całe szczę­ście! – do­dał An­wa­ri. Mah­da­wi zaś w jed­nym ze swo­ich listów nad­mie­niał: „Ma­cie zu­peł­ną ra­cję. Czło­wiek za­wsze po­wi­nien za­cho­wy­wać po­sta­wę peł­ną wdzięcz­no­ści”. Tak­że i do­bro­dusz­ny Ha­sze­mi był cały ro­ze­śmia­ny. Przy­słał wszyst­kim ogór­ki ze swo­je­go ogród­ka i po­wie­dział:

– Wspa­nia­le! Ży­cie jest na­praw­dę prze­pięk­ne. Ja tam je­stem wdzięcz­ny z ca­łe­go ser­ca.

Je­dy­nie Szi­rin była za­sę­pio­na. Opar­ła gło­wę o róg pa­ra­pe­tu i ką­tem oka ob­ser­wo­wa­ła Ah­ma­die­go.

– Co za upior­na po­go­da. Nie ma czym od­dy­chać. Czło­wiek ma ocho­tę za­snąć albo wyjść stąd i już nie wró­cić – po­wie­dzia­ła. A po­tem po­szła za drze­wa wy­pła­kać się.

Te­raz zaś z wil­got­ny­mi od żalu ocza­mi i tym spoj­rze­niem, do­strze­ga­ją­cym i prze­ni­ka­ją­cym wszyst­ko, sta­ła dwa rzę­dy przed Ah­ma­dim, a jej ma­leń­kie rącz­ki gu­bi­ły się w dło­niach Ha­sze­mie­go. Ah­ma­di wy­cią­gnął przed sie­bie swo­ją na­puch­nię­tą, obo­la­łą nogę i przy­warł gło­wą do opar­cia krze­sła. W tym kłę­bo­wi­sku lu­dzi było coś ta­kie­go, co wpra­wia­ło go w drże­nie, coś wro­gie­go i dzi­wacz­ne­go, agre­syw­ne­go i nie­ludz­kie­go. Spoj­rzał na mo­rze ludz­kich głów: wszyst­kie zbi­te cia­sno koło sie­bie, tej sa­mej wiel­ko­ści i tego sa­me­go kształ­tu. Po­pa­trzył na za­trzę­sie­nie twa­rzy: przy­le­ga­ją­ce do sie­bie i jed­na­ko­we oraz na kłę­bo­wi­sko rąk: ze­spo­lo­ne, pod­po­rząd­ko­wa­ne i ule­głe. Przyj­rzał się tak­że bez­li­ko­wi nóg, mno­go­ści wy­pa­sto­wa­nych sznu­ro­wa­nych bu­tów, bez­mia­ro­wi za­pra­so­wa­nych w kant po­pie­la­tych spodni, wie­lo­ści par oczu wpa­trzo­nych w ten sam punkt i ze­psu­tych, po­żół­kłych zę­bów w dru­cia­nych apa­ra­tach oraz bły­ska­ją­cych go­li­zną wy­sta­ją­cych brzu­chów. Z tej jed­no­li­tej, zro­śnię­tej ze sobą gro­ma­dy po­wsta­wa­ło coś ta­kie­go, co kłu­ło Ah­ma­die­go w ser­ce, ści­ska­ło za gar­dło i nie po­zwa­la­ło od­dy­chać.

Trwa­ły ob­cho­dy pięt­na­sto­le­cia ist­nie­nia firmy Ha­mi­sze Gou­har. As­ga­ri i Ha­sze­mi sie­dzieli w dru­gim rzę­dzie. Ko­sze z kwia­ta­mi, któ­re przy­nieśli ze sobą, usta­wio­no w cen­tral­nym punk­cie sa­lo­nu. Za­łą­czo­ny do kwia­tów bi­let wi­zy­to­wy Hej­da­rie­go zdo­bi­ły pół­okrą­głe ząb­ki i po­zła­ca­ne brze­gi. Lśnił i błysz­czał. Wy­tło­czo­ne, wy­pu­kłe litery in­for­mo­wa­ły o na­zwi­sku, za­wo­dzie i uzy­ska­nym stop­niu na­uko­wym.

– Dro­dzy przy­ja­cie­le, dzi­siej­szy wie­czór jest praw­dzi­wym za­szczy­tem i sta­no­wi po­wód do dumy. Po­my­śl­cie tyl­ko, co świat by bez nas zro­bił? – po­wie­dział Hej­da­ri.

Krze­sło Mah­da­wie­go sta­ło pu­ste. Spo­dzie­wa­no się, że przy­je­dzie na uro­czy­stość z Gor­ga­nu. Wszy­scy trwali w ocze­ki­wa­niu, a An­wa­ri ani na chwi­lę nie od­ry­wał wzro­ku od drzwi.

– Zdą­ży. Wczo­raj wi­dzia­łem go we śnie. Za­raz się zja­wi, no już, za mo­men­cik. Jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, on też, po­dob­nie jak ja, pra­cu­je w tej firmie i to, kim jest, za­wdzię­cza wła­śnie jej – prze­ko­ny­wał.

Ktoś wy­gła­szał ora­cję. Za ni­ski, aby do­się­gnąć mi­kro­fo­nu, cały czas wspi­nał się na pal­ce i po­sa­py­wał. Pot lał się z nie­go stru­mie­nia­mi. Na­pi­sa­ną przez sie­bie roz­wle­kłą ka­sy­dą wy­chwa­lał pod nie­bio­sa ar­ty­ku­ły hi­gie­nicz­ne mar­ki Ha­mi­sze Gou­har. Ki­wał gło­wą, przy­kła­dał dłoń do ser­ca i wzdy­chał głę­bo­ko na za­koń­cze­nie każ­de­go bej­tu2.

Od­po­wie­dzial­ność za prze­bieg ce­re­mo­nii spo­czy­wa­ła na An­wa­rim. Bie­gał za sce­ną w tę i z po­wro­tem, od cza­su do cza­su uchy­lał rą­bek ko­ta­ry i spo­glą­dał ze smut­kiem na pu­ste krze­sło Mah­da­wie­go.

Z głę­bi sali do­cho­dzi­ły ja­kieś szep­ty. Ah­ma­di od­wró­cił się i ro­zej­rzał z trwo­gą. Wszyst­kie twa­rze były dla nie­go obce. Spoj­rzał znów przed sie­bie i do­tknął blizn na gło­wie. Pod pal­ca­mi wy­czu­wał szwy, wciąż tkli­we. Znów po­czuł tę roz­cho­dzą­cą się pod skó­rą, nie­da­ją­cą się po­wstrzy­mać falę go­rą­ca, ten strasz­li­wy nie­po­kój, któ­ry – jak­by unu­rza­ny w dia­bel­skich wy­dzie­li­nach – wy­peł­niał mu wszyst­kie pory do­kucz­li­wą i bo­le­sną ciem­no­ścią. Na dnie ser­ca, w gło­wie i oczo­do­łach osa­dza­ła się ja­kaś sta­ła sub­stan­cja. Zu­peł­nie jak gdy­by był sę­dzi­wym drze­wem, na któ­rym osia­dał pył ty­siąc­let­nich wia­trów, i te­raz przy­gnia­ta­ło go brze­mię wszyst­kich hi­sto­rycz­nych chwil, wszel­kiej ma­te­rii, tego, co ist­nia­ło i co mo­gło za­ist­nieć. Przy­po­mniał so­bie swój sta­ry, po­zba­wio­ny do­stę­pu do słoń­ca po­kój i łóż­ko, któ­re za­pew­nia­ło mu wszyst­ko prócz sa­me­go snu. Wspo­mniał cięż­szą niż góra koł­drę, któ­ra nie chcia­ła oswo­ić się z cia­łem, i po­dusz­kę, no­ca­mi zmie­nia­ją­cą się w wy­schnię­tą, ja­ło­wą zie­mię peł­ną cier­ni i ostrych ka­mie­ni. Prze­by­cie nocy za każ­dym ra­zem sta­wa­ło się kosz­mar­ną po­dró­żą, pod­czas któ­rej prze­pły­wał pod po­wierzch­nią świa­ta. Szedł od­pro­wa­dza­ny przez ma­gicz­ne wia­try, ja­zgot de­mo­nów i ty­się­cy za­gu­bio­nych dusz. Wszyst­ko było tak po­zba­wio­ne sen­su i ładu, jak­by dzia­ło się przed stwo­rze­niem świa­ta, kie­dy nie było ni­ko­go ani ni­cze­go, na­wet Boga, jak­by ist­niał je­dy­nie cał­ko­wi­ty nie­byt i sa­mot­ność, a na­prze­ciw tego wszyst­kie­go – udrę­czo­ny czło­wiek, któ­ry do­świad­czał tych wszyst­kich strasz­li­wych chwil.

Przy­po­mniał mu się pie­cyk, któ­re­mu bra­ko­wa­ło naf­ty, i lam­pa z ko­ry­ta­rza ze spa­lo­ną ża­rów­ką. Wszyst­ko za­czę­ło się od tych ciem­nych, wą­skich i zim­nych scho­dów. Zie­mia roz­stą­pi­ła mu się pod no­ga­mi i stur­lał się aż na sam dół – po do­kład­nie czter­dzie­stu dwóch scho­dach. Sta­ło się to na­gle i nie­ocze­ki­wa­nie, jak na­dej­ście snu albo ma­rze­nia. Nie­wi­dzial­na dłoń trą­ci­ła go, a po­tem po­pchnę­ła. Po tam­tym zda­rze­niu przez trzy mie­sią­ce miał nogę w gip­sie. Do­ku­cza­ła mu zresz­tą i te­raz, zwłasz­cza no­ca­mi, gdy czuł prze­cią­gły ból i mro­wie­nie.

Hej­da­ri ro­ze­śmiał się na wieść o tym wy­pad­ku. Resz­ta przy­ja­ciół za­re­ago­wa­ła po­dob­nie. Na­wet do­bro­dusz­ny Ha­sze­mi mu nie uwie­rzył. To nic wiel­kie­go: wie­le osób przed nim upa­dło i ist­nia­ło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że przytrafi się to każ­de­mu. Wła­ści­ciel domu za­świad­czył przed wszyst­ki­mi, że był na miej­scu i wi­dział, jak Ah­ma­di się po­śli­zgnął. Taki sam in­cy­dent przy­da­rzył się po­przed­nie­mu lo­ka­to­ro­wi. Żad­na no­wość, krop­ka. Mimo to Ah­ma­di miał pew­ność, że jego upa­dek nie był przy­pad­ko­wy. Nie spo­wo­do­wa­ła go nie­uwa­ga czy roz­tar­gnie­nie. Po­śli­zgnię­cie się też nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę, a jed­nak męż­czy­zna spadł. Ja­kim cu­dem i co było tego przy­czy­ną?

Śmiał się rów­nież An­wa­ri: „Trze­ba było ku­pić nową ża­rów­kę i wy­mie­nić prze­pa­lo­ną w ko­ry­ta­rzu, a jeśli już cho­dzi­łeś po ciem­ku, trze­ba było bar­dziej uwa­żać” – po­wie­dział.

Kto wie – za­sta­na­wiał się Ah­ma­di – może przy­ja­ciel miał ra­cję, ale jak w ta­kim ra­zie wy­tłu­ma­czyć tam­ten cho­ler­ny ka­mień? Ów ta­jem­ni­czy ka­mień rzu­co­ny nie wia­do­mo przez kogo i z ja­kie­go po­wo­du. Bli­zny po za­ło­żo­nych na gło­wie szes­na­stu szwach jesz­cze się nie za­go­iły. No­ca­mi moc­no pie­kły, co do­pro­wa­dza­ło go do bia­łej go­rącz­ki. Przy­ja­cie­le wy­razili współ­czu­cie. Tak, to było nie­przy­jem­ne do­świad­cze­nie.