Wytrwaj do końca - Marcin Zieliński - ebook

Wytrwaj do końca ebook

Marcin Zieliński

4,9

Opis

W moim przypadku wszystko zaczęło się w małym cichutkim miejscu, o którym nikt nie wiedział. W Skierniewicach, w niepozornej salce, w której nikt nie chciał się z nami, wówczas nastolatkami, modlić.

Czas pokazał, co było wartościowe, czas pokazał, za kim warto było pójść. To, co odczuwałem wówczas jako porażkę, okazało się zwycięstwem.

Nauczyłem się, że wytrwałość rzeczywiście jest potrzebna w modlitwie. Wytrwałość nie jest dla wytrwałości. Nie jest po to, aby się po prostu potrudzić. Jest narzędziem do osiągania wielkich rzeczy.

Dzisiaj ludzie na mnie patrzą, czy to w realu, czy oglądając na przykład filmy na Youtubie, i myślą, że ten Zieliński to ma taką lajtową wiarę. Tu cudzik, tam cudzik... Takim ludziom odpowiadam zwykle: „Zapraszam do mojego życia. Zapraszam Cię w moją przeszłość, kiedy nikt mnie nie widział”. Bo to się tylko tak wydaje z zewnątrz.

Pamiętajcie: Z każdego trudu, z każdego cierpienia i z każdej porażki Bóg wyprowadzi chwałę dla Swojego Imienia i dobro dla Ciebie.

Dzisiaj zbierasz owoce bitew, które stoczyłeś dawno temu. Zaś jeśli obecnie toczysz jakąś walkę, to wiedz, że przyszłość niesie Ci wielkie niespodzianki! Tylko wytrwaj do końca! [Fragmenty książki]

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 94

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (16 ocen)
14
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewabud

Nie oderwiesz się od lektury

proszę o więcej takich książek 😊
10
adalbertus74

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wartościowa książka, z pewnością umocniła moją wiarę ❤️
00

Popularność




Pamiętam, jak jechałem do siedziby RTCK do Nowego Sącza na konferencję, na bazie której powstała ta książka. To była długa i męcząca podróż (generalnie sporo podróżuję, bo czuję się wezwany do wielu miejsc, ale mój organizm nie zawsze staje na wysokości zadania). Pięć godzin w samochodzie, w dodatku kończyłem jeszcze konferencję. Dlaczego to wspominam? Mamy mówić o wytrwałości, a ja jednej rzeczy nauczyłem się w życiu: Największe cuda, jakie widziałem w mojej posłudze, działy się wtedy, kiedy czułem się słaby, wyczerpany i zmęczony – dokładnie tak, jak podczas tamtej podróży.

Co do moich słabości... W Bogu niezwykłe jest to, że On potrafi wziąć kogoś z całą listą jego słabych stron i nie tylko posłużyć się nim mimo wszystko, ale przemienić jego słabości w mocne strony!

Przyznam szczerze, że w szkole zwykle nie czytałem lektur (moja mama, nauczycielka, pewnie cierpi teraz, gdy to czyta). Miałem treningi, czas zapełniony po brzegi, a gdy chciałem zabrać się za czytanie... budziłem się nad ranem z twarzą wgniecioną w okładkę. Ze wstydem przyznaję: kończyło się na streszczeniach. Pamiętam, raz obiecałem sobie, że zrobię to rzetelnie. Siedziałem do późnych godzin nocnych, by przeczytać książkę od dechy do dechy, pełen dumy poszedłem do szkoły i... z kartkówki dostałem dwójkę! Myślałem, że to jakiś żart! Przeczytałem więc streszczenie i poprawiłem pracę na trójkę. Ten moment – co również ze wstydem przyznaję – spotęgował moje wątpliwości w sens czytania lektur. Ale przecież nie o tym miałem pisać... Gdy zdawałem na maturę, zdecydowałem, że będę pisał rozszerzenie z języka polskiego. Moja mama nauczycielka parsknęła śmiechem, gdy wtajemniczyłem ją w mój plan. A ja – mimo to – podszedłem do matury i... zdałem rozszerzenie na siedemdziesiąt osiem procent! Uzyskałem jeden z najlepszych wyników w klasie! Nigdy nie czułem się silny w tym przedmiocie, a tu taki numer! Dlaczego to wszystko wspominam? Bo każda książka, którą wydaję, jest dla mnie cudem. Gdybym moim polonistkom powiedział, że napisałem jakąkolwiek książkę, pewnie otworzyłyby oczy ze zdumienia.

Bóg potrafi przemienić słabości w mocne strony.

Moja pierwsza książka nosiła tytuł Rozpal wiarę, będą działy się cuda, a powstała wskutek jednego wielkiego poruszenia. Kilka osób przychodziło do mnie i mówiło, wiesz, Marcin, byłoby dobrze, gdybyś napisał książkę. No co ty w ogóle do mnie mówisz? Co ja mógłbym napisać nowego, czego ktoś inny już nie napisał? Ale kiedy usłyszałem to samo od wielu osób, pomyślałem sobie, Boże, jeżeli naprawdę chcesz, żebym napisał książkę, to potrzebuję jeszcze jednego potwierdzenia. I stało się. Jadłem kiedyś obiad z pewną misjonarką. Skończyliśmy posiłek, kelner przyniósł rachunek i gdy już mieliśmy wstawać, ona spojrzała na mnie i mówi: „Marcin, wiesz co, Pan Bóg mi mówi, że masz napisać książkę”. No i nie miałem wyjścia. Więcej znaków już nie potrzebowałem... Później ktoś opowiedział mi ciekawą anegdotę. W jednym z seminariów pewien profesor wykładający Nowy Testament otrzymał od kogoś moją książkę. „Co to za książka? – zapytał. – Skoro napisał ją jakiś młody, świecki chłopak, to chyba nie jest szczególnie interesująca”. Przyniósł ją na drugi wykład z komentarzem, że jest naprawdę ciekawa. Na trzecim wykładzie ogłosił, że wpisuje ją na listę lektur obowiązkowych do egzaminu...

Potem pojawiła się druga, a żeby było śmieszniej, obie rozeszły się w potężnym nakładzie. Bóg ma niezłe poczucie humoru.

Opowiadam to wszystko w jednym celu. Chciałbym mianowicie, żebyście dzisiaj w podobny sposób spojrzeli na swoje życie modlitewne. Kiedy czujemy się słabi, wtedy jesteśmy mocni. Dlaczego? Ponieważ dopiero wtedy ufamy Bogu do końca, a nie pokładamy ufności w sobie. W tej książce będziemy mówić o tym, jak z Bogiem współpracować. Będziemy mówić o wytrwałości. I wierzcie mi – nie jest to wcale ani prosta, ani przyjemna sprawa.

Największe cuda, jakie widziałem, działy się wtedy, kiedy czułem się słaby, wyczerpany i zmęczony.

Wszyscy lubimy mieć wszystko natychmiast, prawda? Ja też lubię widzieć efekty swojej pracy czy swojej posługi od razu. Ale życie weryfikuje nasze plany i oczekiwania. Bywa tak, że nie widzimy natychmiast efektów modlitwy. Ba... bywa i tak, że w ogóle nie możemy się ich doczekać. Jakby Pan Bóg przestał nas słuchać. Ale to nie tak. On z pewnością głuchy nie jest! Tylko nam ciężko jest czasem zrozumieć reguły rządzące rzeczywistością duchową.

Bardzo wiele osób się zniechęca. Modlą się, modlą się, modlą się i... nic. Znacie to? Ja znam. A jednak okazuje się, że oczekiwanie na odpowiedź Pana Boga często jest zbawienne dla nas. Gdyby nie ten czas, owoce modlitwy być może nie byłyby dla nas tak dobre, jak wówczas, gdy na nie w bólu i niecierpliwości „doczekujemy”. Ja wiem, że nie lubimy czasu stagnacji, okresu przejściowego. Ale ten właśnie czas może się okazać dla nas kluczowy.

Któż z nas nie chciałby mieć owocnego życia modlitewnego!

Jeśli mamy mówić o dobrej modlitwie, musimy wiedzieć, że są dwie kluczowe kwestie w tym temacie: przebaczenie (o którym mówiłem w książce Moc przebaczenia) i właśnie wytrwałość, o której będzie ta książka.

Nie lubimy stagnacji, ale ten właśnie czas może okazać się dla nas kluczowy

Od razu chciałbym zaznaczyć, że nie odpowiem na wszystkie Wasze pytania, ale będę się z Wami dzielił swoimi doświadczeniami – tym wszystkim, czego nauczyłem się podczas ostatnich dziesięciu lat życia z Bogiem.

Moją pasją zawsze był sport. Zawsze też byłem odrobinę szalony i nieco natrętny, natarczywy (a piszę o tym dlatego, bo to ważna rzecz nie tylko w modlitwie, ale i w życiu codziennym, jak się okazuje). Już jako młody chłopak, piętnastolatek, miałem szalone pomysły i snułem wielkie marzenia. Myślałem wówczas, że będę piłkarzem, bo i miałem ku temu pewne predyspozycje. Zastanawiałem się, co zrobić, żeby do tego celu się przybliżyć. Chciałem zrobić coś więcej niż inni, coś poza treningami kilka razy w tygodniu, żeby zyskać przewagę nad kolegami.

I wyobraźcie sobie, jako piętnastolatek znalazłem słynnego fizjologa, jednego z najlepszych wówczas w Polsce, pracującego z reprezentacją Polski i z wieloma klubami z górnej półki. I myślę sobie, fajnie by było, gdyby ten facet rozpisał mi indywidualny trening. Żeby mnie poprowadził. Fajnie by było... Tylko że ja miałem wówczas piętnaście lat, a on był znanym i powszechnie szanowanym profesorem na AWF-ie. Jak to zrobić?

No cóż. Wziąłem telefon, wygooglowałem stronę AWF-u i znalazłem numer wewnętrzny do niego. „Dzień dobry, panie profesorze, tu Marcin Zieliński, gram w piłkę. Wiele o panu czytałem w internecie. Chciałem się zapytać, czy nie mógłby mi pan rozpisać treningu”. Wyobrażacie sobie? Ja, gówniarz z prowincji, zadzwoniłem do wielkiego profesora z zapytaniem, czy rozpisze mi trening. Do faceta, który na co dzień pracuje z reprezentacją Polski!

A on odparł: „No dobra. (Dzisiaj kiedy o tym myślę, sądzę, że on chciał mnie wypróbować, sprawdzić, czy naprawdę mi na tym zależy). Kup sobie sprzęt, żebyś mógł mierzyć tętno, porób sobie testy, a potem zadzwoń do mnie z wynikami i będziemy działać”.

Zadzwoniłem już po tygodniu. Porozmawialiśmy, zacząłem treningi pod jego okiem.

Ta historia nauczyła mnie, że wszystko jest możliwe. Że nawet do TAKIEGO człowieka można się dostać. To wszystko działo się niedługo po moim nawróceniu. Było na tyle mocnym i motywującym doświadczeniem, że wstawałem każdego ranka, od czwartej trzydzieści biegałem, następnie styrany szedłem na ranną Eucharystię na szóstą trzydzieści, a potem pod prysznic i do gimnazjum, ciach – na lekcje. Pamiętam, jak walczyłem ze snem. Doświadczyłem gorliwości, pasji, głodu w sercu, który nie pozwalał mi ustać w miejscu. I Bogu dziękuję za te lata treningów, bo wierzę, że one nauczyły mnie również gorliwości i uporu, który we wzrastaniu duchowym jest tak istotny.

W życiu często bywa tak, że Pan Bóg (w którego może nawet jeszcze nie wierzysz) stawia Cię w miejscach, w których uczysz się pewnych zachowań, przydatnych potem, po nawróceniu, gdy wchodzisz w wolę Bożą dla Twojego życia. Dzięki temu dużo łatwiej jest Ci ją wypełnić, bo jesteś już wytrenowany, predysponowany do rzeczy, które czekają na Ciebie od momentu Twojego narodzenia. Tak właśnie było ze mną.

Wierzę, że ta książka pomoże Ci w lepszym zrozumieniu Bożego planu dla Twojego życia, pozwoli Ci zrozumieć wagę wytrwałości w modlitwie i sprawi, że zwyczajnie (albo i niezwyczajnie) zbliżysz się do Pana Boga.

Moje realne życie z Bogiem zaczęło się w dwa tysiące siódmym roku. Co mam na myśli, kiedy mówię „realne”?

My, katolicy w Polsce, jesteśmy dość dobrze wyszkoleni, jeśli chodzi o pobożność w znaczeniu regularnego spełniania praktyk religijnych. Chodzimy o kościoła co niedzielę, czasem się modlimy, bywa, że korzystamy z sakramentów. Być może wielu z Was właśnie tak żyje. Tylko że ta nasza pobożność niestety czasem jest dość daleko od naszego serca. Jesteśmy wyszkoleni do życia w religii, a nikt nam nie pokazał, jak żyć wiarą. Próbujemy naturalnie uczyć tego młodzież na lekcjach katechezy, ale praktyka pokazuje, że nie zawsze to działa. Do czego zmierzam? Otóż każdy chrześcijanin musi mieć taki moment w swoim życiu – moment, dodajmy, zwrotny dla jego duchowego życia – w którym zrozumie, że Bóg jest realny. Nie wiem, czy już tego doświadczyłeś. Czy doświadczyłeś, że On dotyka Twojego serca, że On dotyka Twojego życia, że On JEST. Czy świadomie podjąłeś decyzję, że chcesz za Nim iść.

Jesteśmy wyszkoleni do pobożnego życia. Ale czy naprawdę żyjemy wiarą?

Ja taki moment przeżyłem właśnie w dwa tysiące siódmym roku i chcę Wam powiedzieć, że to była absolutna rewolucja. Zupełna wywrotka, której na dodatek kompletnie się nie spodziewałem. Ba... Nie miałem żadnych oczekiwań w tym temacie.

Wracałem z meczu, gdyż – jak już pisałem we wstępie – trenowałem piłkę nożną, kiedy zadzwoniła moja mama i mówi: wiesz, Marcin, wieczorem będzie czuwanie modlitewne. Może chciałbyś pójść, bo my z tatą idziemy. A ja jej na to: co to w ogóle za pomysł! Raz może byłem gdzieś na jakimś spotkaniu oszołomów modlących się z podniesionymi rękami. (Dzisiaj sam jestem takim oszołomem, ale wtedy w ogóle tego nie rozumiałem. Nie wiedziałem, o co chodzi, patrzyłem, ale nie uczestniczyłem we wspólnej modlitwie).

Na tym czuwaniu był ksiądz, którego kojarzyłem z niedzielnych Eucharystii (uczestniczyłem w nich wówczas, stojąc z tyłu za filarem). Pamiętam, że za każdym razem, kiedy wychodził za ambonę, by przepowiadać Boże Słowo, „świeciły mu się oczy”. Uderzała mnie jego autentyczność, to, że mówił o Bogu, którego można spotkać naprawdę, a nie w przenośni albo przypowieści. Mimo że moje życie nie zmieniało się, ziarno Słowa padało na glebę mojego serca i bez mojej świadomości pracowało we mnie. Tamtego wieczoru zapragnąłem Go słuchać, mimo że nie oczekiwałem żadnych zmian ani przełomów.

Na spotkaniu wspomniany ksiądz powiedział jedno zdanie, które mocno utkwiło mi w pamięci: „Możesz przez całe życie chodzić do kościoła, a nigdy nie doświadczyć spotkania z Bogiem, możesz być tak blisko, a jednak tak daleko”. A potem zaproponował, że jeśli ktoś takiego spotkania nie doświadczył, to niech wyjdzie na środek kościoła, a on o takie spotkanie się pomodli.

Możesz przez całe życie chodzić do kościoła, a nigdy nie doświadczyć spotkania z Bogiem.

Wyszedłem. W ogóle nie zastanawiałem się, po co to robię, nie miałem żadnych oczekiwań. (Bo wiecie, niektórzy przychodzą na tego typu spotkania z nastawieniem, że musi się coś stać). Powiedziałem sobie jednak w sercu, że jeśli Bóg jest taki, jak twierdzi ten ksiądz, jeśli te wszystkie świadectwa, którymi się dzieli, są prawdziwe, to ja chcę takiego Boga spotkać. Tak więc wyszedłem na środek i pierwszy raz w życiu pomodliłem się: „Jezu, jeżeli JESTEŚ, jeżeli to, co mówi ten ksiądz, jest prawdą, ja chcę w to wejść, chcę spróbować, chcę sprawdzić, chcę tego doświadczyć. Oddaję Ci dzisiaj całe moje życie. Ale pokaż mi, że JESTEŚ”.

To było bardzo ryzykowna modlitwa. Oddałem Bogu wówczas całe sto procent. Nie osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt, tylko sto. I wiecie, co się w tym momencie stało? Nic. Wróciłem do ławki. Nie otworzył się dach świątyni, piorun we mnie nie strzelił. Na efekty musiałem poczekać – nie tak znowu długo, bo raptem godzinę.