Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Trupi bieg - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
22 lutego 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
24,00

Trupi bieg - ebook

Bohaterowie psychothrillera węgierskiego prozaika Benedeka Tottha to grupa nastolatków trenujących wyczynowo pływanie. Łączą ich szkoła i sport, dzieli status materialny. Ich życie jest puste, pozbawione treści i radości. Pełna seksu i przemocy opowieść, mimo zabawnych dialogów, nie rozśmiesza. Wszystko jest tu kompulsywnym działaniem, którego celem staje się zapomnienie albo irracjonalna rywalizacja. Chłopcy są przyrównywani do rekinów, które nie mogą przestać płynąć, bo wtedy duszą się i martwe idą na dno. Jednak w przypadku bohaterów Tottha ten niepowstrzymany życiowy pęd – za narkotycznym odurzeniem, pornograficznymi doznaniami i coraz okrutniejszymi żartami wobec słabszych – zamienia się w „trupi bieg”, a oni sami albo przegrywają i rzeczywiście idą na dno, albo stają się żywymi zombi.

 

Spis treści

Dzik

Sześcian ciszy

Rekiny

Pearson Lloyd

To ty, Balázska?

CSI

4 x 200

4 x 100

Siostra Zoliki

Wiadukt

Defekator

Dać nurka

W stu procentach kolumbijskie

Niki

 

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67249-45-4
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DZIK

Suniemy no­wym ob­jaz­dem, Kacsa na­gle od­wraca głowę i pyta, gdzie my, kurwa, je­ste­śmy, ale wszy­scy stu­lają ryje, bo albo nie mają zie­lo­nego po­ję­cia, albo nie chcą pal­nąć głu­poty, albo pró­bują wy­pro­wa­dzić wszyst­kich w pole, że­by­śmy jesz­cze bar­dziej za­błą­dzili. Ja też nie znam tych oko­lic, w do­datku w strasz­nej chla­pie ni­czego nie wi­dać, a prze­cież sam bym się cie­szył, gdy­bym wie­dział, gdzie je­ste­śmy, bo ina­czej do usra­nej śmierci nie do­wle­czemy się do domu.

– To tam to nie rzeź­nia? – po­ka­zuję przy­po­mi­na­jący dzika wielki fa­bryczny bu­dy­nek, a Kacsa tylko duka: Niby gdzie, kurwa jego mać?, ale na próżno się od­wraca, po chwili je­ste­śmy za wiel­kim dźwię­ko­chłon­nym mu­rem i wszystko się roz­ciąga, jak w Gwiezd­nych woj­nach, kiedy przy­spie­szają do pręd­ko­ści świa­tła. Kacsa ma w so­bie coś z Har­ri­sona Forda, zwłasz­cza gdy w pół­mroku wi­dzę go od tyłu. Za­wsze on pro­wa­dzi, choć nie ma prawa jazdy, po­ży­czył od Mi­siego. Misi to jego cio­teczny brat i na fo­to­gra­fii są cał­kiem po­dobni. Nie ku­mam, skąd gów­niarz skom­bi­no­wał pa­piery, w le­cie do­piero skoń­czy szes­na­ście lat, ale jesz­cze ni­gdy nie za­li­czyli wpadki. Nie są­dzę, żeby Kacsa miał w przy­szło­ści swoje prawko. Trzy razy z rzędu ob­lał z prze­pi­sów, choć oj­ciec dał eg­za­mi­na­to­rowi w łapę.

Je­dziemy sa­mo­cho­dem Kacsy. Stary lis, nie chciał się przy­znać, że wziął od ojca, a prze­cież wiem, że mu za­je­bał. Oj­ciec Kacsy jest w po­rzo, ale nie ma lipy, żeby ot tak po pro­stu dał sy­necz­kowi trzy­stu­konną brykę za sto mi­lio­nów. Kacsa jedną rękę trzyma na kie­row­nicy, drugą grze­bie w tor­bie z McDo­nalda, ze znu­dzoną miną wy­ciąga Big Maca i wpy­cha ca­łego do gęby. Zwię­dłe li­ście sa­łaty spa­dają mu na spodnie. Zo­lika po­chyla się, chyba chce o coś za­py­tać, pró­buje wy­su­nąć głowę po­mię­dzy dwoma przed­nimi fo­te­lami, z im­pe­tem ude­rza o za­głó­wek. Za­wsze jest taki na­krę­cony, co­kol­wiek by pa­lił czy ły­kał. Nie wiem, jak działa na niego al­ko­hol, bo ni­gdy nie pije. Ostroż­nie się po­chy­lam, żeby spoj­rzeć po­nad ra­mio­nami Kacsy i zer­k­nąć na pręd­ko­ścio­mierz, ale wi­bru­jący nie­bie­skim bla­skiem rząd cy­fe­rek znika z ta­blicy i wi­dzę tylko, że za­czyna się od trójki albo ósemki. W ka­bi­nie kłębi się gę­sty, lepki dym, jak­by­śmy sie­dzieli w gi­gan­tycz­nej wa­cie cu­kro­wej. Kacsa pa­trzy na swoje uda, pró­buje zrzu­cić na pod­łogę ka­wałki sa­łaty, i tak długo przy nich grze­bie, aż resztki sosu roz­ma­zują się na spodniach.

– Wy­pier­dolę, kurwa mać, w po­wie­trze tego je­ba­nego Bur­ger Kinga! – wy­bu­cha z wście­kło­ścią.

– By­li­śmy w McDo­nal­dzie – za­uważa ci­cho Zo­lika, ude­rza­jąc się w czoło.

– Za­srana róż­nica – od­war­kuje Kacsa.

– Nie na­krę­caj się! – uśmie­cha się Bója z ka­mienną twa­rzą. – Ze sztucz­nej skóry zmyje się bez pro­blemu.

Bója gra w piłkę wodną i dla­tego tak go na­zy­wają, bo nie można go we­pchnąć pod wodę. Sto pięć ki­lo­gra­mów sa­mych mię­śni. Chło­paki z klasy ma­te­ma­tycz­nej tak na­zwali jed­nostkę miary. Bója pierw­szy miał owło­sie­nie wo­kół ptaka.

– Z ja­kiej, kurwa, sztucz­nej skóry? – od­gryza się ura­żony Kacsa.

– Ze sztucz­nej skóry, ta­kiej jak w po­ciągu – od­po­wiada Bója.

– Pierdu, pierdu – Kacsa nie od­pusz­cza, ale z tru­dem udaje mu się po­wstrzy­mać śmiech.

Bója za­do­wo­lony z sie­bie roz­siada się na fo­telu pa­sa­żera, jak gdyby wy­le­gi­wał się na le­żaku, środ­ko­wym i ser­decz­nym pal­cem za­ci­ska ża­rzą­cego się gru­bego skręta. Też jest zdrowo zja­rany, z tru­dem ła­pie po­wie­trze i uśmiech­nięty gapi się przed sie­bie, ni­czym wielki żółty ba­nan. Wła­śnie chcę za­cząć li­czyć, jak długo wy­trzyma bez po­wie­trza, kiedy na­gle, ni­czym wy­bu­dzony z głę­bo­kiego snu, spo­gląda na jo­inta, za­ciąga się ze sma­kiem i wy­pusz­cza­jąc dym pod nogi, po­daje im skręta. Ra­mię wy­dłuża mu się jak In­spek­to­rowi Ga­dże­towi.

– Dzięki-dzięki-dzięki – duka Zo­lika. – Już my­śla­łem, że bę­dziesz sam jar... jar... aż do­je­dziemy. – Plą­cze mu się ję­zyk, pró­buje jesz­cze raz, ale nie daje rady i wy­rywa Bói skręta. Je­stem mu wdzięczny, bo nie mu­szę ru­szać się z miej­sca, gdy mam chęć po­cią­gnąć. Zo­lika szybko za­ciąga się raz po raz, a kiedy wyj­muje skręta z ust, bi­bułka przy­le­pia mu się do warg i pęka. Mija cała wiecz­ność, za­nim pa­pie­ros znaj­dzie się w mo­ich rę­kach, a jed­nak się nie spie­szę. Chcę się roz­ko­szo­wać każdą se­kundą. Ostroż­nie wy­gła­dzam bi­bułkę, tur­lam w pal­cach cie­płego skręta. Kiedy się za­cią­gam, dra­pie mnie w gar­dle. Znów do­dali za dużo ty­to­niu, dla­tego jest taki gruby, nie z po­wodu trawy. Kacsa cy­ko­rzy się, że oj­ciec wy­czuje za­pach ma­ry­chy, choć wy­daje mi się, że by się nie po­znał i na­wet nie bę­dzie się przy­pier­da­lał, że pa­limy. Stary też za­wsze pro­wa­dzi z fa­jo­rem w zę­bach.

– No i co z tego? – pyta Bója, marsz­cząc czoło. Po­woli ce­dzi słowa, jak w te­le­wi­zyj­nych pro­gra­mach o zdal­nym le­cze­niu so­bo­wtór Buda Spen­cera wci­ska­jący kit eme­ry­tom.

– Ha­ska, niga’ – od­po­wiada Kacsa. Kilka mie­sięcy temu za­du­rzył się w ja­kimś ze­spole gra­ją­cym na pro­win­cji gang­ster­skiego rapa, te­raz też oni drę­czą nas z gło­śni­ków, i od tam­tego czasu, jak so­bie za­pali, bez prze­rwy coś bre­dzi o Mu­rzy­nach, i na­wet udaje mu się ga­dać do rymu.

– A ja mó­wię o Big Macu – Bója mruży oczy. Szczy­pią go od dymu.

– O Big Macu? – pyta Kacsa.

– No – Bója po­pija colę i czka­jąc, do­daje: – Śmier­dzi jak gówno. – Umie tak po­wie­dzieć na­wet cał­kiem dłu­gie zda­nia. Wiel­kie ma nie tylko płuca, ale i żo­łą­dek.

– Jak jesz­cze raz się we­tniesz, wy­sia­dasz – usztyw­nia się Kacsa.

Bója le­ni­wie ob­raca w kubku kostki lodu, nic go nie ru­sza, wie, że to tylko nie­groźne po­gróżki. Kacsa usta­wił skrzy­nię w try­bie drive i boi się zwol­nić. Nie ma mowy, żeby za­trzy­mał się na tym pust­ko­wiu tylko po to, żeby wy­sa­dzić Bóję. Na słowo „gówno” przy­cho­dzi mi na myśl pu­enta, ale mam chrypkę i nim udaje mi się do­być głos z gar­dła, Bója ry­czy na ca­łego, a ja za­po­mi­nam, co chcia­łem po­wie­dzieć.

– La­ski... – ry­czy, ude­rza­jąc o sie­bie ko­la­nami. – La­ski... – dusi się ze śmie­chu, aż łzy na­pły­wają mu do oczu. – ...ma­czały... – chwyta po­wie­trze – ...w ke­czu­pie... – I jesz­cze coś mówi, chyba że, że tam­pon, ale nie ro­zu­miem do­kład­nie, bo po­chli­pu­jąc, ociera łzy. Pa­trzymy na niego z Zo­liką, nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem, a on zerka na Kacsę i po chwili od­wraca się zdzi­wiony. To po­rządny chło­pak, ale cza­sami mar­twię się o niego. Albo z jego po­wodu.

– W Macu nie dają z ke­czu­pem – od­zywa się Zo­lika – ale z ta­kim spe­cjal­nym so­sem ro­bio­nym na pod­sta­wie se­kret­nego prze­pisu. – Wy­ma­wia przez A, ke­czap. Zo­lika ma ro­botę w McDo­nal­dzie, wie, o czym mówi.

– Pier­dol się, kurwa... – Kacsa urywa w pół zda­nia i spo­gląda na ostatni kęs Big Maca, który ści­ska po­mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym. Bója znów ry­czy ze śmie­chu, a Kacsa się wścieka. Wi­dzę w lu­sterku jego wy­krzy­wioną ze zło­ści twarz.

– W go­dzi­nach pracy nie czo­chramy freda – broni się ura­żony Zo­lika.

Ściem­nia. Wszy­scy czo­chrają freda.

Kacsa po­mru­kuje i wrzuca do po­piel­niczki resztki Big Maca.

Przez chwilę nie gra mu­zyka. Ci­cho mkniemy w noc­nych ciem­no­ściach. A kiedy za­czyna się ko­lejny utwór, Bója pyta:

– Ty, Zo­lika, co to była za szpry­cha?

– Która?

– Ta ruda przy au­to­ma­cie z lo­dami – od­po­wia­dam, a Bója tylko przy­ta­kuje. Mnie też wpa­dła w oko. Nie ro­zu­miem, dla­czego z ta­kim cy­cem za­suwa w Macu.

– To nie były lody – po­pra­wia mnie Zo­lika. – Tylko McFre­eze, z cze­ko­la­do­wym albo tru­skaw­ko­wym so­sem.

– Ja­sne, Zo­lika, McFre­eze – przy­ta­kuje Bója men­tor­skim to­nem. – Le­piej opo­wiedz o tej la­sce. – Zo­lika sie­dzi ci­cho. Bója od­wraca się, jego źre­nice są czarne ni­czym je­zioro w ko­palni. – Dziab­nął­byś ją, no nie?

Zo­lika traci re­zon, za­czyna się ją­kać, nie ro­zu­miem ani słowa, a po­tem znów mil­czy.

– Tą rudą z wielką mle­czar­nią? – Kacsa włą­cza się do roz­mowy. – Też bym ją po­su­nął – do­daje z wa­riac­kim uśmie­chem i niby przez przy­pa­dek uru­cha­mia wy­cie­raczki. Klnąc, szuka wy­łącz­nika, miga to na prawo, to na lewo, świeci re­flek­to­rami, z krza­ków jak gdyby wy­ła­nia się ja­kieś zwie­rzę, sarna albo dzik, w końcu przed­nią szybę za­lewa płyn do wy­cie­ra­czek. Bója ma już do­syć ta­kiej nie­udol­no­ści, sięga ręką przed oczyma Kacsy i wy­łą­cza wy­cie­raczki. Przez owady roz­ma­zane na szy­bie nic nie było wi­dać, te­raz płyn ścieka po szy­bie. Bója znów włą­cza wy­cie­raczki. Je­dziemy, a ryt­micz­nie po­ru­sza­jące się ra­miona wy­cie­ra­czek hip­no­ty­zują Kacsę. Jego głowa w jed­no­staj­nym ryt­mie po­ru­sza się od pra­wej do le­wej. Wy­su­wam się do przodu, po­kle­puję Bóję po ra­mie­niu, a kiedy się od­wraca, wska­zuję na Kacsę. Na szczę­ście Bója szybko kuma, o co cho­dzi, i wy­łą­cza wy­cie­raczki. Za­czyna ma­chać ręką tuż przed twa­rzą Kacsy, który na­gle po­trząsa głową i wy­bu­dza się z transu.

Chwilę wcze­śniej chcia­łem coś po­wie­dzieć o tam­tej ru­do­wło­sej dziew­czy­nie albo o sa­ła­cie, ale nie pa­mię­tam, czy w końcu się ode­zwa­łem, czy tylko wy­daje mi się, że coś po­wie­dzia­łem. Przez mo­ment my­ślę, że tylko mi się wy­daje, że coś mó­wi­łem, po czym na­gle przy­po­mi­nam so­bie, co chcia­łem po­wie­dzieć, albo co mi się wy­da­wało, że chcia­łem po­wie­dzieć, i wtedy już nie mam ochoty nic mó­wić. Pod­no­szę głowę, re­flek­tory oświe­tlają wielką ta­blicę ze zna­kiem na­ka­zu­ją­cym za­trzy­ma­nie się, przed­sta­wia­jącą fos­fo­ry­zu­jącą dłoń wiel­ko­ści czło­wieka. Nie chce ba­wić się z nami w łapki, co do tego można mieć pew­ność. Kacsa nie za­uwa­żył pasa albo nie zna tego znaku. Pew­nie nie było go na za­ję­ciach, kiedy prze­ra­biali znaki dro­gowe. Szara szosa błysz­czy od wil­goci ni­czym wielki nagi śli­mak. Cią­gle przy­cho­dzą mi na myśl ta­kie głu­poty. Kie­dyś za­ko­si­li­śmy Cy­ga­nom cały wo­rek śli­ma­ków, za­nie­śli­śmy pod go­spo­dar­stwo ja­kie­goś ogrod­nika i prze­rzu­ci­li­śmy przez ogro­dze­nie, niech so­bie ścierwa pod­je­dzą. Przez kilka dni cho­dzi­łem tam, cały czas na bra­mie wi­siała ta­bliczka, że do od­wo­ła­nia z po­wo­dów tech­nicz­nych nie pro­wa­dzimy sprze­daży. Dziwne, z pra­wej strony za­gro­dzili ta­śmą, choć tak na­prawdę by­łoby wszystko jedno, to wy­marła oko­lica, nikt nie nad­je­dzie z prze­ciwka, na­wet ru­muń­ski tir pro­wa­dzony przez przy­sy­pia­ją­cego kie­rowcę ani ukra­iń­ski mi­kro­bus z za­słon­kami w oknach.

Kacsa znów coś wy­ma­cuje, przy­ci­ska ja­kiś gu­zik, szyba się opusz­cza, a on prawą ręką sięga po resztkę fry­tek i wy­rzuca na jezd­nię. Sa­mo­chód zsuwa się w stronę rowu. Czuję, jak pocą mi się ręce. Moja twarz od­bija się w szy­bie. To nie mogę być ja, nie chcę, i choć ta twarz jest uśmiech­nięta, wy­daje się dzi­waczna. Zbyt stara albo zbyt młoda, sam nie wiem, pa­trzy na mnie, szcze­rząc zęby w uśmie­chu, a prze­cież ja się nie uśmie­cham. Po chwili za­mie­nia się w błysz­czącą czaszkę, wielką śmie­jącą się czaszkę, od­wra­cam się i wbi­jam wzrok w za­głó­wek.

– Trzy­maj się drogi – mówi Bója do Kacsy i za­czyna szu­kać przy­ci­sku, który otwiera szybę. Cią­gle jesz­cze trzy­mam w pal­cach skręta, za­cią­gam się. Bója znaj­duje przy­cisk. Te­raz, kiedy oby­dwie szyby są opusz­czone, w ka­bi­nie czuć dziwny wiatr, moje włosy tną chłodne po­wie­trze. Zo­lika przy­ci­ska dłoń do ucha, bła­ga­jąc, że­by­śmy za­mknęli te okna. Bója przy­ci­ska gu­zik. Szyba su­nie w górę, czuję, jak za­tyka mi się ucho, ale kiedy pró­buję je ode­tkać, ob­la­tuje mnie strach, że pękną mi bę­benki i mózg wy­pły­nie na ze­wnątrz. Po­wiedzmy so­bie, ze sztucz­nej skóry wy­pły­nie z ła­two­ścią. W gło­śni­kach dudni mu­zyka. Albo nad­cho­dzi po­tężna bu­rza. Bója bie­rze ko­ły­szący się na środ­ko­wej kon­soli wielki, pa­skudny pla­sti­kowy ku­bek, który przy­trzy­my­wał ko­la­nami, bo nie mie­ścił się w pod­stawce, wsuwa do ust słomkę, a kiedy pije na­pój, wciąga po­liczki. Pro­du­cenci sa­mo­cho­dów nie mogą na­dą­żyć za po­my­słami fast fo­odów. Ślina zbiera mi się w ustach. Wy­glą­dam przez okno, twarz zni­kła, my­ślę so­bie, że wszech­świat, kurwa, po­sze­rza się z pręd­ko­ścią świa­tła, i jest pewne jak nic, że ja­kaś szybka żar­ło­daj­nia już dawno wy­ku­piła tu wszyst­kie działki, a za­nim przy­będą pierwsi ko­smici, otwo­rzy kilka McSpace’ów, żeby na­tych­miast mo­gli na­żreć się po­dwój­nych bur­ge­rów z dużą por­cją fry­tek i pół­li­trową colą, bo tak naj­bar­dziej się opłaca.

Roz­sia­dam się na środku i śle­dzę pręd­ko­ścio­mierz. Na di­gi­tal­nym ekra­nie roz­my­wają się cy­fry, ale po chwili ob­raz się wy­ostrza i wi­dzę, że pę­dzimy z pręd­ko­ścią sto sie­dem­dzie­siąt sie­dem na go­dzinę. Jak­by­śmy je­chali po pro­stej, choć chyba je­ste­śmy na za­krę­cie. Prze­su­wam się na bok i przy­ci­skam głowę do zim­nej szyby. Kacsa do­daje gazu, to mocny sil­nik, ma do­bry ciąg, wci­ska mnie w skó­rzany fo­tel o ko­lo­rze sraczki. Bak jest pe­łen po brzegi, wszy­scy zrzu­ci­li­śmy kasę. Już, kurwa, ża­łuję, nie chcę zdech­nąć jak nę­dzarz. W ze­szłym roku w le­cie kilku chło­pa­ków z Füredu wy­pier­do­liło z za­krętu przy hur­towni z drzwiami i oknami, wbili się w kil­ku­set­letni dąb, który prze­trwał dzie­siątki burz, dwie wojny świa­towe i bu­dowę drogi. Przed wy­jaz­dem za­tan­ko­wali cały bak dzie­więć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­ok­ta­nową V-Po­wer i wy­le­cieli w po­wie­trze, a drzewo spło­nęło. Na­oczny świa­dek opo­wia­dał po­tem w miej­sco­wej ka­blówce, że jed­nemu udało się wy­do­stać z wraku, pa­liły mu się włosy i całe ubra­nie jak żoł­nie­rzom z Wiet­kongu po ataku na­pal­mem. Za­nim przy­je­chała straż po­żarna i uga­siła pło­mie­nie, ogień stra­wił pięć hek­ta­rów ku­ku­ry­dzy. Znowu za­kręt, a Kacsa nie zwal­nia. Mają kupę kasy, jego stary otwo­rzył nie­dawno obok sie­dziby Kryszny świ­niar­nię z uboj­nią. Wy­znawcy Kryszny za­szyli się w do­li­nie na końcu świata, żeby mo­dlić się od rana do wie­czora do swo­ich krów, a oj­ciec Kacsy na są­sied­nią działkę spę­dził stado man­ga­lic. Chce się do­ga­dać z McDo­nal­dem, żeby sprze­da­wali ham­bur­gery z mięsa man­ga­licy. Kie­dyś po­szli­śmy z klasą oglą­dać rzeź­nię. Obej­rze­li­śmy so­bie rzeź­nię i dół na pa­dlinę zgodne z unij­nymi nor­mami. Rzeź­nik opo­wia­dał, że tu jest tak czy­sto, że można jeść z pod­łogi.

– Kacsa – od­zy­wam się.

– Co jest?

– Zmień bieg.

– Że co?

– Zmień bieg.

Kacsa spo­gląda na drą­żek do zmiany bie­gów. Chwyta w dłoń i wtedy go oświeca.

– Idź, chuju, w pizdu, to au­to­mat.

Se­kundę póź­niej sa­mo­chód pod­ska­kuje, na­gle robi się ci­cho, jak gdyby po­łknęła nas wielka pu­chata be­stia. Czuję, jak re­zo­nują mi bę­benki. Kiedy wsia­da­li­śmy, któ­ryś chyba mó­wił, do­kąd je­dziemy, ale tego już nikt nie pa­mięta. Albo w ogóle nie mie­li­śmy żad­nego po­my­słu. Od kilku go­dzin krą­żymy po mie­ście i oko­licz­nych wsiach, ale w ja­kim kie­runku nie po­je­dziemy, za­wsze do­jeż­dżamy do ulicy Mło­dzieży 48 roku i za­trzy­mu­jemy się po­mię­dzy dzie­się­cio­pię­tro­wymi wie­żow­cami oświe­tlo­nymi żół­tym bla­skiem la­tarni. Same ronda, może za­krę­cić się w gło­wie.

------------------------------------------------------------------------

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: