Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Odkrywanie nowoczesnej Europy - próba archeologii - ebook

Wydawnictwo:
Rok wydania:
2019
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
32,00

Odkrywanie nowoczesnej Europy - próba archeologii - ebook

Ale tajemnicy Königsberga/Kaliningradu nie wyraża osiemnastowieczny filozof Kant, lecz Hannah Arendt, kobieta dwudziestowieczna. Przyszła na świat dwa wieki później, w 1906 roku, jeszcze w „epoce bezpieczeństwa”, ale rychło wciągnął ją wir tego nieszczęsnego stulecia. Widziała zmierzch dnia, którego świt
oglądał Kant. 

„Pierwsza eksplozja – pisze Hannah Arendt o 1 sierpnia 1914 roku – była jakby początkiem reakcji łańcuchowej, której do dziś nie można przerwać… Niczego, co wydarzyło się od I wojny światowej, nie udało się naprawić, żadnemu z nieszczęść, nawet II wojnie, nie umieliśmy zapobiec. Każde wydarzenie miało jakość katastrofy i każda z tych katastrof była ostateczna”.

Karl Schlögel

Od Hannah Arendt, poprzez Paula Celana i Györgya Lukácsa, aż po Siergieja Diagilewa czy Harry’ego Kesslera – Karl Schloegel odkrywa na nowo wspaniałą tradycję europejskiej kultury w dobie kryzysu współczesnego świata.

Spis treści

Wstęp. Genius loci: o duchu miast i duchu Europy

Königsberg – miasto Hannah Arendt

Czerniowce – city upon the hill

Powrót do Czerniowiec

Pierwsze miasto nowego świata. Jak Witebsk na Białorusi na chwilę stał się metropolią modernizmu

Podróż do Brna. Archeologia międzywojennego modernizmu

Ślad Diagilewa w Europie

Na balkonie u Lukácsa. Duch dziejów, historia i miasto

Protokół stulecia. Harry hrabia Kessler: Dziennik 1880–1937

Babi Jar – europejskie miejsce pamięci

Lwiw/Lemberg 2015. Ukraina, Rosja, Niemcy, Europa. Czego nie uczy nas historia

Przypisy

Pierwodruki

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7453-594-6
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp Genius loci – o duchu miast i duchu Europy

Ćwierć wieku już minęło, odkąd zniknęła żelazna kurtyna, a Europejczycy zaczęli się interesować, kto właściwie mieszka po obu stronach okopów zimnej wojny. Historia nie wydarza się w próżni, lecz w konkretnym miejscu. W roku 1989 Europa była teatrem wszystkich tych „historycznych chwil”, którymi kończył się XX wiek, a także sceną, na której pojawiali się aktorzy nowej Europy. Historiografia uwzględnia tę jedność miejsca, czasu i akcji. Opisy miejsc są jednocześnie diagnozami epoki. Europejczycy, którzy tak długo byli podzieleni, zaznajomili się w końcu ze sceną swojej historii i z obszarem, na którym odtąd muszą ze sobą współistnieć. Europa została na nowo poznana i wymierzona. Miasta odgrywały przy tym szczególną rolę, to w nich bowiem zgromadziła się owa masa krytyczna, która doprowadziła do przemian w Europie i miała na nie największy wpływ. Ich place i ulice stały się przestrzenią publiczną, w której znowu pojawiła się wielka, nieznana istota – obywatel. Na korytarzach metropolii kształtował się układ sił nowej Europy, powstawały nowe osie. Tym, czym jest dziś, Europa stała się przede wszystkim dzięki swoim regionom i miastom. To w nich krystalizowały się jej historia, jej kultura, jej witalność – ale też jej katastrofy. To z nich najlepiej można odczytać, co działo się z Europą i jaka jest jej dzisiejsza kondycja. Niewiele jest rzeczy bardziej ekscytujących niż odszyfrowywanie tekstu miast. Odnaleźć tam można tyle warstw, przeplata się tam ze sobą tyle idiomów i stylów, konkuruje ze sobą tyle perspektyw, możliwych jest tyle różnych odczytań. Przede wszystkim jednak – tekst miast ciągle jeszcze powstaje.

Częścią nowego obrazu Europy, jaki Europejczycy stworzyli sobie po roku 1989, była również nowa geografia sztuki, nowa geografia kultury. Na mapie zimnej wojny nie było miejsca dla dawnych centrów Europy. W spolaryzowanej, dychotomicznej Europie nie było Europy Środkowej. Europa i jej regiony są wielką księgą historii, w której można czytać i w której ukazują się zależności, na jakie długo nie zwracano uwagi. W dawniejszej historii wszystko zdaje się jasne: istnieje Europa romantyzmu i gotyku, Europa renesansu i baroku, rokoka i klasycyzmu. Zawirowania XX wieku przez długi czas utrudniały dostrzeganie tego rodzaju zależności. Ale one istnieją: istnieje Europa secesji i bauhausu, istnieje Europa monumentalizmu autorytarnych dyktatorów i Europa miast spustoszonych przez wojnę i ludobójstwo, istnieje modernizm powojenny, który najtrudniej rozpoznać, bo jest nam wszystkim jeszcze zbyt bliski. Nowa Europa, która wyłoniła się z mroków i zawirowań zimnej wojny, zaczęła na nowo odkrywać i definiować swoją jedność i swoje sprzeczności.

Istnieje tyle różnych losów miast europejskich, ile samych miast. Nie da się sprowadzić ich do wspólnego mianownika, możemy jednak wykonać próbne sondowania i wykopy. Królewiec symbolizuje podwójny upadek wielkiego niemieckiego miasta, upadek mieszczaństwa, fizyczne zniszczenie, podwójną ucieczkę i podwójne wypędzenie – najpierw w roku 1933, potem w 1945 – i nie jest chyba przypadkiem, że filozofia wyrosłej w tym mieście Hannah Arendt przez całe jej życie krążyła wokół doświadczeń apatrydów: utraty ojczyzny, ucieczki, wysiedlenia. Czerniowce symbolizują pozytywny aspekt cywilizacyjnej misji Habsburgów w Europie Środkowo-Wschodniej, choć to tamte rejony właśnie Karl Emil Franzos nazwał „Prawie-Azją”. To kosmopolityczna metropolia o wielkiej sile przyciągania, wyjątkowe miejsce narodzin niemieckiej literatury tworzonej przez Żydów, zniszczone potem przez niemieckie oddziały i ich rumuńskich sojuszników, w końcu sprowincjonalizowane na peryferiach sowieckiego imperium. Witebsk, miasto w białoruskiej części terenów zamieszkiwanych niegdyś przez Żydów, stało się na chwilę niezwykłym laboratorium modernizmu, pełnym wyjątkowych talentów, by wspomnieć tylko dzieła Chagalla, Bachtina i Malewicza. Brno, długo pozostające w cieniu Wiednia i Pragi, reprezentuje pomyślność nowej Europy Środkowej powstałej po upadku imperiów, której wyrazem były stabilność i zamożność republiki Tomáša Garrigue’a Masaryka oraz zapierające dech dzieła brneńskiej szkoły architektów lat dwudziestych i trzydziestych. Brno symbolizuje rozkwit, który stłumiony został przemocą pochodzącą z zewnątrz. Babi Jar to nazwa wąwozu w Kijowie, która do niedawna niewiele mówiła większości Niemców, ale też w ogóle Europejczyków: miejsce zagłady kijowskich Żydów, „Holocaustu za pomocą kul”, do którego doszło w pierwszych miesiącach wojny między Niemcami a Związkiem Radzieckim.

Zebrane w tym tomie obrazy miast powstawały na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, ostatni tekst o Lwowie pochodzi z roku 2015, powstał rok po Majdanie i rosyjskiej agresji na Ukrainę. Lwiw/Lwów/Lemberg, miasto polsko-żydowsko-ukraińsko-habsburskie, przez dziesięciolecia pozostające w cieniu żelaznej kurtyny, ponownie pojawiło się w świadomości Europy.

Bohaterowie kolejnych szkiców niewiele mają ze sobą wspólnego poza tym, że wszyscy żyją w Europie XX wieku, doświadczają wojen, rewolucji, wojen domowych, wypędzenia i wygnania. Ich biografie zawierają zupełnie różne miejsca pochodzenia, odmienne drogi życiowe, charaktery i temperamenty. W bardzo różny sposób interesowali się oni historycznymi ruchami swoich czasów, angażowali się w nie lub bywali uwikłani. Jedni raczej aktywnie działali, inni raczej pasywnie doświadczali, jeszcze inni robili zarazem jedno i drugie. Biografie dotyczą nie tylko przebiegów w czasie – od dnia urodzin do dnia śmierci – lecz także ruchów w przestrzeni, czyli stadiów życia. Biografia przemierza obszar pochodzenia, dzieciństwo i lata szkolne, kręgi młodzieńczych przyjaciół, decydujące etapy edukacji i życia zawodowego, okresy osobistego szczęścia i cierpienia. Kolejne okresy życia mogą być naznaczone codzienną rutyną, ale również pełne pęknięć, kryzysów, upadków. Szczególnie ciekawe wydają się nam biografie, w których indywidualny los splata się z „wielką historią”.

Dzięki zestawieniu życiorysów tak różnych sportretowanych w tej książce postaci, żyjących w dwudziestowiecznej Europie, można sobie uświadomić, jak daleko wykraczała już kiedyś Europa poza narodowe granice i prowincjonalne ograniczenia i jak głęboka była przepaść, w jaką runęła w okresie międzywojennym. Siergiej Diagilew reprezentuje kulturę rosyjską u szczytu świetności, kiedy niejako nadawała ton. György Lukács rodzi się w bezpiecznym środowisku budapeszteńskiego mieszczaństwa, potem staje się marksistą, którego intelektualne i artystyczne poszukiwania kończą się na przesłuchaniach przez NKWD na Łubiance, w końcu bierze udział w rewolucji roku 1956 i nawiązuje kontakty z Nową Lewicą w Europie lat sześćdziesiątych – Lukács był jednym z niewielu intelektualistów, którzy byli w stanie wpłynąć również na to, co działo się po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Również hrabia Harry Kessler, „czerwony baron”, symbolizuje losy świata mieszczańskiego w okresie niedoli, kryzysu i upadku Niemiec – Europejczyk par excellence, który w roku 1933 musiał wyemigrować i zmarł na obczyźnie we Francji.

Te sondowania i wykopy nie zostały wykonane po to, by można było wyciągnąć z nich naukę dotyczącą czasów współczesnych, bo ciągle jeszcze aktualne jest to, co powiedział Hegel: „Ale właśnie doświadczenie i historia uczą, że ani ludy, ani rządy nigdy niczego się z historii nie nauczyły i nigdy nie postępowały według nauk, które należałoby z niej czerpać. Każdą epokę cechują okoliczności tak swoiste, każda jest stanem rzeczy tak niepowtarzalnym, że w niej tylko, z niej samej muszą i mogą powstawać wszelkie rozstrzygnięcia. W wirze światowych wydarzeń na nic się nie zda zasada ogólna, na nic porównywanie z podobnymi stosunkami w przeszłości: albowiem spłowiałe wspomnienie przeszłości jest bezsilne wobec bystrego i swobodnego nurtu teraźniejszości” (G. W. F. Hegel, Werke, t. 12: Vorlesungen über die Philosophie der Geschichte, Suhrkamp, Frankfurt/Main 1970, s. 17; wyd. polskie: G. W. F. Hegel, Wykłady z filozofii dziejów, t. 1, tłum. J. Grabowski i A. Landman, Warszawa 1958, s. 10–11). Pozwalają nam jednak przywołać historię, w której wszystko było kwestią otwartą i nie było nic pewnego. I dotyczy to również nas, mamy już bowiem za sobą wiek XX i wkroczyliśmy w zupełnie nową epokę, która być może – jeszcze tego nie wiemy – wcale nie będzie aż tak odmienna od poprzedniego „stulecia skrajności”.

Poznając losy miast oraz indywidualne życiorysy, można dostrzec kruchość, niepewność i delikatność Europy, odwagę i siłę społeczeństwa obywatelskiego, ale też jego słabość. Za sprawą tych sondowań i wykopów z gęstwiny życiorysów wyłania się topografia, którą my, jako urodzeni dużo później, znamy już tylko ze słyszenia: pola bitew, obszary europejskich wojen domowych, linie frontów wojen toczonych przez wielkie ideologie. Całe życie rozgrywa się w tym okropnym zamęcie wojen, rewolucji, konfliktów wewnętrznych i zbrojnych rozejmów, które często były jedynie kontynuacją wojny za pomocą innych środków. Dostęp do wszystkich tych doświadczeń możemy dziś uzyskać, tylko oddając swój głos umarłym, którzy już nie mogą mówić. Idealną sytuacją w tym dialogu między pokoleniami byłaby rozmowa równych z równymi, rozmowa ludzi równorzędnych, którzy się nawzajem szanują, prowadzona z pokorą, bez pouczania i bez zarozumiałości z powodu czyichś późniejszych narodzin.

Mam wielką nadzieję, że niniejsza próba archeologiczna, mająca na celu przybliżenie europejskiego genius loci, ducha Europy i jej miast, będzie interesująca również dla polskiego czytelnika. Za zredagowanie i wydanie niniejszego tomu z całego serca dziękuję Piotrowi Kłoczowskiemu.

Berlin, sierpień 2017

Przełożył Tomasz OsosińskiKönigsberg – miasto Hannah Arendt

Kaliningrad to wielkie miasto, liczące prawie pół miliona mieszkańców. Tutejszy port należy do największych w byłym Związku Radzieckim. Jest tu uniwersytet, kilkanaście szkół wyższych i instytutów, są teatry, stadiony, muzea, kilka dworców kolejowych i lotnisko, wspaniałe parki. Jest jeden z najstarszych ogrodów zoologicznych w Europie. Miasto szczyci się swoim „największym synem”, Immanuelem Kantem, tudzież ogrodem botanicznym i przemysłową obróbką bursztynu, której jest światowym ośrodkiem. Tramwaje i autobusy są przepełnione, jak we wszystkich sowieckich miastach tłum kłębi się w pustych sklepach, wieczorami młodzież oblega nieliczne dyskoteki. Widać tu więcej zagranicznych samochodów niż w Rydze czy Sankt Petersburgu. To marynarze przywieźli je z Antwerpii i Hamburga. Stolicę obwodu kaliningradzkiego, który po upadku ZSRR stał się eksklawą oddzieloną od Rosji przez terytorium Litwy, kryzys byłego imperium dotknął w sposób szczególny. Ten do niedawna zamknięty obszar wojskowy, „sowiecka pięść nad Bałtykiem”, ma się zmienić w strefę wolnego handlu. Miasto przez ponad czterdzieści lat niedostępne dla obcych otworzyło się dla przybyszów. Autokarowe wycieczki po zakupy do Polski są stale wyprzedane. Wodolot dociera do Elbląga w niecałe dwie godziny, do Gdańska – w cztery. Niemieckorosyjskie konsorcjum pracuje na kilka zmian nad uruchomieniem „berlinki”, jak nazywa się tu dziś dawną autostradę do Berlina. Bałtyjsk, dotychczas szczelnie zamknięty, ma zacząć przyjmować statki liniowe. Kaliningrad spogląda na Zachód i zbliża się do Zachodu. Tym samym zarówno miasto, które kiedyś nazywało się Königsberg, jak i cały kraj, który był niegdyś północną częścią Prus Wschodnich, znów pojawiają się na widnokręgu Niemców – bez względu na to, czy oni sami tego chcą, czy nie.

Niewidzialne miasto

Podróżni z Niemiec przybywający do Kaliningradu, czy to samolotem przez Rygę, czy pociągiem przez Wilno, czy wyczarterowanym ekspresem „Königsberg”, który jedzie z Berlina trzynaście godzin, to podróżni szczególnego rodzaju. Ich oczy widzą rzeczy niedostrzegalne gołym okiem dla zwykłych turystów. Znają to miasto, choć jest im całkowicie obce. Szukają wzrokiem czegoś, czego nikt oprócz nich nie widzi. Orientują się w terenie lepiej niż niejeden historyk. Ci obcy opowiadają miejscowym, którzy znają tylko Kaliningrad, o mieście, które tu było, kiedy nie było jeszcze Kaliningradu. Pewność, z jaką ci podróżni poruszają się po obcym mieście, zdradza, że znają je równie dobrze, jak jego mieszkańcy. Zmierzają do celów, które są, choć ich nie ma. Podczas gdy zwyczajni turyści idą zwyczajną ulicą, oni idą po śladach. Podążają tropem, którym nikt za nimi nie pójdzie. Wciąż rozglądają się za czymś, co mogłoby stanowić punkt oparcia w tych niekończących się blokowiskach z wielkiej płyty. Wpatrują się w jakiś budynek, jakby porównując, czy to ten sam, który przetrwał w ich głowie. Spuszczają oczy i zrezygnowani idą dalej, jeśli pamięć nie miała się o co zaczepić. Ich wskazujące coś na horyzoncie ręce szukają stałego punktu odniesienia, który pozwoliłby uporządkować, zorganizować przestrzeń. Największe emocje budzą drobiazgi, bez znaczenia przy odwiedzaniu innych miast: żeliwna pokrywa studzienki kanalizacyjnej, hydrant z napisem „Steinfurt”. Przed powyginaną skrzynką na listy z niemieckimi literami stają jak wryci. Zatrzymują się na zakręcie ulicy, dokładnie w tym miejscu, „gdzie zawsze tak zgrzytało, kiedy tramwaj skręcał”. Pokazują palcem powietrze, w którym nie ma nic. Ale tam właśnie był gabinet dentystyczny albo mieszkanie przyjaciółki. Ich program dnia jest forsowny, bo przemierzają pieszo ciągi ulic, na które nie zabłąka się żaden inny turysta. W sędziwym wieku przebywają raz jeszcze drogę do szkoły, którą chodzili jako dzieci. Tam, gdzie inni niczego się nie mogą dopatrzyć, oni pokazują restaurację Pelikan-Klause. Przy kawie, którą piją w hotelu Kaliningrad, w grę wchodzi coś jeszcze: nieobecność placu Gesekusa, którego miejsce zajmuje dziś hotel. W środku lata mówią o ślizgawce na Jeziorze Zamkowym. Na zboczach starych umocnień im, starym ludziom, przychodzi do głowy, że można by tu nieźle pozjeżdżać na sankach. Rozmawiają o słonicy Jenny i słoniu Hansie z zoo, tak jakby ta para jeszcze żyła. Wymieniają nazwiska, których nikt już nie zna: zabitych starców, uprowadzonych dzieci, zgwałconych kobiet. Mówią o przystankach tramwajowych, których już nie ma, umawiają się na skrzyżowaniach ulic, które od dawna nazywają się inaczej. Odwiedzają cmentarze, które zmieniły się w parki, stoją przed kościołem, który jest dziś teatrem lalek. Jeśli chodzi o mosty, nie liczy się wdzięk architektury, lecz to, że „to był ostatni most”, przez który można było uciec lub po którym przejechał „ostatni pociąg”. Skarpy przy Samitter Allee są takie jak wszędzie, ale kiedyś to one pozwalały się ukryć i ocalić życie albo okazywały się za strome dla wycieńczonych uciekinierów. Piękne, klinkierowe budowle przy ulicy Klinicznej nie przypominają dawnych dobrych czasów, lecz wielkie umieranie rannych, stłoczonych w piwnicach, gdzie jedynymi, ostatnimi już bohaterami byli chirurdzy. Pod wyboistym asfaltem przybysze rozpoznają fundamenty wysadzonych w powietrze domów, w naturalnych zagłębieniach terenu – leje po bombach, a na placach zabaw – zbiorowe groby, do których wrzucano zwłoki. Wiedzą, gdzie jest cukiernia z najlepszym królewieckim marcepanem i kino, w którym zdążyli jeszcze obejrzeć Tygrysa z Esznapuru. Siedząc w taksówce, przemierzają raz jeszcze drogę, którą czarne kłębowisko ludzkie przemieszczało się w kierunku Piławy, ku ocalającemu morzu. Co do odległości, zdarzają się pomyłki: w marszach wokół miasta, zarządzanych po to, by ułatwić rabunek, uczestniczyli ludzie śmiertelnie wycieńczeni, nie zwykli spacerowicze. Nie wszyscy są pewni, kiedy znikła wielka synagoga na wyspie Lomse – to był rok 1938, nie 1944. Topografię przestrzeni, w której poruszają się zwiedzający, wyznaczyła przemoc. Są w niej miejsca odwetu i miejsca „łaskawego losu”, strefy, gdzie o przeżyciu decydowały pochodzenie, zbłąkany pocisk, żądza mordu, alkohol czy posiadanie zegarka. Niebo nad Kaliningradem jest błękitne i bez jednej chmurki, ale w pamięci to miasto, spośród którego mieszkańców w 1947 roku pozostało przy życiu zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy, trwa jakby osmalone, cuchnące rozkładem. Tam, gdzie teraz spacerują, wtedy polowano na ludzi. W Kaliningradzie dominuje prostokąt bloku, w Königsbergu wiosną 1945 roku jak rybie ości sterczą w niebo ruiny. Przybliżony obraz ginącego miasta daje nadrealistyczny model, wystawiony na pokaz w bunkrze pod placem Parad, naprzeciwko uniwersytetu; wykonano go z masy papierowej. Odpoczynek po męczących poszukiwaniach miasta, którego już nie ma, przybysze znajdują tam, gdzie przetrwało ono bez uszczerbku – w zamożnych dzielnicach Amalienau, Maraunenhof, Mittelhufen i Vorderhufen. Tam przynajmniej niektóre ulice nazywają się tak jak wtedy: Schillera czy Händla na przykład.

Na skraju kanionu

Odwiedzający Kaliningrad przybysze z Königsberga żyją z tajemnicą. Wiedzą coś, co wiedzą tylko tacy jak oni, osaczeni pod koniec wojny w Prusach Wschodnich. Wieczorem przesiadują razem przy stolikach w barze przerobionego na hotel statku „Georgi Dymitrow”, który cumuje na Nowej Pregole naprzeciwko giełdy. Może właśnie wrócili z wycieczki w głąb kraju, do Tylży – dzisiejszego Sowiecka – czy Insterburga – dziś Czerniachowska. Oburzają się, że polscy pogranicznicy zawrócili ich na linii demarkacyjnej dzielącej dawne Prusy Wschodnie i że musieli jechać przez Litwę, żeby ze swojej rodzinnej miejscowości dotrzeć do sąsiedniej, leżącej już w Rosji. Rozmawiają o tym, jak czasy się zmieniły. Jeszcze kilka lat temu północna część Prus Wschodnich była niedostępna niczym czujnie strzeżony skarb. Fotografowanie równało się szpiegostwu, choć przecież chodziło tylko o to, żeby odświeżyć spłowiałe obrazy. Stracili swoje miasto, ale kiedy tak mówią o swoim hotelu, swoich podróżach i samochodach, o swoich domach w Niemczech i o pustych sklepach w Kaliningradzie, można się zastanawiać, czy ci przegrani jednak nie wygrali, a zwycięzcy nie ponieśli klęski. Panuje wśród nich bliskość, która nie może polegać wyłącznie na wspólnocie pochodzenia. Tym, co ich jednoczy, jest raczej jedno przełomowe doświadczenie, ta jedna chwila, dla której jest obraz w pamięci, ale nie ma słów. To bliskość tych, którzy uszli z życiem. Czasem pamiętają szczegóły dotyczące pochodu uciekinierów, obozu w Rothenstein, owego dnia w 1947 roku, kiedy ogłoszono wezwanie do wyjazdu, obozu przejściowego w Pasewalk, do którego szczęśliwie udało im się dotrzeć, czy katastrofy tych, co przedostawszy się do Piławy, utonęli w Bałtyku. Ale to są tylko informacje, które nawet w przybliżeniu nie oddają tego, co się wydarzyło. Wywiad nic by tu nie dał. Gdyby ci ludzie chcieli coś przekazać młodszym, pewnie powiedzieliby bezradnie: było tak, jak na zdjęciach z Osijeku i Goražde. Nastąpiłyby nazwy miejsc i opisy wydarzeń, nie – ta jedna przełomowa chwila, kiedy cywilizacja opada z człowieka i staje się on dzikim zwierzęciem. Ów krąg piekła można przeżyć – albo nie. Nie można tego nadrobić, nie udostępni go ponownie niczyja dobra wola. Ten straszliwy przywilej ludność cywilna osaczona w „Festung Königsberg” dzieli z ocalonymi z Warszawy, a ofiary z Witebska – z ofiarami z Gumbinnen.

To, co przybysze z Königsberga przeżywają w Kaliningradzie, można chyba porównać z doświadczeniem turystów na skraju Wielkiego Kanionu. Cokolwiek powiedzą, stojąc na jego krawędzi, wszystko zostaje pochłonięte przez pustkę. Poruszają ustami, ale nie słychać dźwięku. Wyciągają ręce i wskazują coś w oddali, ale to tylko bezradny gest w nieskończonej przestrzeni. Nad przepaścią kołuje samolot, lecz nie słychać nawet warkotu silnika. Kiedy odwracają się od przepaści i znów są wśród ludzi, turystów, straganów z pamiątkami, dzieci, próbują o tym mówić. Ale to, o czym mówią, nie jest już tym, co zobaczyli.

Zarys

Potomnym zostało miasto takie, jakie jest, zostały również teksty: zapiski komendanta twierdzy Lascha i Dziennik z Prus Wschodnich Hansa hrabiego von Lehndorffa, wspomnienia hrabiny Dönhoff i królewieckiego Żyda Michaela Wiecka, raport chirurga Wilhelma Starlingera o życiu i umieraniu Königsberga, dokumentacje ucieczki i wypędzenia. Zwiedzający Kaliningrad są na ogół dobrze przygotowani. Plany miasta są dostępne w różnych wydaniach. Starzy königsberżanie opisali i udokumentowali w wielkoformatowych albumach swoje pierwsze po czterdziestu latach spotkanie z tym miejscem. W samym Kaliningradzie też rośnie zainteresowanie Königsbergiem. Zapiski Lascha ukazały się po rosyjsku w tanim, powielaczowym wydaniu, z „gotyckim” krojem czcionki; można kupić plan miasta z nazwami ulic naniesionymi po rosyjsku i po niemiecku; wyszła też historia Königsberga, kończąca się, zgodnie z prawdą, na roku 1945. Starzy königsberżanie i nowi kaliningradczycy wspólnie tropią ślady zaginionych pomników i bibliotek; w ten sposób zainteresowania tych, którzy stracili swoje miasto, i tych, którzy – na ogół sami wypędzeni – zbudowali nowe, szczęśliwie ze sobą współgrają.

Ktoś, kto nie zna niewidzialnego miasta, trzyma się tego, które widzi. Wędruje po ulicach, uzbrojony w plany przedstawiające te miejsca „przed” i „po”. Dzisiejsze miasto pokazuje mu, co przejęło od dawnego. To prawie nic, a jednak o znaczeniu tak elementarnym, że staje się oczywiste: Kaliningrad to kontynuacja tamtego miasta za pomocą innych środków. Miasto sprzed 1945 roku mogło rosnąć przez siedemset lat, miasto powojenne – przez niespełna pięćdziesiąt. Tamto powstało w dzikiej krainie Prusów, to – w kraju wybombardowanym z rozwiniętej środkowoeuropejskiej cywilizacji i wtrąconym na powrót w barbarzyństwo.

Miasto jest zdefiniowane przez swoje położenie. Stare Miasto, Kneiphof , Löbenicht widoczne są jak na dłoni, w czystym i nagim zarysie. Znikło prawie wszystko, co w ciągu tych siedmiuset lat zdążyło się nawarstwić. Wystarczyło pół roku wojny totalnej. Ramiona Pregoły, spadek terenu między Jeziorem Górnym a rzeką definiują miejsce, którego nawet zabudowa nie może zmienić. Nawet w unicestwionym Königsbergu przetrwał genius loci, i to on, z ukrycia, nadal był reżyserem. Knipawska Długa, wiodąca niegdyś przez gęsto zabudowaną Wyspę Katedralną, pełna sklepów, ustąpiła miejsca wspartej na potężnych pylonach trasie szybkiego ruchu. Ale nawet ta monstrualna trasa, spinająca swym łukiem rozgałęzienie Pregoły i wyspę, nie jest w stanie zniszczyć toposu. Wciąż jeszcze trzeba wspinać się na wzniesienie, gdzie teraz stoi betonowy Dom Rad, a nie, jak dawniej, królewiecki zamek krzyżacki. Trasa zmienia skalę i stosunki przestrzenne. Miasto, przed wojną najbardziej wysunięta na wschód metropolia niemiecka, staje się przez tę nową skalę jeszcze większe. Ta wielka przestrzeń, dawniej neutralizowana przez rozparcelowaną i rozdrobnioną strukturę, przez ciągłe odmiany i dystrakcje, dziś otwiera się przed przybyszem. Ciągów ulic nie przebito w zwartej, pełnej zaułków tkance miejskiej, lecz wytyczono na nowo w terenie, po zniwelowaniu w nim wszelkich ruin – jako przecinające płaszczyznę linie proste. A jednak ta sieć ulic bliższa jest dawnej, niż chcieliby tego budowniczowie nowego miasta. Zostały te same punkty zbiegu. Stojąc nad Jeziorem Górnym i patrząc w dół, ku Jezioru Zamkowemu, natrafiamy na Dom Rad, który, nieznacznie przesunięty, zajął miejsce potężnego zamku. Wyspa Katedralna jest dziś – gdy w oczyszczonej przestrzeni nie widać nic prócz ruin katedry – prawdziwą wyspą. Bastiony i wały forteczne, niegdyś tak charakterystyczne dla Königsberga, teraz, kiedy integrująca je zabudowa przestała istnieć, okazują się prawdziwym kośćcem miasta. Śródmieście, którego zabudowa składa się z monotonnych pięciopiętrowych „chruszczowek”, pomalowanych na żółto, tudzież późniejszej daty wieżowców mieszkalnych z wielkiej płyty, ma jakiś kształt i spójność dzięki – o paradoksie – starym bramom miejskim i bastionom z intensywnie czerwonego klinkieru. Brama Brandenburska, Frydlandzka, Królewska i inne bramy miejskie przy głównych i wylotowych ulicach Königsberga to również bramy wiodące do śródmieścia Kaliningradu. Główne ciągi ulic prowadzą wzdłuż starych wałów, wiele z nich – na przykład Wał Litewski – nazywa się tak samo jak dawniej. Z miasta zostało nie to, czego nie zniszczyły naloty aliantów w nocy z 26 na 27 sierpnia 1944 roku i bitwa o Königsberg. Czterdzieści lat budowania na nowo, które były też latami niszczenia, pokazuje, że nie tylko bomby decydują o tym, co ma przetrwać. Z subtelnej tkanki miasta mieszczan i kupców, z siedzib firm i domów towarowych, z cukierni i księgarń nie zachowało się nic. Ocalało i zostało przejęte to, co najbardziej podstawowe, szkielet.

Żeliwne pokrywy studzienek są tak ważne nie tylko z powodu napisów „Königsberg i. P. ” czy „Steinfurt”, lecz także dlatego, że pokazują, jak niezbędny do życia również miastu budowanemu od nowa był system kanalizacyjny miasta dawnego, choć z drugiej strony nowi budowniczowie uznali, że trzeba zrezygnować z fasad domów niemieckich mieszczan. Nadawało się do użycia to, co reprezentuje ducha „innych Niemiec” – pomnik Schillera, muzeum Kanta – oraz to, co było „neutralne” – monumentalne spichrze przy porcie, gazownia, stocznia Schichaua, zakłady fabryki wagonów Steinfurta. Wyburzono kilka najcenniejszych kościołów – ale kilka godnych podziwu zostało: kościół Królowej Luizy, kościół katolicki, kościół w dzielnicy Rosenau – choć już nie katedry z XIX i XX wieku. Ocalał Dworzec Główny, teraz jeszcze bardziej monumentalny dzięki sąsiedztwu rozległego placu z pomnikiem Kalinina. Klinkierowe budynki przy ulicy Hinterroßgarten i klinikę psychiatryczną przy Starej Szosie Piławskiej oszczędzono nie z szacunku dla pruskiej architektury, lecz dlatego, że chodziło o funkcjonujące, w swoim czasie najnowocześniejsze kompleksy szpitalne, które trzeba było wykorzystać. Przyjemność, jaką sprawia wizyta w zoo, pozostaje niewinna chyba dlatego, że nie zburzono bramy ogrodu. Z najbardziej kompletnym zespołem zachowanych budynków mamy do czynienia tam, gdzie nowa władza przejęła to, co zbudowała dla siebie inna władza – i to w podobnym stylu. Zmieniają się nazwy budowli, ale władza pozostaje władzą. Przy placu Hanzy, alias Zwycięstwa, stoją szary, monumentalny Dworzec Północny (Dom Marynarza), gmachy sądu okręgowego, prezydium policji i ratusza. Pociągi podmiejskie do Rauschen i Cranz nad Bałtykiem nadal odjeżdżają z tego placu. Tam, gdzie kiedyś było wejście na Niemieckie Targi Wschodnie, teraz stoi pomnik Lenina – odwrócony plecami do parku, w którego głębi, wśród drzew kryje się probostwo dzielnicy Tragheim. Ale nawet zrujnowany plac Targów częściowo spełnia funkcje, do jakich był pierwotnie przeznaczony. W miejscu dawnych wałów, wśród resztek zabudowy Niemieckich Targów Wschodnich i w uroczyście otwartym przez Eberta Domu Techniki rozłożył się bazar. Handlują tam arbuzami, markami niemieckimi, złotem, starzyzną. Nieliczne rozsiane po mieście rzeźby – walczące ze sobą żubry przed sądem okręgowym (dla mieszkańców dawnego Königsberga: prokurator i adwokat) czy pochodzący z Tylży łoś w zoo – swoje istnienie zawdzięczają pewnie temu, że chodzi o przedstawienia wolnej od wszelkiej ideologii „czystej natury”. Pozostały niebudzące podejrzeń nazwy ulic: nazwiska kompozytorów w jednej z dzielnic, ulica Ryszarda Wagnera, Wał Litewski. Inne nazwiska, związane z historią Prus, straciły sens i znaczenie: Wrangla zastąpił Czerniachowski, Hindenburga – Bagration. Zachowały się dzielnice Amalienau, Hufen i Maraunenhof z okazałymi willami i domami mieszkalnymi, zmieniły się tylko ich kolory na charakterystyczne dla rosyjskich miast jaskrawe błękity, zielenie, czerwienie. Nic nie zostało z synagogi przy moście Miodowym, stoi za to sąsiedni budynek żydowskiego sierocińca. Wzniesiony w 1924 roku w stylu nowej rzeczowości grobowiec Kanta z wysokimi filarami, pierwotnie oparty o południową ścianę chóru katedry, przetrwał bombardowanie niemal nieuszkodzony, podczas gdy katedra obróciła się w perzynę. Teraz wydaje się, że to ruiny katedry wspierają się o grób Kanta. W ten sposób martwy filozof, choć nie mógł zapobiec szaleństwu, przynajmniej uratował te ruiny.

Miasto bez Hannah Arendt

Przezwyciężenie horror vacui to największy problem zarówno dla tych zwiedzających, którzy znali Königsberg „przedtem”, jak i dla tych, którzy mogli sobie wyrobić obraz miasta tylko na podstawie tekstów i ilustracji. Pustkę można wypełnić materiałem historycznym i ciągami wyobrażeń: założenie miasta przez zakon krzyżacki i czeskiego króla Ottokara II w roku 1255, Königsberg jako ośrodek humanizmu i reformacji pod rządami księcia Albrechta von Brandenburg-Ansbach, fundacja uniwersytetu w 1544 roku, Königsberg w złotym wieku Immanuela Kanta, uchodźców hugenockich i tych z Salzburga. Wyobrażamy sobie biblioteki, których już nie ma: bibliotekę Wallenrodtów w południowej wieży katedry, bibliotekę księcia Radziwiłła, Bibliotekę Królewską. Przywołujemy wszystkich, którzy tu żyli i pracowali: są wśród nich Kristijonas Donelaitis i Käthe Kollwitz, E. T. A. Hoffmann i Tomasz Mann, który miał w pobliżu dom letni nad morzem. Wyobrażamy sobie napór machiny wojennej. Zawsze jednak zostaje coś, z czym nie sposób sobie poradzić. Ktoś, kto oglądał zdjęcia Königsberga leżącego w gruzach po nalocie aliantów w sierpniu 1944 roku, wciąż jeszcze ma przed oczami miasto, ruiny miasta. Natomiast Kaliningrad jest tym, co nadeszło, kiedy tamto przestało istnieć, miastem, które wzniesiono na wymiecionej do czysta płaszczyźnie. Próbujemy uciekać się do dialektyki – ma nam pomóc uporać się z tą tabula rasa. Ale w tym wypadku dialektyka jest tylko trikiem. Königsberg/Kaliningrad leży w kwadracie mapy naznaczonym wojną totalną. To koniec ludzkiej siedziby i jej ponowne ufundowanie na spalonej ziemi. Ten monotonny Kaliningrad powstał po kataklizmie. Jest miastem podwójnie wypędzonych: tych, którzy utracili swoje miasto, i tych, którzy w tym miejscu zbudowali nowe, po tym, jak Mińsk, Homel, Witebsk zostały zrównane z ziemią. Kiedy Kant, który nigdy nie opuszczał miejsca, gdzie się urodził, stwierdza: „…takie miasto, jak choćby Królewiec nad rzeką Pregołą, można uznać za miejsce odpowiednie do poszerzania znajomości tak ludzi, jak świata; gdzie można zyskać tę ostatnią, również nie odbywając podróży”, opisuje zarazem miejsce Oświecenia: „położenie sprzyjające handlowi na morzu”, kontakty z „odległymi krajami o różnych językach i obyczajach”, otwarte na świat, europejskie miasto.

Ale tajemnicy Königsberga/Kaliningradu nie wyraża osiemnastowieczny filozof Kant, lecz Hannah Arendt, kobieta dwudziestowieczna. Przyszła na świat dwa wieki później, w 1906 roku, jeszcze w „epoce bezpieczeństwa”, ale rychło wciągnął ją wir tego nieszczęsnego stulecia. Widziała zmierzch dnia, którego świt oglądał Kant. Ta wnuczka rosyjskich Żydów, emigrantów do Prus, nie ma pomnika ani w Königsbergu, ani w Kaliningradzie. Miejsce, w którym stał jej dom rodzinny, Tiergartenstraße 6 – dziś ta ulica też nazywa się Zoologiczeskaja – niedaleko dobrze zachowanego gimnazjum przy Hufenallee, jest puste; niewykluczone, że dom padł ofiarą powiększania ogrodu zoologicznego. Może trzeba było pochodzić z tak peryferyjnej prowincji Rzeszy Niemieckiej, dorastać w bogatym, mieszczańskim mieście, sięgać korzeniami jeszcze dalej na wschód, by z kryzysu tego mieszczańskiego świata wydedukować potencjał destrukcji, której wybuch nastąpił po załamaniu się mieszczańskich stosunków klasowych i państw europejskich. „Pierwsza eksplozja – pisze Hannah Arendt o 1 sierpnia 1914 roku – była jakby początkiem reakcji łańcuchowej, której do dziś nie można przerwać… Niczego, co wydarzyło się od I wojny światowej, nie udało się naprawić, żadnemu z nieszczęść, nawet II wojnie, nie umieliśmy zapobiec. Każde wydarzenie miało jakość katastrofy i każda z tych katastrof była ostateczna”. Königsberg leżał gdzieś w epicentrum opisywanych przez Arendt katastrof epoki totalitarnej, w której kruszyły się stosunki własności i szalały wojny domowe, w której były miliony zabitych i kolejne miliony bezpaństwowców i wygnanych z ojczyzny. Miasto przeżywało deportacje do Theresienstadt i do Workuty, ulegało żołdakom Ericha Kocha, gauleitera Prus Wschodnich, i srożącej się armii, która pokonała Hitlera. Słuchało w czcigodnej Albertinie najpierw uświadomionych rasowo wykładów Konrada Lorenza, a następnie pogadanek o triumfie świadomości klasowej. Königsberg, jeszcze na początku 1945 roku nieomal wyspa pośród europejskich wędrówek ludów i fal morderczej przemocy, w końcu sam pada ich ofiarą; tym samym europejskie doświadczenie utraty ojczyzny, tak dobitnie sformułowane przez zmuszoną do ucieczki Hannah Arendt, definitywnie stało się również doświadczeniem niemieckim.

Wraz z Königsbergiem zginęło coś więcej niż tylko piękne miasto w cudownym kraju; granica, którą można tam zwiedzać, jest nie tylko stanem faktycznym w rozumieniu prawa międzynarodowego, lecz przebiega wzdłuż linii podziału historycznego i cywilizacyjnego. Spotkanie z Königsbergiem/Kaliningradem jest spotkaniem, które umożliwia ostateczne pożegnanie, ale zarazem jest pożegnaniem, które umożliwia początek po końcu. To punkt krytyczny, który pokaże, czy naród doszedł do ładu ze sobą i swoją historią i czy ma dość siły, żeby akceptację utraty uczynić źródłem czegoś nowego. W Kaliningradzie, jak wszędzie we wschodniej Europie, czekają na europejskie, niemieckie zaangażowanie, na falę jakiegoś go East, a nie tylko na turystykę napędzaną przywiązaniem i żałobą.

Ale w Niemczech nikt nie jest przygotowany na nowy początek, który miałby nastąpić po epoce wojen światowych. Nawet w nieoczekiwanie szczęśliwej chwili zjednoczenia igra się tu z polską granicą, a przeciw niemiecko-czechosłowackiemu układowi o sąsiedztwie, który ma przetrzeć drogę do powojennej Europy, wytacza się roszczenia własnościowe sprzed Wielkiej Wojny. Biedne Niemcy!

Nie inaczej jest z Königsbergiem/Kaliningradem. Postępowa opinia publiczna uparcie trwa w przekonaniu, że trauma wypędzenia i niepowetowanej straty jest wyłącznie sprawą samych wypędzonych; jedno z podstawowych doświadczeń Niemców w tym stuleciu uchodźców staje się w ten sposób czymś egzotycznym, czego nie trzeba traktować poważnie. Funkcjonariusze związków wypędzonych są zainteresowani zarządzaniem traumy, a nie jej przezwyciężeniem; to ich zawód, z którego czerpią zyski. Obie postawy są przeżytkiem. Dla zablokowanego myślenia i środków zasilających przestarzałe instytucje od dawna istnieją nowe pola działania, gdzie warto by było pracować – na przykład Königsberg/Kaliningrad.

1992

Przełożyła Anna WołkowiczCzerniowce – city upon the hill

Czerniowce istnieją naprawdę, nie są jedynie toposem w świecie literatury. Czerniowce to miasto współczesne, ze swoimi dwustu sześćdziesięcioma tysiącami mieszkańców wcale nie takie małe czy nieważne. Swój (jeśli można tak powiedzieć) żywot literacki wiedzie w interpretacjach twórczości i biografiach Paula Celana, poety, który tu się urodził i dorastał; występuje też w wierszach Rose Ausländer, a jeśli ktoś zajmował się Georgem Büchnerem, to wie, że pierwszy wydawca jego dzieł zebranych, Karl Emil Franzos, właśnie w Czerniowcach spędził młodość. Miasto jest tematem obrazów i albumów, wydawanych najczęściej przez ziomkostwa Niemców z Bukowiny, którzy lubią mówić o Czerniowcach jako „mieście niemieckim”. Ale Czerniowce istnieją naprawdę, nie tylko jako wspomnienie czy też tło, czy jako archetyp tego, co utracone. Do Czerniowiec można pojechać.

Nie jest to szczególnie łatwe, trudności pojawiają się bowiem już przy podejmowaniu decyzji, w jaki sposób tam dotrzeć. Na mapie kolejowej w pochodzącym sprzed pierwszej wojny bedekerze po Austro-Węgrzech Czerniowce, co niejako oczywiste, mają swoją niekwestionowaną pozycję: wprawdzie na wschodnim skraju habsburskiego imperium, ale dobrze zintegrowaną z siecią połączeń, która na terenach austriackich i czeskich jest już w tym czasie tak gęsta, że tylko z trudem można rozróżnić poszczególne linie – podczas gdy na galicyjskiej prowincji i na Nizinie Węgierskiej zostało jeszcze sporo niezagospodarowanej przestrzeni. Ówczesne Czerniowce to stały punkt odniesienia, jechało się do nich z Krakowa przez Lwów. Był to również punkt krzyżowania się tras – dla tych, którzy ze Lwowa wybierali się do Odessy albo z Bukaresztu chcieli się udać do Warszawy. Dziś pewnego trudu wymaga już zdobycie mapy, z której można by wyczytać, jak miasto jest usytuowane. Czerniowce leżą tam, gdzie współczesne mapy się kończą. Nie sposób zorientować się w połączeniach.

Czerniowce, niegdyś austriackie, leżą dziś z dala od skurczonej Austrii – daleko poza jej granicami. Mapa rumuńska – w okresie międzywojennym miasto należało przecież do Rumunii – kończy się na granicy, za którą w odległości trzydziestu siedmiu kilometrów zostały dawne Cernăuţi. Na mapie Związku Radzieckiego, nawet na mapie Republiki Ukraińskiej, to maleńkie miasteczko graniczne, ledwo widoczne w gąszczu większych miejscowości i ważniejszych linii. Czerniowce to miasto zepchnięte na skraj map, prawie z nich wykluczone. Jakieś pojęcie o jego położeniu można sobie wyrobić, zaopatrzywszy się w mapę Europy Środkowej, pod wieloma względami niedokładną, lecz co do jednego – lokalizacji miasta – precyzyjną. Trzeba abstrahować od zmienionego przebiegu granic, uwolnić się od perspektywy nowych stolic, by wykryć, gdzie ono leży. I nie chodzi mi wcale o punkt, w którym dwudziesty szósty południk przecina się z czterdziestym ósmym równoleżnikiem.

Dla współczesnych biur podróży, nawet tych, które specjalizują się w takich regionach, zorganizowanie podróży w to miejsce okazuje się zadaniem ponad siły. Komuś, kto wybiera się do Czerniowiec, które dziś nazywają się Czernowcy, radzą jechać pociągiem z Berlina do Brześcia i tam przesiąść się do pociągu na południe. A przecież istnieje linia kolejowa – ten fragment sieci ze starego bedekera jakoś się zachował – z Berlina przez Kraków, Lwów i Czerniowce do Bukaresztu. Rezerwację hoteli musi potwierdzić centrala Intouristu w Moskwie – oddalonej od Czerniowiec o prawie półtora tysiąca kilometrów. Biuro podróży nie może wystawić biletu bezpośrednio do stacji docelowej, bo odcinek do Krakowa podlega kolejom polskim, a odcinek od granicy polsko-radzieckiej – radzieckiej kolei państwowej. Cóż jednak, jeśli się okaże, że w radzieckim pociągu do Lwowa i Czerniowiec brak miejsc – co zdarza się nagminnie – a tu trzeba kontynuować podróż, bo przez Polskę jedzie się tylko tranzytem? Taka podróż od początku przebiega w sposób nieobliczalny, metodą kolejnych przybliżeń z miasta do miasta. Podróżny z trudem przebija się naprzód. Ma przed oczami mapę, wie, jak małą przestrzenią jest Europa, nawet jeśli odległości zostały tak nieskończenie rozciągnięte, czas tak nieskończenie spowolniony. Podróż w tamtym kierunku wymaga przestawienia wewnętrznego zegara, inaczej łatwo stracić nerwy.

Dobrze się zatem składa, że odjazd ma nastąpić z dworca Lichtenberg w Berlinie Wschodnim. Kolejki do stanowisk na przejściu granicznym przy Friedrichstraße, sortujących tubylców na zachodnio- i wschodnioberlińczyków, a resztę petentów na obywateli RFN i przybyszów z innych państw, pełzną tak powoli, że nawet jeśli wyszło się z domu w porę, łatwo spóźnić się na pociąg – choć patrząc z zachodniej części miasta, ma się go w zasięgu wzroku. Dobrze jest przejść odprawę na Friedrichstraße, bo ta terapia szokowa pozwala oswoić się z tym, co czeka nas w najbliższej przyszłości: z posuwającym się milimetr po milimetrze, objuczonym walizami tłumem, z zaglądaniem najpierw do paszportu, a zaraz potem do spisu poszukiwanych, z powolnym, namaszczonym manipulowaniem stemplem i poduszeczką z tuszem, z ważniacką celebrą kontroli dat i walut, z wewnętrznym napięciem, pojawiającym się zawsze, ilekroć czas się tak boleśnie rozciąga. Przekraczanie granicy i tranzyt jako iście prokrustowa metoda wpasowywania się w inny rytm czasu.

W kolejnych dniach pojawią się różne warianty jednej i tej samej gry: zmiany w składzie pasażerów – na trasie z Berlina do Krakowa podróżują wracający do domu Polacy z plecakami i dziećmi; na trasie z Krakowa do Lwowa – rosyjscy turyści, upychający po przedziałach telewizory i dżinsy zakupione na polskim czarnym rynku; na odcinku Czerniowce–Bukareszt – niemal wyłącznie radzieccy Żydzi, którzy wybrali się do Bukaresztu w odwiedziny albo żeby wyjechać na zawsze, polecieć dalej El Alem. Pojawią się warianty zawsze tej samej gry min strażników granicznych, nieodmiennie nieufnych, jak tego wymaga funkcja, ale różniących się narodowym kolorytem. Polacy dadzą odczuć Rosjanom, że za wykupywanie Polski trzeba zapłacić cło w astronomicznej wysokości – okrutna gra z niczego się niespodziewającymi turystami. Na granicy radziecko-rumuńskiej urzędnicy radzieccy demonstracyjnie zlekceważą fakt, że wagon jest pełen emigrantów, bo zdarza się to co wieczór i przestało ich już denerwować; rumuńscy pogranicznicy zaś natychmiast okażą zainteresowanie korzystną wymianą dewiz, przy czym cudzoziemców będą traktować uprzejmiej niż rodaków.

Podróż z Berlina do Czerniowiec to noc spędzona w pociągu jadącym przez Wrocław do Krakowa, podróż przez ciemność, w przegrzanym wagonie, z przedziałami pełnymi młodych ludzi i robotników, jakby Polska była krajem pracy nocnej; to zimne i puste perony w świetle jarzeniówek, zbyt słabym, by rozświetlić ogromne łuki wrocławskiego dworca. To noc na rozedrganych nerwach szyn, noc ciągłego ruchu niekończących się pociągów towarowych, które z katowickiego okręgu przemysłowego jadą w kierunku wybrzeża. Ta trasa do nich należy: raz mijają nas w zwolnionym tempie, tak że można przeczytać napisy na wagonach, to znów nagle wdziera się do przedziału potężny huk, efekt fali uderzeniowej, która poprzedza rozpędzony pociąg.

Kraków jako stacja tranzytowa: w ten późnojesienny dzień taka tu mgła od Wisły, że nawet z bliska nie widać wież kościołów i zamku – tych średniowiecznych drapaczy chmur. To miasto jesiennych ognisk na Plantach; płoną w nich zgrabione liście, w powietrzu unosi się ich woń.

We Lwowie, mieście uroczym, zbudowanym z rozmachem, panuje gorączkowy ruch; można by pomyśleć, że mieszka tu z milion ludzi. Tu również palenie liści przed pompatyczną fasadą hotelu George i dawnego Sejmu Krajowego, jesiennie ogołocony park miejski.

A potem znów noc w pociągu – prawie pół doby na odcinek, który koleje cesarsko-królewskie pokonywały w pięć i pół godziny. Pociąg jedzie za wolno, żeby jego tempo można było nazwać spokojnym, zatrzymuje się na każdym przystanku, a wtedy przez jesienny, deszczowy ranek widać budynki stacji, już nie w habsburskim kolorze ochry, lecz jaskrawoczerwone i białe. Lecz przecież nie jesteśmy poza czasem: z głośników w pociągu, nieznośnie rozkręconych, płyną najświeższe doniesienia o dymisjach takich czy innych dostojników w Kazachstanie, o kolejnych rezygnacjach „ze względu na zaawansowany wiek”, o nowej inscenizacji w Moskiewskim Teatrze Majakowskiego. Młodzi ludzie z sąsiedniego przedziału zaczynają się buntować, pomstują na konduktorkę, która zajmuje się wszystkim, tylko nie tym, czym powinna – obsługą pasażerów. W naszym przedziale krzepka blondyna układa do snu męża, który wypił już butelkę wódki, pociesza go, że warto było spędzić dzień na zakupach we Lwowie. Dostaje mi się w prezencie jedna z nabytych tam butelek piwa. Kiedy pokazuję zdjęcia czerniowieckiego ratusza i dawnej synagogi Tempel, zaczynają się achy i ochy. Nic dziwnego, bo jak się wkrótce okaże, w samych Czerniowcach nie sposób zdobyć zdjęcia ani pocztówki z tymi niegdyś najbardziej reprezentatywnymi budowlami. Przybywam do miasta pozbawionego obrazu samego siebie.

Miasto kolonialne

Wydaje się, że to proste, ale jak wyrobić sobie obraz miasta, o którym mówiono i wciąż jeszcze się mówi w tak wielu językach? Czemu jednak nie zacząć od tego, co widzą oczy? Czerniowce to miasto wysmukłe, widzę to już w drodze z dworca do hotelu, który wbrew oczekiwaniom nie znajduje się w centrum, lecz w nowej dzielnicy na dalekich peryferiach. Świeżo wykończony piętnastopiętrowy budynek, w którym mieści się wszystko, co trzeba – bary, restauracje, sauna, sklep z artykułami za walutę – jest tak wysoki, że nocą niemal dotyka księżyca; wypada się cieszyć, że projektanci hotelu i Węgrzy, którzy go zbudowali, zlokalizowali go z dala od właściwego miasta.

Z dworca, który niczym wielki parowy transatlantyk zacumował przy zbiegających się torach – biały, pompatyczny, z ogromną kopułą – taksówka, ściągając cugle, jedzie stromą ulicą Dworcową do centrum, a stamtąd, mijając dawny Rynek, dalej, na przedmieście. Miasto usytuowane jest na wzgórzu, na wąskim grzbiecie, i za sprawą tego położenia ponad doliną Prutu ma w sobie jakąś lekkość i wdzięk. Nie jest zamknięte w kotle, stłoczone ani ściśnięte, jak wiele miast średniowiecznych, lecz rozrzucone lekko i z rozmachem, rozpostarte jak dywan. Tylko w pobliżu Rynku wyrasta zabudowa licząca od trzech do pięciu pięter – i tu jest to typowe miasto z XIX czy początku XX wieku, ciasne, każdy metr powierzchni wykorzystany, fasady ostro z sobą konkurują.

To miasto na wzgórzu, city upon the hill, do którego trzeba się wspinać. Ale samo wzgórze to tylko jedno z pofałdowań kończących się tu Karpat – z różnych punktów miasta można oglądać pagórki i wzgórza po drugiej stronie. Ten krajobraz żyje w wierszach Rose Ausländer:

Zielona matko

Bukowino

z motylami we włosach

Pij

mówi słońce

czerwone mleko arbuza

białe mleko kukurydzy

jam je osłodziło

Fioletowe szyszki sosen

skrzydełka nasion

ptaki i listowie

Grzbiet Karpat

po ojcowsku

zaprasza

chce cię ponosić

Cztery języki

pieśni w czterech językach

Ludzie

którzy się rozumieją¹.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: