Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Po drugiej stronie rozmiaru - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
1 sierpnia 2014
Ebook
37,00 zł
Audiobook
49,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Po drugiej stronie rozmiaru - ebook

Rok 2049. Od prawie trzydziestu lat trwa wojna między ludźmi i krasnalami. Zniszczona została cała powierzchnia planety. Jeszcze tylko nieliczne punkty oporu trwają w zrujnowanych miastach i nielicznych skrzatowiskach znajdujących się głęboko pod ziemią. Promieniowanie radioaktywne zamienia ludzi i skrzaty w mutantów.

Obie strony przygotowują się do zadania ostatecznego ciosu. Ludziom udaje się skonstruować maszynę minimalizującą człowieka do wielkości skrzata. Pomniejszeni w ten sposób zwiadowcy wyruszają z zadaniem przedarcia się na terytorium wroga. Ale i druga strona przygotowuje dla ludzi niespodziankę...

Tymczasem pojawia się trzecia siła – nowy, groźny gatunek, chcący wykorzystać trwającą wojnę do własnych celów.

Czy ludzie i krasnale będą potrafili zjednoczyć się do wspólnej walki z nowym wrogiem?

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7942-378-1
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1 LOLO

Peryskop zjechał w dół, skrzypiąc przeraźliwie. Posypała się rdza. Wszędzie czuło się zapach rdzy, smaru i pleśni. Lolo ujął uchwyt peryskopu i spojrzał w wizjer. Widok, który zobaczył, od kilkudziesięciu dni nie zmienił się nawet na jotę. Tuż nad powierzchnią ziemi unosiła się delikatna mgła, utworzona z toksycznych oparów i kurzu. Rozciągającą się wokoło monotonię pustynnego krajobrazu mąciły jedynie majaczące na horyzoncie zabudowania. Właściwie nie tyle zabudowania, co pozostałości po nich. Ruiny i gruzowiska, które kiedyś były drapaczami chmur, blokowiskami, siedzibami korporacyjnych molochów. Kiedyś dumnie wznoszące się na powierzchni ziemi, teraz swoim wyglądem odstraszały potencjalnych podróżników. To, co niegdyś stanowiło dumę i chlubę ludzkości, teraz było tylko stertą gruzu i jedną wielką ruiną. Lolo ustawił wizjer peryskopu pod innym kątem. Nadal nic nie dostrzegł. Wszędzie widział tylko pustynię i wirujący kurz. Ani śladu żywych istot. Lolo jeszcze raz skierował wizjer w miejsce, gdzie kiedyś dumnie wznosiło się miasto. Również i tam nie dostrzegł najmniejszych oznak życia. Lolo jednak wiedział, że pośród zniszczonych budowli i rozpadających się wieżowców istniało życie. Wróg czuwał. Gnieździł się tam i wciąż knuł. Podobnie jak u Lola i jemu podobnych pod powierzchnią ziemi, tak samo w ruinach miasta trwały gorączkowe przygotowania do kolejnej, tym razem może ostatecznej konfrontacji. Lolo dałby wiele, by móc przeniknąć na terytorium wroga i dowiedzieć się, co tym razem przygotowują okopani w gruzowisku ludzie.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Jego promienie rozświetliły ruiny szklanego drapacza chmur. Odblask na ułamek sekundy oślepił Lola. Obserwator zmarszczył brwi, następnie złożył peryskop. Ponownie rozległ się metaliczny dźwięk, niemiłosiernie drażniący bębenki uszu. Lolo zaklął cicho, otrzepał się z rdzy i kurzu, które posypały się na niego w chwili, gdy składał peryskop.

– Coś nowego? – zapytał siedzący nieopodal Ping.

Podczas gdy Lolo patrzył przez peryskop, Ping monitorował teren przy pomocy detektorów ruchu, które były bardzo gęsto rozmieszczone, co zapewniało dobrą ochronę i natychmiastowy alarm w razie nagłego ataku ze strony przeciwnika.

– Nic – odparł krótko Lolo. – Zupełna cisza. To samo co wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu i miesiąc temu.

– Założę się, że coś szykują – powiedział ponuro Ping, nie odrywając wzroku od monitorów. – Ta cisza trwa już zdecydowanie zbyt długo.

– Wywiad donosi, że wzmocnili system zabezpieczeń. Coraz trudniej przedrzeć się i dowiedzieć, co tak naprawdę knują.

– I jeszcze te koty – parsknął z niesmakiem Ping. – To prawda, że mnożą je na potęgę?

– Są najskuteczniejsze, więc zasadniczo nie ma się czemu dziwić – Lolo wzruszył ramionami.

Rozmowę w maszynowni przerwało wejście Buffa.

– Za pięć minut odprawa wszystkich oficerów w głównym sztabie dowodzenia. Obecność obowiązkowa. Nasz wywiad na coś wreszcie natrafił – powiedział, wykonał szybki w tył zwrot i wymaszerował z pomieszczenia.

Lolo i Ping wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Myślisz, że rzeczywiście na coś wpadli, czy tylko chcą nas poinformować, że ponownie wzrosła populacja kotów w ruinach miasta? – zapytał znudzonym głosem Ping, ziewając potężnie.

– Trudno powiedzieć – odparł niepewnie Lolo, siadając na metalowym taborecie. – Najpewniej zapoznają nas ze statystykami naszych strat, zestawionymi ze stratami przeciwnika. Może szukają nowych ochotników-samobójców, którzy zdecydują się na przedarcie na teren wroga.

– Dwa tygodnie temu wysłali gościa z mojego sektora – powiedział ponuro Ping, przeciągając się na fotelu. Oparł stopy na blacie biurka, a dłonie splótł na karku. – Od tej pory wszelki słuch po nim zaginął.

– Jak się nazywał? – zapytał Lolo, zapalając papierosa.

– Nie pamiętam. Znałem go tylko z widzenia. Pracował w sekcji saperów i był chyba majorem. Twardy typ. Nie chciałbym mieć z nim do czynienia. Był tutaj parę razy z wizytą. Chciał sprawdzić, czy naniesione przez niego współrzędne zainstalowanych ładunków wybuchowych pokrywają się z naszymi danymi.

– I wysłali sapera? – zdziwił się Lolo, wydmuchując dym z papierosa.

– Jak widać – westchnął Ping. – Nikt nie jest już bezpieczny. A może sam się zgłosił? Nie znałem go zbyt dobrze. Spotkaliśmy się zaledwie parę razy, a potem się dowiedziałem, że wysłali go z misją na terytorium wroga.

– I od tej pory wszelki słuch po nim zaginął – spuentował Lolo.

– Mniej więcej – Ping się uśmiechnął. – Poczęstujesz mnie papierosem?

Lolo rzucił mu paczkę Dziarskich. Ping zręcznie chwycił ją jedną ręką. Po chwili obaj palili w milczeniu. Gdy w dłoniach pozostały im jedynie niedopałki, Lolo i Ping zdusili je, następnie bez słowa opuścili pomieszczenie.

Droga do głównego sztabu dowodzenia była dość długa i kręta. Woleli pojawić się wcześniej, niż się spóźnić i narazić generałowi. Maszerowali szybko. Korytarz, którym szli, składał się w głównej mierze z metalowych, niemiłosiernie zardzewiałych rur, kątowników, płaskowników oraz niedziałających już instalacji wentylacyjnych. Podłogę stanowiła stalowa krata, która przy każdym kroku trzeszczała głośno. Korytarze były oświetlone niewielkimi żarówkami, ukrytymi za zakurzonymi kloszami. Żarówki dawały żółte, matowe światło.

Lolo miał już dosyć ukrywania się w podziemnym labiryncie, który pełnił funkcję głównej bazy. Marzył o usianych kwiatami łąkach, szemrzących strumieniach oraz gęstym, zielonym lesie. Jednak dopóki trwał konflikt z wrogiem, opuszczenie podziemnego schronienia nie wchodziło w rachubę. Jedynymi odważnymi, którzy wychodzili z podziemi, byli ci, którzy zostali zwerbowani do misji dywersyjnych na terytorium wroga. Wracali nieliczni. Mając to na uwadze, Lolo nie kwapił się do heroicznych czynów. Było wielu innych, którzy wykazywali się męstwem i odwagą na polu walki. Niestety z dnia na dzień ich liczba wyraźnie malała. Ostatnio Rada Starców osobiście wybierała ochotników, którzy mieli udać się na terytorium przeciwnika. Zdobyte tam informacje mogły zaważyć w kluczowy sposób na dalszym przebiegu konfliktu. Lolo jednak nie rwał się do działań dywersyjnych na nieprzyjaznej ziemi ludzi. Wolał codziennie monitorować pole walki z bezpiecznej odległości i w równie bezpieczny sposób składać raporty na temat sytuacji panującej w obozie przeciwnika, która zresztą już od kilku miesięcy nie zmieniła się nawet na jotę. Oba obozy okopały się na swoich pozycjach i nie przepuszczały przez swoje terytorium żywego ducha. Ostatnio ataki ze strony ludzi ustały, co Rada Starszych zinterpretowała jako moment przygotowywania się do ostatecznej ofensywy. Jednak wrogowi trudno było zaatakować podziemny labirynt, w którym mieszkał Lolo i tysiące jego pobratymców. Baza mieściła się głęboko pod ziemią i przeniknięcie do niej było praktycznie niemożliwe. Ale równie trudne było przedostanie się na terytorium ludzi. Miny, pułapki, detektory ruchu i dziesiątki kotów bezlitośnie rozprawiały się z licznie wysyłanymi śmiałkami, próbującymi przeniknąć na nieprzyjazną ziemię. Wszystko to sprawiało, że od kilku miesięcy działania wojenne tkwiły w martwym punkcie. Obie strony bezustannie, ale niestety bezskutecznie starały się dowiedzieć, co knuje przeciwnik. Otwarta konfrontacja nie wchodziła w grę. Trwała swoista wojna nerwów. Każdy z obozów za wszelką cenę starał się dotrzeć na drugą stronę i zdobyć jak najwięcej informacji o aktualnych planach strategicznych, liczbie wojsk i uzbrojeniu przeciwnika.

Lolo i Ping minęli kilkanaście sektorów i w końcu dotarli do głównego sztabu dowodzenia. To miejsce, w przeciwieństwie do reszty podziemnego kompleksu, lśniło czystością. Wyraźnie było widać, że zamieszkująca ten sektor starszyzna dbała o utrzymanie tego miejsca w należytym porządku. Nie było rdzy, tylko chromowane powierzchnie. Zazwyczaj niedrożne kanały wentylacyjne tutaj buczały cichą muzyką dostarczanego wciąż świeżego powietrza. Nawet wszechobecnego kurzu było tutaj jakby nieco mniej. Przed wejściem do głównej sali odpraw stał Buff i z wyższością spoglądał na przybywających na odprawę oficerów. Gdy mijał go Lolo, na twarzy Buffa pojawił się ironiczny uśmieszek. Ping to zauważył i natychmiast zareagował.

– I co się tak cieszysz, dupolizie?

– A co? – zapytał z wyższością Buff. – Nie wolno mi? Może mi zabronicie? Spróbujcie. Możliwe, że ty i twój koleżka jeszcze dzisiaj wylądujecie na terytorium wroga.

– A pewnie. Bo takie spasione dupolizy jak ty natychmiast po opuszczeniu podziemi padają na zawał. I to ze strachu. Możesz być spokojny, Buff, ciebie nigdy nie wyślą w teren.

– Wal się! – wycedził Buff bez cienia emocji w głosie, patrząc w zupełnie inną stronę. – Już nie mogę się doczekać, kiedy starszyzna wreszcie zadecyduje, żeby was wysłać w ruiny.

– Jeśli nas wyślą, to przynajmniej zginiemy jak bohaterowie, a nie jako karma dla kotów, jak zapewne byłoby w twoim przypadku – Lolo nie wytrzymał i włączył się do pyskówki.

– Wszyscy tak mówią – syknął Buff. – Ale i tak większość kończy jako Whiskas.

– Wiesz co, Ping, wydaje mi się, że Buffowi mogłoby się nawet udać. Bez problemu dostałby się na terytorium wroga – Ping i Buff spojrzeli na Lola zaskoczeni. – Po prostu tak śmierdzi, że nie ruszyłby go żaden kot i tym sposobem bezpiecznie dotarłby do obozu przeciwnika – Ping parsknął śmiechem, zaś Buff nabzdyczył się tylko, następnie ostentacyjnie odwrócił się do nich plecami.

– Nie rozmawiam z takimi prymitywami jak wy.

– Wielki intelektualista się znalazł – parsknął Ping. – Wiadomo nie od dziś, że adiutanci Grimma na wyścigi liżą mu tyłek. Tylko dlatego nie wylądowaliście jeszcze na froncie.

Buff skwitował wypowiedź Pinga wystawionym środkowym palcem, po czym niespiesznie wszedł do sali odpraw, gdzie zaraz miała rozpocząć się narada.

Ping i Lolo odprowadzili grubego adiutanta niechętnym wzrokiem, lecz po chwili ich miny wyraźnie się ożywiły. Z naprzeciwka nadchodził bowiem Duży Bubu.

– Cześć, Bubu! – zawołał wesoło Lolo.

– Mhm – odpowiedział Duży Bubu i uścisnął dłonie Lola i Pinga.

Bubu miał przydomek Duży, gdyż wszystkich przewyższał o głowę. Lolo nie znał nikogo większego od niego. Był on ponadto potężnie umięśniony i niezwykle silny. Plotka głosiła, że udało mu się gołymi rękami uśmiercić kota, choć Bubu nigdy tego nie potwierdził. Jednak Lolo widział na własne oczy, jak Duży Bubu zabił bez większego problemu szczura, tak więc z kotem również mogło mu się udać. Bubu posiadał wiele zalet, ale nie był zbyt rozmowny. Jedynym dźwiękiem, jaki wydawał wielki przyjaciel Lola, było „mhm”, które ten stosował dosłownie w każdej sytuacji i w każdych okolicznościach, stosując tylko odpowiednią artykulację. Jedna z drastyczniejszych wersji dotyczących małomówności olbrzyma głosiła, że szczur odgryzł mu język. Ale czy była to prawda, czy zmyślona przez kogoś plotka, to wiedział jedynie Bubu.

– Wiesz może, co się wydarzyło? Nieczęsto wzywają wszystkich oficerów – zagadnął go Ping, przecierając okulary.

– Mhm – odparł z entuzjazmem Bubu i przecząco pokręcił głową.

– Tak też myślałem – powiedział z uśmiechem Lolo i poklepał kolegę po ogromnym ramieniu. – Chodźmy. Dowiedzmy się, co tym razem wymyśliła starszyzna i na jaki znowu genialny pomysł wpadł Grimm.

***

Główna sala obrad była jednym z największych pomieszczeń, jakie mieścił podziemny kompleks. Znajdował się w niej długi, polakierowany stół, u szczytu którego zazwyczaj siadał przewodniczący Rady Starszych. Tę zaszczytną funkcję pełnił obecnie Sędziwy Puk. Po jego prawicy zasiadał generał Grimm, odpowiedzialny za wszelkie zagadnienia związane z prowadzeniem działań wojennych na terytorium wroga. Po lewej stronie Puka siedział burmistrz Pat zajmujący się funkcjonowaniem i logistyką bazy. W dalszej kolejności zasiadali adiutanci i licznie zebrani oficerowie niżsi rangą. Lolo, Ping i Bubu zajęli miejsca daleko od tak zwanej elity, dzięki czemu w trakcie narady mogli bez większych problemów dzielić się własnymi spostrzeżeniami.

Gdy wszystkie miejsca zostały zajęte, Sędziwy Puk trzykrotnie uderzył drewnianym młotkiem w stół, dając znak do rozpoczęcia posiedzenia. Na sali zapadła cisza. Słychać było jedynie ciche buczenie wentylatora. Podobnie jak Lolo, również i inni zebrani tu oficerowie byli ciekawi, co spowodowało, że zwołano to niecodzienne zgromadzenie. Wszystkie spojrzenia skupiły się na Puku. Ten zaś wstał i nieco zachrypniętym głosem oznajmił:

– Panowie! – głośno odchrząknął. – Panowie! Zapewne zastanawiacie się, dlaczego wezwałem was tutaj. Dzisiejsza odprawa ma charakter nadzwyczajny i wszystko, co tutaj usłyszycie, ma pozostać w tym pomieszczeniu. To, co za chwilę przekaże wam generał Grimm, jest przeznaczone wyłącznie dla uszu oficerów. Z informacji, które za chwilę usłyszycie, do zwykłych żołnierzy nie może cokolwiek przecieknąć. Zapewne dziwią was środki ostrożności, jakie podjęliśmy, ale po usłyszeniu wiadomości z pewnością przestanie was to dziwić. Generale Grimm, proszę o zabranie głosu – powiedział Puk i usiadł ciężko.

Dał się słyszeć odgłos odsuwanego krzesła, po czym wstał generał. Ubrany był w galowy mundur i czapkę, którą teraz zdjął i położył na stole.

– Nadszedł długo oczekiwany przełom – rozpoczął Grimm. – Powrócił jeden z naszych najlepszych agentów. Udało mu się dotrzeć na terytorium przeciwnika i zdobyć informacje, które pozwolą nam przedsięwziąć odpowiednie kroki. Informacje, które mi przekazał, są równie zaskakujące, co groźne. Nie możemy ich lekceważyć, a wręcz przeciwnie, należy jak najszybciej przedsięwziąć odpowiednie środki zaradcze.

– Do rzeczy! Konkrety! – Padło kilka zniecierpliwionych głosów.

– Panowie! – kontynuował generał Grimm. – Zebrałem was tutaj, gdyż nasz podziemny kompleks znalazł się w niebezpieczeństwie. A jeżeli nasz bunkier jest zagrożony, to znaczy, że również i nam grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Jednak nie będę was dłużej trzymał w niepewności. Oto jeden z naszych najlepszych agentów, major Wass, który właśnie powrócił z misji dywersyjno-rozpoznawczej. Panie majorze, zapraszam!

Stalowe drzwi z boku sali uchyliły się z głośnym skrzypieniem. Ping natychmiast rozpoznał wchodzącego sapera. Jednak teraz znajomek wyglądał na o jakieś trzydzieści lat starszego. Twarz miał ogorzałą i poznaczoną siecią zmarszczek. Błękitne oczy były jednak nadal czujne i pełne inteligencji. W poprzek jego twarzy biegła długa, niezagojona jeszcze blizna. Najprawdopodobniej pamiątka po spotkaniu z kotem lub szczurem. Wass miał na sobie szary płaszcz bojowy. Widocznie nie miał czasu, by się przebrać. Oznaczało to, że wiadomości, które miał przekazać, były ogromnej wagi. Przy każdym ruchu majora z jego płaszcza sypał się kurz. Bezceremonialnie rzucił czapkę na stół tuż obok czapki generała. Buchnęła chmura pyłu, która szybko opadła na blat i obie czapki. Grimm nie zareagował. Przybrał natomiast wyczekujący wyraz twarzy. Oczy wszystkich zebranych na sali oficerów skupiły się na majorze. Ten bez wstępów rozpoczął swoją opowieść. Mówił długo i beznamiętnie.

Lolo zrozumiał, że patrzy na żywą legendę. Ktoś, kto powrócił z terytorium wroga i na dodatek przyniósł tak interesujące wieści, z pewnością przejdzie do historii jako bohater. Z jednej strony zazdrościł majorowi chwały, którą zapewne się okryje, z drugiej jednak trochę mu współczuł. To, co Wass przeżył w miejscu, które Lolo znał jedynie z obserwacji przez peryskop, mogło wpłynąć na psychikę. Chociaż jeśli tak było, major nie dał niczego po sobie poznać. To, co mówił, zawierało same konkrety. Bez upiększeń i zbędnych ozdobników. Gdy skończył, na sali zapadła głucha cisza. Na niejednej twarzy można było wyczytać strach.Rozdział 2 FRANK

Koc śmierdział kurzem, moczem i czymś przypominającym pastę do butów. Mimo to Frank się nim okrył. Noce były zimne, a jak mawiał jego przełożony, od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a z zimna już niejeden. Leżał na czternastym piętrze czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było wielkim biurowcem. W miejscu, gdzie niegdyś była ściana, teraz ziała wielka, poszarpana dziura, przez którą Frank mógł bez problemu obserwować okolicę. Uzbrojony w sztucer i lornetkę z noktowizorem monitorował każdy cal rozciągającej się w dole pustyni. Czarny kot położył się tuż przy twarzy mężczyzny i mruczał głośno. Frank na chwilę odłożył lornetkę i go pogłaskał. Ten w odpowiedzi na pieszczotę zamruczał jeszcze głośniej, następnie usnął. Frank ponownie podniósł noktowizor do oczu i zaczął wpatrywać się w mrok. Wiedział, że gdzieś w oddali, pod powierzchnią ziemi mieści się jedno z potężniejszych skrzatowisk, jakie jeszcze pozostały. Ludzkich siedlisk również nie było już zbyt wiele. Przyszła mu do głowy myśl, że ktokolwiek wygra tę wojnę, zostanie władcą niczego. Planeta poza pustynią, kurzem i toksycznymi odpadami nie oferowała niczego więcej. No, może tylko włóczące się bez celu bandy mutantów, którzy atakowali wszystko i wszystkich.

Frank często zastanawiał się nad sensem toczonej od wielu lat wojny. Zaczęła się gwałtownie i podczas pierwszego tygodnia jej trwania z powierzchni ziemi zniknęło osiemdziesiąt procent populacji ludzi. Kolejne kilka procent przestało istnieć w wyniku stoczonych pomniejszych bitew. Wróg był cholernie nieprzewidywalnym przeciwnikiem. Był wszędzie i nigdzie jednocześnie. Nie wiedzieli, gdzie i kiedy uderzy ponownie. Co gorsza, nawet najbardziej zaawansowana technologia wojskowa nie pozwalała wytropić miejsc, w których wróg się ukrywał. Było tylko wiadomo, że znajduje się gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi. Wydano ogromne sumy na projekty i budowę gigantycznych geoskanerów, dzięki którym zaczęto wreszcie wykrywać kolejne ukryte pod powierzchnią ziemi skrzatowiska. Od tej pory szanse na zwycięstwo nieco się wyrównały, jednak wciąż nikt nie potrafił dokładnie oszacować, jakie straty poniósł wróg. Geoskanery po kolei ujawniały nowe kompleksy, w których gnieździł się nieprzyjaciel. Zwycięstwo było już w zasięgu ręki, gdy wróg wpadł na pomysł, który ponownie przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę. Mianowicie masowo wysyłano niewielkie grupy dywersyjne, które w samobójczych atakach zniszczyły wszystkie geoskanery. Brak odpowiednich surowców i sprzętu uniemożliwił naprawę uszkodzonych i budowę nowych urządzeń. Jak dotychczas przeciwnik był zawsze o krok przed nimi. Przewidywał niemal każdy kolejny ruch ludzi. Wróg był dosłownie wszędzie. Rozpoczęła się partyzantka, która z pewnością doprowadziłaby do końca erę człowieka, gdyby nie koty. Okazało się, że te niepozorne i mało doceniane dotychczas zwierzęta świetnie się nadają do tropienia i likwidowania wszędobylskich skrzatów. Ludzie zaczęli rozmnażać koty na niespotykaną dotąd skalę. Na każdego żyjącego człowieka przypadał jeden kot. Nigdzie się bez nich nie ruszano, a każdego chwilowo opuszczonego miejsca zawsze strzegła grupa przeszkolonych specjalnie do tego celu kotów.

Frank wyciągnął z kieszeni munduru pomiętą paczkę papierosów. Wyjął jednego i włożył do ust. Zapalił zapałkę o mur. Maleńki ognik rozbłysnął, by po chwili zamienić się w żarzącą się końcówkę papierosa. Frank zaciągnął się mocno. Skulony obok niego kot mruczał głośno. Był to wyraźny znak, że w pobliżu nie czają się żadne krasnale. Koty wyczuwały je natychmiast. Groźnie wtedy prężyły grzbiety i stroszyły futro, głośno przy tym prychając. Drapieżcy doskonali.

Frank powrócił do obserwacji terenu poza ruinami miasta. Patrząc na otuloną mrokiem pustkę, pogrążył się we wspomnieniach. Przypomniał sobie wybuch wojny, która zmieniła oblicze całej planety. Na początku skrzaty wysłały petycję do przywódców największych mocarstw. Rościły sobie prawo do połowy planety. Żyjąc głęboko pod ziemią, postanowiły w końcu opuścić podziemne kryjówki i przejąć kontrolę nad połową powierzchni Ziemi. Takie przynajmniej były ich pierwsze żądania. Nikt nie brał ich poważnie, chociaż zaskoczenie było bardzo duże. Dotychczas uważano, że rasa ludzka jest jedyną inteligentną formą życia w kosmosie, a co dopiero na Ziemi. A tu proszę, taka niespodzianka. Poszukiwaliśmy inteligentnych form w przestrzeni kosmicznej, a mieliśmy je tuż pod nosem, na naszej własnej planecie. Żaden z krajów nie miał zamiaru oddać części swojego terytorium skrzatom, które nagle wyszły z głębi ziemi i zaczęły rościć sobie prawo do pięćdziesięciu procent powierzchni kuli ziemskiej, wliczając w to również morza i oceany. Ludzkość, jak nigdy, w tym temacie była jednomyślna. Uznano, że powierzchnia planety należy do ludzi, zaś krasnale mają nadal żyć pod ziemią. W odpowiedzi jako pierwsze zostały zaatakowane Nowy Jork, Waszyngton, Pekin i Moskwa. Zostały one przez krasnale zaminowane i wysadzone w powietrze. Dopiero po tej demonstracji siły zaczęto traktować ich żądania poważnie i z większym respektem. Anihilacja kolejnych konglomeracji ludzi ruszyła pełną parą. Bomby atomowe, broń chemiczna i biologiczna nie mogły zaszkodzić przeciwnikowi, który tkwił ukryty gdzieś głęboko pod powierzchnią ziemi. Masowa zagłada rodzaju ludzkiego stawała się powoli faktem. Krasnale i skrzaty triumfowały. Dopiero wynalezienie i skonstruowanie gigantycznych geoskanerów wyrównało szanse ludzi w tej nierównej dotychczas batalii. Jednak nastąpiło to długo po tym, jak z powierzchni ziemi zniknęły największe skupiska ludzi.

W chwili wybuchu wojny Frank miał dziesięć lat. Był rok dwa tysiące dwudziesty drugi. Przebywał wtedy na obozie wędrownym w jakimś lesie czy puszczy. Sam już dokładnie nie pamiętał, gdzie to było. Fakt, że nie znajdował się w tym czasie w żadnym z większych miast, ocalił mu prawdopodobnie życie. Dokładnie pamiętał sensacyjne doniesienia dotyczące upadku kolejnych miast, krajów i na koniec kontynentów. Ludzkość została zepchnięta do defensywy. Rozpętała się wojna totalna. Geoskanery pozwoliły ludziom na pewien czas wyrównać szanse, jednak krasnalom udało się je zniszczyć. Od chwili wybuchu wojny minęło już ponad dwadzieścia lat. Frank był teraz mężczyzną. Jak sięgał pamięcią, w jego życiu poza nieustającą walką z nieprzyjacielem nie istniało nic innego. Bezustanne przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Treningi i szkolenia. Nieprzespane noce. W chwili obecnej nie wiedział nawet, jakimi siłami dysponuje wróg ani ilu ludzi stawia jeszcze opór przeciwnikowi. Świat, dotychczas w miarę spokojny i zjednoczony, z dnia na dzień stał się polem bitwy. Globalną areną działań wojennych. Kto nie potrafił się przystosować, ten ginął. Kto przystosował się słabo, ten również ginął. Pozostali jedynie najsilniejsi i najwytrzymalsi, silni psychicznie. Ci, którzy prócz własnego życia nie mieli nic do stracenia. Ci, którzy mieli po co lub dla kogo żyć, umierali w cierpieniu.

Frank słabo pamiętał swoich rodziców. Od dziesiątego roku życia jego rodzinę stanowili przygodnie poznani rekruci, którzy podobnie jak on przechodzili przez niekończące się szkolenia i wciąż nowe misje dywersyjno-rozpoznawcze. Z czasem zahartował się i przywyknął do surowego reżymu, na który skazani byli wszyscy jemu podobni.

Końcówka wypalonego papierosa poparzyła Frankowi palce. Mężczyzna z cichym syknięciem odrzucił niedopałek i ponownie spojrzał w noktowizor. Daleko na horyzoncie dostrzegł sforę mutantów. Byli jednak tak daleko i wzbijali tyle kurzu, że nie był w stanie rozróżnić poszczególnych osobników. Kot wciąż spał i mruczał głośno. Frank usiadł. Wyjął z plecaka puszkę mielonki i otworzył ją nożem. Kot wiedziony jakimś szóstym zmysłem natychmiast się obudził. Zwierzak spojrzał na Franka z wyrzutem, przeciągnął się mocno i ziewnął. Frank odkroił kawałek mielonki i rzucił kotu. Ten natychmiast zaczął jeść. Frank bez namysłu poszedł w jego ślady. Przełykając mielonkę, która nie miała żadnego smaku, zastanawiał się, czy skonstruowana ostatnio przez ludzi maszyna pozwoli odzyskać planetę. Nie wiedział dokładnie, czym ona jest, ale na podstawie zasłyszanych plotek doszedł do wniosku, że jest to projekt, który może odmienić losy wojny. Na pewno nie był to następny geoskaner, bo w obecnych warunkach nie było ani tyle surowca, ani sprzętu, by skonstruować tak wielką i skomplikowaną maszynę. Żołnierze snuli fantastyczne domysły na temat tego, co mogła wymyślić ocalała garstka naukowców. Frank widział już w swoim życiu dość, by podchodzić do tego zagadnienia z dużą rezerwą. Uważał, że plotki krążące po obozie mogły być celowo spreparowane, by podnieść morale walczących ludzi. Każda tego typu wiadomość rozpalała w ludziach nadzieję, która była paliwem, dzięki któremu mieli siłę walczyć i w ogóle trwać. Podobno najnowszy wynalazek miał zmienić bieg wojny. Niestety, nikt tak naprawdę nie wiedział, co to było i na czym miałby polegać ten cud. Frank też nie wiedział, ale specjalnie nie zaprzątał tym sobie głowy. Od takich rzeczy byli inni. Jego zadaniem było monitorowanie terenu i informowanie przełożonych o jakichkolwiek anomaliach zachodzących w miejscu, gdzie, jak twierdzono, mieściło się skrzatowisko.

Skończył mielonkę i wyrzucił puszkę w mrok. Ta potoczyła się po ukrytych w ciemnościach schodach, robiąc sporo hałasu. Nagle brzęk spadającej puszki utonął w dzikim ryku, dochodzącym gdzieś z dołu. Frank błyskawicznie przypadł do ziemi. W mroku coś się czaiło. Ostrożnie przeładował sztucer i wycelował w miejsce, gdzie przed chwilą niefrasobliwie wyrzucił puszkę. Kątem oka zerknął na siedzącego obok kota. Zwierzak lizał się po łapie, nie zwracając uwagi na dziwaczne zachowanie swego pana. Frank odetchnął z ulgą. Koty bezbłędnie wyczuwały znajdujące się w pobliżu krasnale. Nie mogło to zatem być żadne komando, wysłane na przeszpiegi na teren wroga. Zatem co? Jego zmiennik miał pojawić się dopiero za pół godziny. Sen był tutaj na wagę złota i Frank nie wierzył, żeby ktoś nagle pogardził towarem tak deficytowym.

Nagle z mroku wyłoniła się gigantyczna postać. Facet miał grubo ponad dwa metry wzrostu. Ogromne zwały mięśni blado lśniły w świetle księżyca. Maleńka, tkwiąca pomiędzy linią barków główka przekrzywiła się w geście zaciekawienia. Stwór był nagi, gdyż ze względu na gabaryty nie zmieściłby się w żaden mundur czy uniform. Jego cały ubiór stanowiła podarta przepaska biodrowa, zrobiona z jakiegoś nadgniłego koca. Olbrzym dzierżył w dłoniach młot wielkości dorosłego człowieka. Frank wypuścił z płuc całe powietrze. Kot gdzieś zniknął. Zwierzaki te świetnie nadawały się do tropienia skrzatów, ale wykazywały chorobliwy lęk przed mutantami.

Mutant. Frank gorączkowo się zastanawiał, jakim cudem on tutaj dotarł. I to przez nikogo niezauważony. Obserwatorzy dwadzieścia cztery godziny na dobę monitorowali obszar otaczający to, co pozostało z miasta. Frank nie miał jednak czasu na zastanawianie się. Potwór zwęszył ludzkie mięso i ruszył do ataku. Z ogłuszającym rykiem pędził w stronę leżącego Franka. Mężczyzna spokojnie nacisnął spust i w tej samej chwili opuścił go cały spokój. Zamiast kopnięcia w bark i wystrzału Frank usłyszał jedynie ciche kliknięcie. Sztucer się zaciął. W tymże momencie gigantyczny obuch z impetem wbił się w podłoże kilka centymetrów od jego głowy. Mężczyzna błyskawicznie przetoczył się dwa metry w bok. Obuch ponownie wbił się w beton, tym razem kilka centymetrów od żeber leżącego żołnierza. Frank ponownie się przeturlał, tym razem w przeciwną stronę. Młot mutanta znowu chybił, jednak Frank zdawał sobie sprawę, że w końcu szczęście go opuści i olbrzymi obuch go dosięgnie. Czuł, że szybko opada z sił. Stojący nad nim mutant wściekle ryknął, poirytowany faktem, że już trzecia próba zmiażdżenia ofiary spełzła na niczym. Do pracy młotem dołączył pracę nóg. Nie mogąc trafić swej ofiary młotem, postanowił ją rozdeptać. Tupiąc silnie i wciąż uderzając młotem w betonowe podłoże, mutant wzniecił chmurę pyłu, który utrudnił Frankowi i tak już ograniczoną widoczność. Mógł on jedynie liczyć na łut szczęścia. Kolejny cios minął jego czaszkę dosłownie o centymetr. Następny dźwięk, jaki się rozległ, nie był uderzeniem młota wściekle atakującego go wielkoluda. Był to dobrze znany Frankowi odgłos wystrzału z karabinu AK-47. Pojedynczy i donośny. I zbawienny w skutkach. Maleńka główka napastnika eksplodowała gejzerem cuchnącej brei. Góra mięsa zachwiała się na nogach, po czym bezwładnie runęła tuż obok dyszącego ciężko mężczyzny. Z chmury pyłu wyłonił się człowiek. Frank rozpoznał kolegę z drużyny. Napięte do granic wytrzymałości mięśnie rozluźniły się i Frank miękko opadł tuż obok truchła mutanta.

– Widzę, że się nie nudzisz – usłyszał w mroku głos kolegi.

– Dzięki – zdołał wysapać Frank. Wciąż dyszał ciężko i nie miał siły mówić, chociaż kumpel miał ochotę trochę się z nim podrażnić.

– Nie dziękuj mi, tylko naczelnikowi, który mnie tu po ciebie przysłał. Twoja wachta kończy się dopiero za pół godziny. Przez ten czas twój nowy przyjaciel z pewnością zdążyłby przerobić cię na całkiem pożywny szaszłyk. Na pewno był głodny i zdążyłby cię do tego czasu pożreć.

– Masz mi jeszcze coś do powiedzenia? – wycedził Frank, gdyż nie cierpiał, gdy przyjaciel drwił z niego. Robił to zaś przy każdej nadarzającej się okazji. Podejrzewał, że Mikey będzie mu wypominał utarczkę z mutantem przez najbliższe dziesięć lat. O ile oczywiście im obu uda się tak długo pożyć.

– Naczelnik cię wzywa – oznajmił Mikey już bez ironii w głosie. – Zgłosiłem się na ochotnika, by cię zmienić.

Mikey był wrednym i złośliwym, ale porządnym facetem. Frank zawsze mógł na niego liczyć. Chociaż kumpel często zachowywał się jak typowy wariat, to już nieraz uratował Frankowi dupę z opresji. Zawsze był tam, gdzie powinien. Podobnie zresztą jak i teraz.

– Wiesz, o co chodzi? – zapytał Frank, wstając na nogi.

– Nie wiem, ale mam przeczucie.

– A co takiego mówią twoje przeczucia?

– Przypuszczam, że może to mieć coś wspólnego z najnowszym eksperymentem.

– O! – zdołał jedynie wydukać Frank. – A to ci nowina – teraz on miał szansę ponabijać się z kolegi.

– Mówię poważnie – odparł Mikey. – Jak chcesz, możemy się założyć. A dobrze wiesz, że przeczucia mnie nigdy nie mylą. Tu chodzi o coś, co ma ostatecznie zlikwidować pozostałe skrzatowiska.

– Wiesz coś może?

– Gówno wiem – odburknął Mikey. – Wiesz dobrze, że eksperyment jest tajny. To nie dla takich szaraczków jak ty czy ja. My mamy nadstawiać tyłka na polu bitwy, zaś mózgowcy pilnie strzegą swoich tajemnic.

– Ale…

– Ale w tym przypadku coś mi mówi, że chodzi właśnie o to. Chcesz się założyć?

– Spadaj! – warknął Frank, po czym ruszył schodami w dół. Obok niego z ciemności wyłonił się kot.

– Sugeruję, byś przy okazji oddał broń do rusznikarza. Następnym razem może mnie nie być w pobliżu.

– Oddam – rzucił Frank i szybko ruszył schodami w dół.

***

Podziemny, wielopoziomowy parking został przerobiony na główną bazę wojskową. Cywile chronili się w ruinach miasta, zaś wojsko rozlokowane było tuż pod powierzchnią ziemi. Niekiedy śmiano się z nich, że żyjąc pod ziemią, upodabniają się do krasnali, jednak nikt z żołnierzy nie brał tych docinków na poważnie. Po dotarciu na miejsce Frank najpierw pozostawił broń u rusznikarza. Potem złożył raport o mutancie, któremu jakimś cudem udało się przeniknąć do ruin i zaatakować go. Kiedy dopełnił już wszystkich formalności, udał się do sztabu. Zapukał w pancerne drzwi. Umieszczona nad nimi kamera skierowała się w jego stronę. Po chwili drzwi z cichym sykiem rozsunęły się na boki.

Sztab był urządzony bardzo skromnie. Niewielki stolik, łóżko dyżurującego aktualnie oficera, zniszczona komoda i stojące na niej popsute radio. Za stołem siedział pułkownik Hicks. Z wyrazu jego twarzy Frank wywnioskował, że starszy pan jest potwornie zmęczony, a wojnę chętnie zamieniłby na cichy domek z ogródkiem, gdzie mógłby w spokoju egzystować przez resztę swoich dni. Pasma siwych włosów na głowie oficera smętnie poruszały się w sztucznym powiewie umieszczonego pod sufitem wentylatora. Pułkownik czytał jakąś mocno sfatygowaną książkę. Frank nie mógł odczytać tytułu.

– Miałem się zgłosić – powiedział niepewnie Frank, patrząc w zaczerwienione oczy pułkownika.

Hicks spojrzał na niego znad zniszczonej okładki książki, odłożył ją, po czym powiedział zachrypniętym głosem:

– Dobrze, że jesteś.

Wstał z miejsca i ruszył w stronę drzwi, do których mieli dostęp tylko starsi oficerowie oraz personel naukowy. Trzykrotnie zapukał w stalowe wrota. Oko umieszczonej nad nimi kamery najpierw zlustrowało Hicksa, potem przez dłuższą chwilę zatrzymało się na Franku. Po chwili wrota stanęły przed nimi otworem.

– Śmiało, za mną – zakomenderował zmęczonym głosem Hicks.

Frank zdążył już poznać pułkownika i wiedział, że jest to człowiek małomówny, ale konkretny. Frank szanował starego frontowca i w gronie żołnierzy nigdy nie pozwolił powiedzieć złego słowa na pułkownika. Sam będąc w randze kapitana, niewielu ze starszych oficerów szanował tak jak Hicksa. Obaj mężczyźni znaleźli się w obszernej sali, która okazała się czymś na kształt utworzonego naprędce laboratorium. Znajdowało się tu sporo poustawianych w rzędy biurek, na których migały ekrany komputerów. Dookoła kręcili się ubrani w białe fartuchy technicy. Tu i ówdzie walały się na podłodze części budowanych tutaj urządzeń i prototypów. Frank wśród rupieci dostrzegł nawet puszkę coca-coli. W przeciwieństwie do innych pomieszczeń laboratorium było jasno oświetlone umieszczonymi pod sufitem jarzeniówkami. Panująca tu czystość świadczyła o potrzebie zachowania sterylnych warunków pracy.

– To, co za chwilę ujrzysz, prawdopodobnie zmieni resztę twojego życia – powiedział Hicks.

– Chodzi o ten supertajny eksperyment, o którym mówią chłopaki? – zapytał nieśmiało Frank, ciesząc się w duchu, że nie przyjął zakładu z Mikeyem.

– Nie wiem, o czym mówią chłopaki – ton pułkownika z obojętnego zrobił się lekko poirytowany. – I zasadniczo gówno mnie to obchodzi. A teraz popatrz.

Stali przed dziwną konstrukcją, przypominającą niewielką, wykonaną z drutów piramidę. Ponad nią umieszczony był wysięgnik, na którego końcu zamontowano urządzenie przypominające reflektor, emitujący delikatne, zielonkawe światło, które padało na szczyt drucianej piramidy.

– Widzisz? – powiedział Hicks, gdy stali tak naprzeciwko dziwacznej konstrukcji już ponad minutę.

– Widzę – odpowiedział nieśmiało Frank. – Ale nie wiem, na co patrzę.

– Dzięki temu wynalazkowi ludzkość zniszczy krasnale, a ty będziesz miał okazję zapisać się na kartach historii jako bohater.

– Tego zdążyłem się już domyślić. Ale co to jest i jak to funkcjonuje?

– Znam cię już bardzo długo i wiem, że można na ciebie liczyć. Najpierw jednak powiedz, czy jesteś gotów ruszyć na misję, która być może zmieni losy tej wojny.

– Zawsze jestem gotów – wypalił bez namysłu Frank.

Pułkownik wyjaśnił żołnierzowi, jak działa dziwaczne urządzenie i na czym będzie polegała jego misja. Frank w tym czasie zdążył przynajmniej z dziesięć razy pożałować, że tak entuzjastycznie zgodził się na wzięcie udziału w, co tu dużo gadać, samobójczym zadaniu.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: