Tajemnica Demona. Inni. Tom 2 - Dragona Rock - ebook

Tajemnica Demona. Inni. Tom 2 ebook

Dragona Rock

4,4

Opis

„Tajemnica Demona” to drugi tom serii „Inni”, w której nasi młodzi bohaterowie spędzają razem swoje pierwsze wakacje, przy okazji obchodząc swoje 13 (Marielle) i 14 (Dante) urodziny. Wychodzi też na jaw skrzętnie skrywana tajemnica chłopaka, o której nie wiedzą nawet jego najbliżsi. Jak zareaguje Marielle? A co ważniejsze — co uczyni Dante?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 77

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (30 ocen)
19
6
4
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Asiorek71

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




Dragona Rock

Tajemnica Demona

InnI Część 2

Zdjęcie na okładceElena Schweitzer fotolia.com

© Dragona Rock, 2017

„Tajemnica Demona” to uzupełnienie pierwszej części świata „Innych”, w której nasi młodzi bohaterowie spędzają razem swoje pierwsze wakacje, przy okazji obchodząc swoje 13 (Marielle) i 14 (Dante) urodziny. Wychodzi też na jaw skrzętnie skrywana tajemnica chłopaka, o której nie wiedzą nawet jego najbliżsi. Jak zareaguje Marielle? A co ważniejsze — Co uczyni Dante?

ISBN 978-83-8126-307-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Dante

Odkąd sięgam pamięcią byłem sam. Mimo ludzi naokoło mnie, ludzi, których wyraźnie do mnie ciągnęło, dobrze wiedziałem, co znaczy słowo „samotność”.

Dla osób takich jak ja, miało ono bardzo głębokie znaczenie.

Urodziłem się inny. Przez co skazany byłem na powolne umieranie od środka z powodu odepchnięcia mnie przez ludzi — a przynajmniej tak wyglądała jedna strona monety.

Drugą było bycie między ludźmi, życie z nimi, jednak ich zainteresowanie miało być zawsze podszyte tylko moją powierzchownością.

Tak było z nami. Albo rodziliśmy się piękni, skazani wyłącznie na powierzchowne zaciekawienie ludzi naokoło — na „samotność w tłumie”, jak to często się określa lub byliśmy brzydcy, odepchnięci przez własne wady zarówno przez innych, jak i samego siebie.

Ja urodziłem się w tej pierwszej kategorii. Podobno tej „lepszej”. Jednak odkąd sięgam pamięcią, wszyscy byli skupieni na moim wyglądzie, zachwalając wszystko co robię, ignorując tym samym moje tak naprawdę bardzo liczne wady, z których tylko ja i moi bliscy z rodziny zdawaliśmy sobie sprawę.

Na początku myślałem, że to akceptacja. Jednak szepty za plecami docierały do mnie każdego dnia:

— On jest idealny — słyszałem głosy dziewczyn. — Spójrzcie na niego — nigdy nie widziałam takiego chłopaka. Załóżmy fanklub.

— Okej, super pomysł!

— Yy… dziewczyny, ale co on w ogóle lubi?

— Hmm… nie wiem… A co tam! On jest taki cool! Niech robi co chce!

Wielu by to ucieszyło, jednak ja znałem prawdę. Byłem tylko obiektem. Rzeczą, którą się ogląda ze wszystkich stron bo jest ładna, ale na koniec okazuje się, że jest bezwartościowa.

„Nie wszystko złoto, co się świeci” — to przysłowie chodziło za mną od pierwszego momentu, gdy je usłyszałem.

Gdy dostałem się do pierwszej gimnazjum, myślałem, że to się zmieni, że będąc wśród trochę starszych osób, znajdę kogoś, kto będzie chciał spojrzeć w głąb, by zobaczyć Mnie.

Jednak nadal było tak samo. Zostałem w tej samej szkole — było to połączenie wszystkich rodzai uczelni — podstawówki, gimnazjum i liceum. Niedaleko, kilka ulic dalej, były uczelnie wyższe, mimo, że miasteczko, w którym żyłem, było bardzo małe. Było to spowodowane tym, że takich jak ja było tu dość sporo, jednak najczęściej nie trzymaliśmy się razem, mimo że łączyło nas to samo — samotność.

Pewnego dnia jednak moje życie się zmieniło. Zacząłem dowiadywać się z szeptów innych, że w ostatniej podstawówce pokazała się nowa uczennica — przyjechała w wakacje do miasteczka z rodzicami i ci zostali, zamieszkując jak się dowiedziałem nie tak daleko od mojego domu.

Nie to jednak mnie najbardziej zainteresowało.

Widywałem ją czasami. Czasem siedziała w bibliotece szkolnej. Innym razem widziałem ją na placu zabaw przed szkołą, siedzącą na huśtawce. Będąc na lekcji WF, często też widziałem ją na piętrze przy oknie, jak patrzy się z pustą miną na zewnątrz.

Wokół niej krążyło zawsze jedno słowo: Sama.

Bardzo często widywałem ją samą, niejednokrotnie właśnie z pustym wzrokiem skierowanym w przestrzeń.

Jednak nie tylko to słowo wokół niej krążyło — i to nie takie, jak myślałem. Słyszałem dokładnie to samo określenie, co przy sobie, mimo iż moje zostawało zwykle bagatelizowane przez osoby, które je wypowiedziały.

„Dziwna”.

Nie była jedną z takich jak ja. Czułem od niej coś innego, lecz nie była to demoniczna krew, dlatego uznałem, że po prostu jest „inna” w ludzki sposób.

Jednak jej samotność była równie wielka jak moja.

Tamtego dnia wszystko się zmieniło. Jak zwykle byłem otoczony przez ludzi, chociaż nic mnie to nie obchodziło i zobaczyłem wtedy, jak ona znów siedzi sama na huśtawce — mimo głosów dookoła mnie, patrzyłem tylko na nią i nagle zobaczyłem, jak na jej twarzy wykwita rozpacz. Po chwili usłyszałem jej krzyk:

— Odczepcie się ode mnie!

Zareagowałem instynktownie, przepychając się między ludźmi.

I złapałem ją w ostatniej chwili, nim trafił w nią samochód, gdy zrozpaczona wybiegła za bramę.

Był to początek mojego życia. Życia, w którym poznałem, co to znaczy być akceptowanym.

I kochanym. Naprawdę kochanym przez kogoś, kto nie należy do rodziny.

Przeszliśmy trochę w ciągu ostatniego czasu. Od tamtych wydarzeń minęło kilka spokojnych miesięcy i nadeszły wakacje. Oboje zdaliśmy do następnej klasy i Marielle miała zacząć po przerwie wakacyjnej gimnazjum — choć muszę przyznać, że mieliśmy mały problem z nadgonieniem materiału, przez to wszystko, co się wydarzyło.

Jednak nie martwiłem się szkołą, ani stopniami. Chciałem po prostu, byśmy razem byli w gimnazjum, a potem poszli do liceum. Nie myślałem o dalszym czasie… a przynajmniej jej nie wyjawiałem swoich marzeń.

Miałem jeszcze jedno życzenie, które miała spełnić za to wszystko, co przeszliśmy.

Jednak to życzenie, miało jeszcze poczekać.

Rozdział 2

Dante

Chodziłem w tę i z powrotem przed domem, zerkając co chwilę na zegarek na ręku.

— Co, spóźniają się? — zapytał mój wujek — Alex, który jak zwykle miał na nosie ciemne okulary, a w jego ustach kopcił się papieros. — Nie ma to jak kobiety, zawsze każą na siebie czekać… choć ma być z nimi Shawn, także nie wiem, czemu to tyle trwa. — Zamilkł, jakby czekał, aż coś powiem, ale milczałem. Wtedy westchnął. — Wiesz, nie musisz łazić, jakbyś miał mrówki w gaciach. Twoja dziewczyna zaraz się pojawi, nie histeryzuj.

— Zamknij się — powiedziałem tylko.

— Nie musisz być taki nie miły — mruknął i wtedy usłyszeliśmy samochód. — No, jadą.

Po chwili zielona Mazda Prymacy wjechała przed dom i pierwsze co usłyszeliśmy to:

— Przepraszam was, ale one tak długo się pakowały, że zajęły cały cholerny bagażnik i drugie tylne siedzenie.

I z samochodu wyszedł pan Shawn, ojciec mojej dziewczyny. Był wielkim, potężnym facetem o krótkich piaskowo-blond włosach i sam musiałem przyznać, że bardzo ładnych fiołkowych czach.

Za nim po chwili wyszła jego żona — pani Charlotte, jadąc po nim z góry na dół.

— Gdybyś tyle nie jęczał, tylko to zapakował, bylibyśmy wcześniej!

Pani Charlotte miała ciemno-rude włosy, prawie że wpadające w brąz, które sięgały jej ramion i były proste jak spod igły. Jej oczy miały kolor czystego miodu.

Była niemal zawsze uśmiechnięta, ale mimo jej zachowania, zawsze czułem przy niej coś, co kazało mi okazywać jej szacunek — nawet mój demon czuł, że ta kobieta, mimo zachowania, musiała mieć bardzo silną wolę.

— Spokojnie kochani — w tym momencie wujek poszedł do nich by ich uspokoić, a ja w tym samym czasie podszedłem do samochodu i otworzyłem tylne drzwi.

Moje serce momentalnie wypełniła radość na widok osoby tam siedzącej.

— Jezu, ile oni mogą? — zajęczała. — Klęli na siebie całą drogę — wyznała mi. — Nie wiem, jak długo można na kogoś przeklinać… — urwała, gdy po prostu wyciągnąłem ją z samochodu i mocno przytuliłem.

— Tęskniłem za tobą — wyznałem przejętym głosem.

— Nie było mnie tylko kilka dni — powiedziała, ale również mocno mnie przytuliła. — Resztę wakacji spędzimy razem — obiecała, wtulając policzek w moją pierś.

— No ja myślę — spojrzałem jej w twarz, w końcu czując spokój, którego brakowało mi przez ostatni tydzień. — Ale moglibyśmy mieć jeszcze więcej czasu, gdybyś nie wyjechała na ten tydzień. — Nie mogłem nic poradzić na swój głos, wiedziałem, że się dąsam.

Jej chichot sprawił jednak, że od razu poczułem się lepiej.

— Mam coś dla ciebie — powiedziała nagle z szerokim uśmiechem.

— Dla mnie? Co takiego? — byłem bardzo ciekaw.

— Za parę dni masz urodziny — powiedziała z tajemniczą miną — jej fiołkowe oczy śmiały się do mnie. — Więc dostaniesz go wtedy — oznajmiła.

Zajęczałem od razu:

— Jesteś potworna, pierwsze mi mówisz, a potem każesz czekać?

Poklepała mnie lekko po policzku.

— Coś za coś mój demonie — i wyminęła mnie, idąc zadowolonym krokiem.

Zerknąłem do auta, lecz nie zobaczyłem Tego.

Zrównałem się z nią.

— Nie potrzebujesz już kul?

Pokręciła głową.

— Czuję się świetnie — wyznała. — Odzyskałam siły — i nagle zrobiła piruet na jednej nodze, a jej spódniczka lekko się uniosła, kręcąc razem z nią. — Do tego nie mam już nadwagi. Choć na jedno się to wszystko przydało.

— Wolałbym, żeby to wszystko nigdy się nie zdarzyło — wyznałem od razu. — Żeby to wszystko przebiegło inaczej…

Złapała delikatnie swoją małą dłonią moją własną, zaciśnięta w pięść.

— Ale to sprawiło, że teraz jesteśmy tu razem — powiedziała i spojrzała mi z dołu w oczy. — To dlatego jesteśmy teraz tacy, a nie inni. Proszę, nie żałuj tego wszystkiego.

Przez chwilę patrzyłem na nią, by zaraz nachylić się i zetknąć nasze czoła.

— Masz rację — przyznałem. — Wiesz — zacząłem niepewnie — przez ten tydzień martwiłem się…

— Ja też — wyznała, przerywając mi. — Bałam się, że znowu myślisz o głupotach — i pacnęła znów mój policzek. — Ale nie martw się, wróciłam, więc nie będziesz miał czasu, żeby myśleć o głupotach. Zaczynam po wakacjach gimnazjum i liczę na twoją pomoc.

— Pomoc? — zapytałem i zacząłem tarmosić jej włosy. — A gdzie „proszę kochanie, pomożesz mi w nauce”?

— Dante, noo… — zajęczała, próbując się wyrwać, ale złapałem ją jak w imadle i trzepałem jej włosami na wszystkie strony, śmiejąc szatańsko.

Kiedy w końcu ją puściłem i spojrzałem na nią, jej jasnoblond włosy wyglądały jak stóg siana.

Wybuchnąłem śmiechem na jej widok.

Tymczasem Marielle dotknęła swojej głowy i spuściła głowę. Wycierając łzy radości, dopiero po chwili zauważyłem, że się trzęsie.

— Mari? — zacząłem zaskoczony, ale w tym momencie podniosła gwałtownie wzrok i wydarła się, czerwona ze złości:

— Głupek!

I pobiegła w stronę domu, wymijając moją mamę, która schodziła ze schodów. Zanim weszła do budynku, wydarła się jeszcze na mnie:

— Zapomnij, że gdzieś z tobą pojadę!

I trzasnęła za sobą drzwiami.

Wszyscy od razu spojrzeli na mnie karcąco.

— Boże, Boże — powiedział wujek. — To się wkopałeś młody. Na twoim miejscu przygotowałbym kolana na chodzenie po kamieniach.

Od razu poczułem w sobie narastający gniew.

— O nie, to nie ja będę ocierał bolący tyłek! — oświadczyłem i pobiegłem do domu.

Usłyszałem jeszcze za sobą głos wujka:

— Stawiam dychę na Marielle.