O wolność Polski. Lekarze zwierząt. Tom 1 - Włodzimierz Gibasiewicz - ebook

O wolność Polski. Lekarze zwierząt. Tom 1 ebook

Włodzimierz Gibasiewicz

0,0

Opis

Książka O WOLNOŚĆ POLSKI. LEKARZE ZWIERZĄT, tom I jest podsumowaniem badań autora i przedstawia bohaterstwo i oddanie lek. zwierząt w walkach o powrót Ojczyzny na mapy świata. Opisuje udział w wojnie 1939, w walkach podziemia, w Armii Andersa czy Berlinga. Przedstawia lek. wet. zamordowanych w zbrodni katyńskiej a także osadzonych na 5 lat w oflagach czy kolejne mordy w obozach śmierci. Mordy NKWD w wolnej Polsce. Wspomina lekarzy, którzy uczestniczyli w zbrodniach po stronie okupanta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1061

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Włodzimierz Andrzej Gibasiewicz

O wolność Polski. Lekarze zwierząt

Tom I

Na okładce mapa pt. Zmiany granic Rzeczypospolitej na przestrzeni wieków, oprac. Marcin J. Sobiech, www.exgeo.pl

© Włodzimierz Andrzej Gibasiewicz, 2021

Książka O WOLNOŚĆ POLSKI. LEKARZE ZWIERZĄT, tom I jest podsumowaniem badań autora i przedstawia bohaterstwo i oddanie lek. zwierząt w walkach o powrót Ojczyzny na mapy świata. Opisuje udział w wojnie 1939, w walkach podziemia, w Armii Andersa czy Berlinga. Przedstawia lek. wet. zamordowanych w zbrodni katyńskiej a także osadzonych na 5 lat w oflagach czy kolejne mordy w obozach śmierci. Mordy NKWD w wolnej Polsce. Wspomina lekarzy, którzy uczestniczyli w zbrodniach po stronie okupanta.

ISBN 978-83-8245-854-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Gdyby przyszło mi tu zginąć — to zginę wśród dobrych i najlepszych Jej synów. Z posiewu krwi, która tu płynie tak obfitą strugą, wyrośnie nowe pokolenie, dla którego historia tego, co się tu dzieje, będzie bodźcem do miłości i pracy dla Odrodzonej Polski. I w ten sposób nic w życiu nie idzie na marne — legenda o naszym życiu będzie kiedyś przedłużeniem naszego życia.

(gryps)

Mieczysław Grzymała-Grabowiecki

Auschwitz, 1942

Autor

z Figą w Dusznikach, 2021

Wprowadzenie

Publikacja, którą trzymacie Państwo przed sobą O WOLNOŚĆ POLSKI. LEKARZE ZWIERZĄT tom I, jest opracowaniem historycznym, publikacją o zacięciu naukowym, opowiadającym o losach lekarzy weterynarii i ich udziale w staraniach o wolną Ojczyznę. W trakcie wieloletnich badań i szczegółowych poszukiwań okazało się, że ta niewielka grupa zawodowa wydała wielu prawych, godnych i oddanych Polsce obywateli.

Autor z dumą podchodzi do wyników badań mówiących, że odnotowany został udział koleżanek i kolegów we wszystkich większych wydarzeniach historycznych naszego narodu z tak przecież małego i egalitarnego zawodu. W tomie II znajdą się biografie 550 lekarzy zwierząt/lekarzy weterynarii poległych/zamordowanych w walkach o niepodległość Ojczyzny.

Dla Czytelnika bez bliższego zaangażowania emocjonalnego praca ta może wydawać się nużąca i niezbyt interesująca, dlatego chcąc zachęcić Państwa do podjęcia się tej trudnej lektury, autor we Wprowadzeniu umieścił artykuły opowiadające szerzej losy trzech lekarzy weterynarii: Anastazego Kensika, Juliana Budzyna i Stanisława Kolanusa — ściśle powiązane z niniejszą publikacją — które ukazały się w miesięczniku ODKRYWCA[1] w bardziej interesującej, bo w beletrystycznej postaci literackiej.

Przy okazji pragnę podziękować Redakcji ODKRYWCY za interesujące zredagowanie cytowanych prac.

Kulisy historii

I. ANASTAZY KENSIK, LEKARZ, ŻOŁNIERZ, OFIARA WOJNY[2]

PO KILKU UCIECZKACH Z NIEWOLI W 1940 ROKU ZOSTAŁ ARESZTOWANY I OSADZONY W OBOZIE KONCENTRACYJNYM. WYKUPIONE PRZEZ RODZINĘ PROCHY WRÓCIŁY W… PUSZCE PO FARBIE.

W swoich publikacjach historyczno-biograficznych przedstawiłem losy wielu lekarzy weterynarii w latach II wojny światowej[3]. Wśród nielicznej przecież grupy zawodowej obejmującej w 1939 roku 2173 lekarzy (w tym 22 kobiety) znalazło się wielu dzielnych, prawych i godnych wyniesienia na pomniki. Lekarze weterynarii walczyli w kampanii 1939 roku w szeregach Wojska Polskiego. Polegli w walkach o Warszawę — Jan Ignaszak, czy w walkach nad Bzurą — Zenon Kurczyński. Byli aresztowani przez Wehrmacht jako zakładnicy tuż po zajęciu miast i miasteczek — 9 października 1939 roku aresztowany i publicznie rozstrzelany na rynku w Kościanie został Eryk Smorowski. Walczyli w podziemiu — Stefan Piotrowski zamordowany w Berlinie przez „ścięcie głowy”, czy Czesław Skibiński zamęczony w Forcie VII w Poznaniu. Walczyli i ginęli w powstaniach w getcie warszawskim — Michał Strykowski, w powstaniu warszawskim — Władysław J. Rogowski. Nieśli pomoc miejscowej ludności, jak np. Stanisław W. Kolanus zamordowany przez bojówkę Selbstschutzu w Rogoźnie za to, że przed wojną kontrolował stan sanitarny ubojni i sklepów mięsnych. Lekarze weterynarii walczyli też w Armii Andersa i Berlinga. Byli aresztowani i osadzani w obozach jenieckich i koncentracyjnych. W Katyniu Rosjanie zamordowali 130 przedstawicieli tej profesji, a pamiętajmy, że ginęli także z rąk Ukraińców, podstępnie wyciągani z domów do chorych jakoby zwierząt.

WSPOMNIENIA RODZINY

W opracowaniu historii życia jednego z nich — Anastazego Kensika — niezwykle pomocne okazały się list oraz materiały, które otrzymałem od jego wnuczki. Pani Krystyna Misiak pisała: „W korespondencji z obozów dziadek prosił, aby rodzina trzymała się razem, gdyż krewni zamierzali — chcąc pomóc babci — dzieci podzielić pomiędzy siebie. Przypominam sobie opowieść babci o tym, jak otrzymała zawiadomienie o śmierci dziadka i możliwości odebrania prochów — oczywiście odpłatnie. A prochy dziadka przesłano w zwykłej metalowej puszce. Pogrzebu udzielił znajomy ksiądz w języku polskim (był to rok 1941), co w tamtych okolicznościach groziło mu śmiercią. (…) Syn dziadka, wuj Michał, studiował także weterynarię, ale we Wrocławiu i tak się złożyło, że u tego samego profesora co dziadek (chodzi o prof. dr hab. Aleksandra Zakrzewskiego). Według słów profesora, ojciec wypadł »o niebo lepiej«, co syna nie zmartwiło, wręcz przeciwnie — był dumny z ojca. (…)W »Niepowtarzalnych« podał Pan [do autora tego tekstu — przyp. red.] tytuł książki dziadka: »Podręcznik praktyczny badania mięsa« a właściwy tytuł to: »Praktykum badania mięsa«. (…) Dziadek w listach do rodziny pisał, gdy przeniesiono go do obozu koncentracyjnego Dachau, że: »dostał się z piekła do nieba« i że »przy dobrej pogodzie widać Alpy«. Zginął w Dachau w 1941 r.”.

Fot. Anastazy

W. Kensik — fot. ze zbiorów rodzinnych

EDUKACJA I NIEPODLEGŁOŚĆ

Poszukiwania własne wzbogacone o korespondencję otrzymaną od rodziny pozwoliły na odtworzenie losów naszego bohatera. Anastazy Wacław Kensik, syn Baltazara i Teofilii Wardackiej, urodził się 28 września 1890 roku w Chełmnie nad Wisłą. Świadectwo dojrzałości uzyskał 9 czerwca 1910 roku w Chełmnie. Następnie podjął studia teologiczne w Seminarium Duchownym w Pelplinie. Po roku nauki przeniósł się jednak na studia weterynaryjne do Berlina. W listopadzie 1915 roku upomniała się o niego armia niemiecka, w której służył do końca 1918 roku. M. Lorch[4] pisze: „Wstępuje w szeregi polskich powstańców i bierze udział w Powstaniu Wielkopolskim, a w maju 1919 r. zgłasza się jako ochotnik do Wojska Polskiego. Uczestniczy bezpośrednio w walkach o Kijów, w obronie Warszawy i w dalszej ofensywie dochodzi aż nad Berezynę”.

23 sierpnia 1920 roku Anastazy Kensik został ranny pod Kolnem. Tak to zdarzenie zostało wówczas opisane: „Podporucznik lekarz weterynarii Anastazy Kensik III Dyon 15 p.a.p. 23 sierpnia 1920 r. o godz. 19.40 został ranny w lewe ramię kulą z rewolweru w potyczce z nieprzyjacielem w miasteczku Kolno na Ziemi Łomżyńskiej. Rana na wylot. Został przewieziony do Szpitala Polowego w Łomży[5]”. W stopniu kapitana Wojska Polskiego w 1921 roku opuścił szeregi armii. Przeniósł się do Lwowa i na tamtejszej uczelni skończył studia weterynaryjne, uzyskując dyplom lekarza weterynaryjnego w 1922 roku. Następnie podjął pracę na uczelni jako starszy asystent w Katedrze Anatomii Patologicznej.

LEKARZ, DYREKTOR, SPOŁECZNIK

We wrześniu 1922 roku Anastazy Kensik otrzymał propozycję pracy w Chełmnie na stanowisku dyrektora miejskiej rzeźni. Na tym stanowisku pracował do października 1924 roku. 16 października przeniósł się do Sępolna Krajeńskiego i został powiatowym lekarzem weterynarii na niemal cztery lata.

Od 29 stycznia 1929 roku podjął pracę w Świeciu nad Wisłą, gdzie został dyrektorem rzeźni miejskiej i na tym stanowisku wytrwał do wybuchu II wojny światowej z kilkumiesięczną przerwą — od 15 maja do 10 sierpnia 1936 roku piastował tymczasowe stanowisko burmistrza Świecia.

Rzeźnia miejska w Świeciu powstała w 1899 roku. W 1927 roku dokonano jej przebudowy — kierownikiem był wówczas dr Edmund Sobolewski, były powiatowy lekarz weterynarii w Świeciu. W latach 1928–1932, za czasów Anastazego Kensika, w rzeźni wybudowano nowoczesną bekoniarnię „Standard Bacon”. Rzeźnia od 1933 roku uzyskała prawo szkolenia lekarzy weterynarii w zakresie poubojowego badania tusz wieprzowych i wołowych ze szczególnym zwróceniem uwagi na eksport bekonów. Oprócz lekarzy weterynarii w rzeźni odbywali praktyki studenci weterynarii. Z myślą o nich Anastazy Kensik napisał i wydał własnym nakładem podręcznik zatytułowany „Praktykum badania mięsa”.

O zaangażowaniu w pracę na odpowiedzialnym stanowisku świadczy zapytanie o kompetencje dyrektora rzeźni, z jakim nasz bohater zwrócił się do Wojewody Pomorskiego w 1933 roku. 25 października odpowiedzi udzielił mu Wojewódzki Inspektor Weterynaryjny dr Stefan Jakubowski z Torunia: „Na zapytanie Pana w kwestii kompetencji Dyrektora rzeźni w stosunku do rzeźni oraz do Bekoniarni stwierdzam, że Dyrektor Rzeźni: 1) jest odpowiedzialny za stan sanitarny, weterynaryjny i policyjno-porządkowy całego obszaru rzeźni oraz bekoniarni, 2) tem samem winien Dyrektor Rzeźni mieć w przechowaniu klucze, do wszystkich ubikacji rzeźni i bekoniarni, aby w każdej chwili miał nieograniczony dostęp do wszystkich ubikacji tak rzeźni jak bekoniarni, 3) wyżej opisany nadzór i kontrola należy nie tylko do uprawnień Dyrektora Rzeźni, ale jest jego obowiązkiem, za zaniechanie którego następowało już kilkakrotnie postępowanie dyscyplinarne a nawet zawieszenie w czynnościach służbowych”.

W latach 20. Anastazy Kensik współuczestniczył także wraz z dr. Franciszkiem Fischoederem, dr. Szczepanem Graczem i lekarzem wet. Franciszkiem Ziegertem w powstaniu rozporządzeń Prezydenta RP dotyczących zwalczania zwierzęcych chorób zaraźliwych z dnia 22 sierpnia 1927 roku oraz badania zwierząt rzeźnych i mięsa z 22 marca 1928 roku, które to obowiązywały przez następne 70 lat, do 1997 roku.

W dokumentach znalazłem zaświadczenie wystawione przez prof. dr Aleksandra Zakrzewskiego, informujące o tym, że Anastazy Kensik 28 września 1939 roku pracował we Lwowie nad rozprawą doktorską z zakresu oceny mięsa świń dotkniętych gruźlicą. Praca doktorska „Gruźlica węzłów chłonnych u świń” wysłana została za pośrednictwem „poczty” do Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie w ostatnich dniach sierpnia (tuż przed wybuchem wojny), jednak nie doczekała się publicznej obrony.

Oprócz pracy zawodowej i naukowej, Anastazy Kensik zajmował się działalnością na rzecz środowiska. W 1935 roku uczestniczył w powstaniu w powiecie świeckim Polskiego Związku Zachodniego, został prezesem Zarządu Obwodowego. Uczestniczył w organizacji koloni letnich dla polskich dzieci z Niemiec. Był reżyserem w „teatrze amatorskim”, który pod jego kierownictwem wystawił sztukę Moliera „Chory z urojenia” — oryginalne stroje wypożyczono od E. Bartla. Wygłaszał liczne prelekcje i odczyty. Uczył młodzież w miejscowej szkole rolniczej. Pasją doktora była astronomia. Uzyskał z tego zakresu dwa patenty. Pierwszy, nr 17760 — Przyrząd do określania szerokości geograficznej w 1932 roku, drugi, nr 20161 — Sposób określania długości geograficznej oraz urządzenie do wykonywania tego sposobu w 1934 roku.

Fot. Rozalia

i Anastazy Kensikowie przy teleskopie — fot. z albumu rodzinnego

Po godzinach miał jeszcze czas na grę na skrzypcach, uprawianie szermierki i pływanie. Przekonany jestem, że doskonałe przygotowanie fizyczne pomogło mu w późniejszym okresie. Był żonaty z Rozalią Kensik i mieli ośmioro dzieci. Najmłodszy z rodzeństwa, Michał, poszedł w ślady ojca — został lekarzem weterynarii.

Fot. Dzieci

Rozalii i Anastazego Kensików — fot. udostępnione przez Krystynę Misiak ze zbiorów rodzinnych

WYBUCH WOJNY

Tuż przed wybuchem II wojny światowej, w lipcu 1939 roku, Anastazy Kensik został zmobilizowany do 18 Pułku Ułanów Pomorskich, którego dowódcą był szeroko znany pułkownik Kazimierz Mastalerz. Będąc kapitanem Wojska Polskiego, pełnił funkcję zastępcy lekarza weterynarii.

Klemens Szczepański[6] w pracy „Krojanty. Szlak bojowy 18 Pułku Ułanów Pomorskich we wrześniu 1939 r.” tak pisze: „W lipcu 1939 r. pułk wyruszył na letnią koncentrację w okolicy Świecia i wszedł w skład Pomorskiej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. Adama Zakrzewskiego. Do pułku dosyłano napływających rezerwistów. Po złożonej przysiędze ułani otrzymywali bojowe uzbrojenie: karabinek z bagnetem i cztery pełne ładownice z osiemdziesięcioma nabojami, szablę i trzy ręczne granaty. Przez Osię, Tleń i Tucholę szwadrony pułku zostały skierowane w rejon Chojnic, w jego południową część, zamieszkałą przez Kosznajdrów — potomków dawnych kolonistów niemieckich z początku XV wieku, którzy na skutek nacisków ze strony pruskiego zaborcy ulegli ponownej germanizacji. W okresie międzywojennym wielu z nich prowadziło działalność dywersyjną”.

Pierwszego września 1939 roku pułk uczestniczył w najsłynniejszej szarży w bitwie pod Krojantami koło Chojnic, w której poległ pułkownik Mastalerz. 3 września pułk ruszył w kierunku Błądzimia, by połączyć się z 16 Pułkiem Ułanów. Za Błądzimiem skierował się jednak na Drzycim-Grudziądz. 4 września został zbombardowany, rozproszony i poniósł znaczne straty w ludziach, koniach i sprzęcie. Rozproszone pododdziały, przebijając się na Grudziądz, zostały okrążone. Z okrążenia uratowali się tylko pojedynczy ułani. 4 września 18 Pułk Ułanów został rozbity przez Niemców i przestał istnieć. Żołnierze pułku walczyli jeszcze w bitwie nad Bzurą, a tylko nieliczni przebili się do Warszawy.

Kapitan Kensik dostał się do niewoli niemieckiej pod Modlinem. Wkrótce podjął próbę ucieczki, która okazała się udana. Z różnymi przygodami dotarł do Lwowa. Tam nastąpiło kolejne aresztowanie, tym razem przez Sowietów. I znów ucieczka, także zakończona sukcesem. Anastazy Kensik wrócił do Świecia. Tutaj codziennie musiał się meldować na posterunku Gestapo. 11 kwietnia 1940 roku gestapowcy zjawili się w jego domu. Aresztowali i wywieźli go do obozu koncentracyjnego Oranienburg-Sachsenhausen, następnie przenieśli do Mauthausen-Gusen.

„PRZY DOBREJ POGODZIE WIDAĆ ALPY”

Dramatyczne przeżycia lekarza w obozie szczegółowo opisał jego współwięzień Witold Domachowski z Bydgoszczy: „Po powrocie z niewoli wojskowej pracowałem jako robotnik przy budowie szosy »Terespol-Tuchola«. W dniu 11 kwietnia 1940 roku o godz. 4.00 przybyło do mego mieszkania niemieckie gestapo i po zapytaniu, czy jestem Polakiem, aresztowali mnie i zabrali do sali gimnastycznej przy tut. gimnazjum. W sali było już wielu mieszkańców Świecia i powiatu. Między innymi i dyrektor rzeźni Anastazy Kensik. Po południu zostaliśmy przewiezieni samochodami do Bydgoszczy do budynku szkolnego przy Placu Kościeleckich. Tam Niemcy w ciągu 5 dni zgromadzili 1100 Polaków z terenu całego województwa pomorskiego. W dniu 16 kwietnia 1940 roku specjalnym pociągiem przewieźli nas do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Po odbyciu 6-tygodniowej kwarantanny, gdzie zginęło wielu mieszkańców Świecia (prof. Budych, Piotrowski i inni) w dniu 25 maja 1940 roku Niemcy zorganizowali nowy transport 1100 uwięzionych, którzy przeżyli piekło kwarantanny, a w którym był także Anastazy Kensik i ja, przetransportowali do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen (Austria).

Anastazy Kensik przy przydziale pracy w obozie dostał się do tzw. Efektenkammer, to jest baraku, gdzie były przechowywane ubrania cywilne wszystkich więźniów. Było to komando składające się wyłącznie z Polaków, a jego kapo był także Polak Henryk Bachtig. W tym czasie był w obozie kategoryczny zakaz palenia papierosów. Więźniowie zatrudnieni w tym komando odnajdowali w ubraniach cywilnych przeróżne papierosy i je palili, mimo że komendant obozu SS Karl Chmielewski zapowiedział karę śmierci dla tych Polaków, którzy przyłapani zostaną na paleniu papierosów. W dniu 29 czerwca 1940 roku do obozu w Gusen przybyła komisja mająca zbadać warunki przechowywania rzeczy więźniów. Po wejściu do baraku 32, komendant Chmielewski wyczuł wyraźny zapach dymu papierosowego. Zapytał: „kto tu palił?”. Nikt się nie przyznał. Wszyscy więźniowie pracujący w baraku musieli go opuścić i ustawić się na ulicy. Między innymi był tam też Anastazy Kensik. Wszyscy zostali strasznie pobici, otrzymali 25 batów, a następnie kolejnych 10 wieszano na belce wiązania baraku. Wszyscy byli bici i maltretowani przez cały dzień. W czasie bicia kilku z nich zmarło, a kilku odniesiono do rewiru (szpital obozowy). Między innymi był tam też Anastazy Kensik. Pomimo otoczenia ich opieką lekarską przez Polaka Dr Kościńskiego (widziałem Kensika całego obandażowanego), większość z nich zmarła, a między innymi i Anastazy Kensik. Podając ten przeżyty przeze mnie epizod życia obozowego chciałbym uzupełnić życiorys Anastazego Kensika podając, że zmarł w obozie koncentracyjnym Gusen, gdzie został spalony w krematorium. Taki i podobny los spotkał 37411 więźniów tylko w tym podobozie Gusen w latach 1940—1945[7].

Nie jest jednak prawdą, że Anastazy Kensik został zamordowany w Gusen. Po pobiciu, częściowo wyleczonego, przewieziono go do obozu koncentracyjnego Dachau, gdzie faktycznie zginął, jak podano w akcie zgonu. Został zamordowany (rozstrzelany według D. Boguszewskiego[8]) 25 lutego 1941 roku.

II. „GDY WRÓCĘ — BĘDĘ ŻYŁ I DZIAŁAŁ…” HISTORIA JULIANA MIECZYSŁAWA BUDZYNA[9]

WŚRÓD 21 768 OFIAR ZBRODNI KATYŃSKIEJ BYŁ JULIAN MIECZYSŁAW BUDZYN. SWOJE PRZEŻYCIA I LOSY CZEKAJĄCYCH NA WYROK WSPÓŁWIĘŹNIÓW Z KOZIELSKA OPISAŁ W… NIEODNALEZIONYM PAMIĘTNIKU.

W 1939 roku w domu Budzynów zjawił się Duda, ordynans Juliana Budzyna. Zwolniono go jako szeregowca, przyjechał więc do Żurowej z informacjami: „Miałem dla pana porucznika ubranie — opowiadał — i mógł uciekać zanim go wzięli do obozu, ale nie chciał, tłumaczył, że honor oficera nie pozwala zostawić żołnierzy i przebierać się za cywila”.

LEKARZ I ŻOŁNIERZ

Fot. Julian

M. Budzyn — zdjęcie udostępnione przez członka rodziny Leszka A. Nowaka

Julian Mieczysław Budzyn urodził się 1 stycznia 1909 roku w Kończyskach, wiosce położonej koło Zakliczyna nad Dunajcem. Był synem Józefa i Marii z Juszkiewiczów. Wywodząca się z Węgier rodzina Budzynów za sprawą Marii spowinowacona była z Anną Innocentą — córką Romualda Traugutta, a także z pasierbicą Józefa Klemensa „Ziuka” Piłsudskiego. Podczas I wojny światowej Budzynowie w obawie przed Rosjanami uciekli na Śląsk Cieszyński i przez kilka miesięcy przebywali w Raciborzu. Do Kończysk wrócili w maju 1915 roku.

Fot. Ludmiła i Julian

Budzynowie

(ślub). Zdjęcie udostępnił S. M. Jankowski

[10]

 z Krakowa.

Fot. Julian

Budzyn z klaczą Bajaderą. Fot. przekazał L. A. Nowak

[11]

 z Wrocławia

Julian w 1927 roku ukończył III Gimnazjum w Tarnowie. Następnie podjął studia wyższe na Uniwersytecie Jagiellońskim, by po dwóch latach z Wydziału Rolnego przenieść się na Akademię Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie, gdzie później obronił pracę doktorską. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1931 roku. Ukończył także Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. 11 listopada 1938 roku otrzymał awans na porucznika Wojska Polskiego i zatrudniony został w biurze personalnym Ministerstwa Spraw Wojskowych.

W kwietniu 1939 roku ożenił się z Ludmiłą Regiec, mieszkali w majątku w Żurowej (ówczesny powiat Jasło). Tuż przed wybuchem II wojny światowej zmobilizowany został do 5. Pułku Strzelców Konnych w Dębicy. Wraz z pułkiem uczestniczył w kampanii obronnej w ramach Krakowskiej Brygady Kawalerii. W wyniku przegranej bitwy Armia „Kraków” skapitulowała 20 września. W tym dniu Julian Budzyn został aresztowany i 1 listopada osadzony w obozie specjalnym w Kozielsku. Tam też od 9 listopada zaczął pisać pamiętnik — świadectwo przeżyć własnych oraz zapis życia współwięźniów, w niepewności czekających na wyrok.

PAMIĘTNIK (NIE)ODNALEZIONY

Trudno uwierzyć w splot wydarzeń, związanych z dalszymi losami pamiętnika. Bo choć znamy jego treść, to fizycznie nie możemy go obejrzeć, dokument dotąd nie został odnaleziony. Na ten historyczny paradoks składają się starania rodziny, zmysł i pracowitość pewnego doktora oraz fart, który często towarzyszy wartościowym śladom przeszłości, pozwalając im przeleżeć bezpiecznie nawet kilkadziesiąt lat.

Fot. Iskra

z wizytą u Józefa Budzyna — fot. udostępnił Leszek Antoni Nowak

Zwłoki Juliana Budzyna ekshumowali Niemcy w kwietniu 1943 roku. Był jednym z 39 oficerów, którzy spisywali w obozie swoje przeżycia. Podobnie jak inne rzeczy osobiste i dokumenty, jego pamiętnik trafił do mogiły w Katyniu ukryty w kieszeni munduru. Został wydobyty podczas ekshumacji wraz z dowodem osobistym, naramiennikiem bez oznak, pakiecikiem opatrunkowym, dwoma listami i pocztówką.

Według opowieści rodziny pamiętnik trafił później w ręce Budzynów. Od Niemców miał go wykupić notariusz Tadeusz Sikora: „Wujek, jak mi wiadomo, wykupił pamiętnik i przywiózł matce — wspomina Jadwiga Szymanowska, której matka była żoną Juliana. — Do kilku rodzin oficerów, których nazwiska były w pamiętniku, matka pojechała, ale nie chciano w ogóle jej słuchać. Ludzie nie wierzyli nawet w informacje podawane w gazetach. Gdy pojawiali się Rosjanie, matka wolała nie mieć takiego dokumentu w miejscu dla nich dostępnym. Włożono notes do słoja, a słój do skrzyni z różnymi dokumentami i skrzynia przez brata matki, Ryszarda, została zakopana w sadzie. Owa zakopana w sadzie skrzynia nigdy nie została odnaleziona, a wuj Ryszard zmarł i nie pozostawił żadnych wskazówek o miejscu zakopania pamiętnika ojca”.

Opowieść rodzinna nie wyjaśnia jednak, w jaki sposób poznaliśmy treść pamiętnika pisanego w Kozielsku. W tym celu musimy cofnąć się do wojennego Krakowa. Po dokonanej przez Niemców ekshumacji przedmioty należące do ofiar trafiły do Państwowego Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki. Tam zajął się nimi zespół kierowany przez dr. Jana Robla, chemika, pracownika naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, oficera Armii Krajowej. Badania nad dowodami zbrodni katyńskiej rozpoczęto pod koniec maja 1943 roku. Przywiezione przedmioty znajdowały się w 10 skrzyniach; 9 dużych i 1 małej (do niej trafiły rzeczy, z których Niemcy chcieli przygotować objazdową wystawę pokazującą sowiecką zbrodnię). Zespół dr. Robla dokumenty oczyścił i odczytał, sporządzając protokoły na maszynie. Wspomniane skrzynie z oryginałami w sierpniu 1944 roku Niemcy wywieźli z Krakowa na Zachód i… spalili.

Ostatni rozdział w historii dowodów katyńskich, a wśród nich pamiętnika Juliana Budzyna, dopisało szczęście. Mocno dopomógł mu dr Robel, który na polecenie władz podziemnych kopiował dokumentację podczas prac zespołu. Ile kompletów protokołów sporządził — tego nie wiemy. Jeden z nich, ponad 1000 stron maszynopisu, ujrzał światło dzienne w 1991 roku. Odnaleziony został przypadkowo przez robotników remontujących strych Instytutu Ekspertyz Sądowych przy ul. Westerplatte 9 w Krakowie.

FRAGMENTY PAMIĘTNIKA JULIANA BUDZYNA

„Zacząłem w Kozielsku dnia 9 listopada 1939 Chcę napisać część swych przeżyć, aby w razie gdybym nie wrócił do domu tj. do żony i do rodziny, a gdy wróci może ten portfel, byście przeczytali, gdzie i jak żyłem od chwili wyjazdu z domu z Żurowej, a właściwie od chwili pożegnania się z moją Ukochaną ponad wszystko w świecie Żoną Miłusieńką. Będę pisał bardzo krótko, bardzo wiele myśli i dni pominę, bo miejsca w notesie mało, a myśli bardzo dużo i często bardzo zbyt przykre, bo życie moje z dala od Was bez wiadomości czy żyjecie czyście zdrowi jest okropnie smutne i ciężkie i straszliwie tęskne. Ciągle myślę o Tobie Miłusieńko, o Mamie, o Braciach, o Siostrach, o Całej Rodzinie Mojej i o Teściach. Pożegnałem się z Moją Miłusieńką na stacji w Siedliskach i odtąd już nie skomunikowałem się ani z Nią ani z nikim z Rodziny. Do Przemyśla dojechałem spokojnie, tam po pracy organizacyjnej wyjechałem w stronę frontu — po bombardowaniach dwudniowych cofać się zaczęliśmy aż do dnia 19 września do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie dnia 20 września dostaliśmy się do niewoli sowieckiej. Były dnie głodu i zimna i udręki i pędzenia marszem przez kilka dni bez jedzenia nawet bez wody. Wreszcie 26 września przez Łuck, Szepietówkę, Kijów, Braińsk, Moskwę, Wołujki i Biełgorod wywieźli nas do Putiwla. Podróż była ciężka, ale człowiek dużo wytrzyma. W Putiwlu byliśmy w obozie od zdaje się 8 października do 1 listopada. W tym dniu zabrali nas i wywieźli do Kozielska.

Fot. Julian

Mieczysław Budzyn — pierwszy z prawej — fot. z T. Mikulski Biogramy jeńców… Wyd. Uniwersytet Wrocławski, Wrocław 1999, s. 85

W Kozielsku jest dobrze, wyżywienie całkiem dobre i wystarczające jak na niewolę, także warunki pomieszczenia. Jest nas 24 w jednym pokoju. Miejscowość ładna, pogoda na razie dosyć dobra. Spotkałem powiatowego lekarza z Brzeska Dembowskiego i starostę z Brzeska Hałacińskiego, mieszkają razem obok mnie na tym samym korytarzu. Sale nasze są sąsiednie. Poza tym w innym domku obok mieszka Dunikowski ze Stróż z nim też się spotykam czasami. Dnia 16 listopada spotkałem doktora Stachyrę z Zakliczyna rozmawialiśmy około godziny, opowiadał mi, że spotkał po drodze uciekinierów z Zakliczyna i od nich dowiedział się, że Melsztyn zbombardowany, Lusławice, Wróblowice i Janowice zniszczone, boję się o Teściów. Podobno też powiat Gorlice i Jasło także zniszczone. Boję się o Żurową. Nie wiem, co dzieje się z Miłusieńką i całą Rodziną. Czyście uciekli, czyście zostali w domu, widziałem, co przechodzili biedni uciekinierzy po drogach, widziałem w niewoli sowieckiej.

[…] O Polsce i o wojnie na Zachodzie mamy różne wiadomości — przeważnie bardzo sprzeczne. Mówią, że w Polsce jest rząd autonomiczny pod protektoratem ministra Franka, że my t.j. oficerowie mamy wrócić do kraju. Podobno szeregowcy i podoficerowie odjechali i podobno Niemcy ich przyjęli i mają ich rozpuszczać do domów — mówią, że i my wnet pojedziemy — chciałbym jechać! […]. Tęsknię do Was, do życia na wsi i pracy w spokoju. […]. Myślę dużo o lesie też i o koniach i psach, o Cyrli, Zmroku, Lali, Bajaderze i o Burzy i o Birbancie, o Bojarze i o Bolusiu i o krówkach, o całym gospodarstwie, o ogrodzie, o leśnych też myślę i o służbie w ogóle o wszystkich, których lubiłem. Czy wrócę ja do was wszystkich do poprzedniego swojego życia? Bardzo gorąco modliłem się rano 1 listopada. Zresztą bardzo często teraz modlę się o Żonę Swoją Jedyną Najdroższą Miłusieńkę, o Mamę i o Braci i o Siostry i o resztę Rodziny i o Teściów, modlę się o szczęśliwy i rychły mój powrót do Was. Żeby wigilię Boże Narodzenie być z Wami razem — będzie to największe dla mnie szczęście — ślubuję za to figurę Matki Boskiej w ogrodzie w Żurowej postawić w podzięce. Dnia 11 listopada Święto naszej Niepodległości modliłem się do Matki Boskiej — „Ojczyznę Wolność racz nam wrócić Panie!”.

[…]. Trzeba było oddać Niemcom Gdańsk i autostradę a zatrzymać resztę i dać wszystkim pokój do pracy, po co się bić, kiedy bez tego można wszystko uregulować, w całej Europie byłby spokój. Zawsze byłem i jestem przeciwnikiem wojny i na zawsze nim pozostanę. […]. Najgorzej ze skarpetkami, mydłem i goleniem. Dali mydło ale b. liche — bieliznę już prałem 3 razy. Dziś będę cerował skarpetki. Walizkę z bielizną i przyborami, mundur własny i pelerynę oraz koce zabrali mi razem z wozem taborowym. Kupiłem sobie pół koca, ale mam płaszcz dobry, jest więc czem okrywać się. Mundur mam wojskowy dobry, sukienny i sweter wojskowy. Ta pogłoska o wyjeździe nie daje mi spokoju. Znaleźć się w Polsce, w kraju, w domu u żony Miłuśki.

Dnia 20 listopad. Dziś ogłosili nam możliwość korespondencji z krajem — powiedzieli co wolno pisać i jak, 1 raz na miesiąc — wolno też otrzymać 1 raz z kraju korespondencję. […].

Piszę coraz mniej […], bo mało człowieka rozpacz z desperacji nie weźmie […] listy nie przyszły. A tak czekam listu od Ciebie Miłusiu. — Już na święta nie będę z Wami, ale żeby choć list otrzymać przed świętami byłoby […] mniej przykro. Teraz znowu jest pogłoska, że pojedziemy do niemieckich obozów, gdzie podobno są ciężkie warunki bytu. Po co ta cała wojna? Po co tyle nieszczęścia i udręki ludu biednego polskiego. Czy będzie nam kiedy przyszłość światlejsza, lepsza? Żeby choć jeden wiek w spokoju nasz naród żył? Miłusiu pamiętaj o mnie, bo Ty jesteś dla mnie wszystkim na świecie, dla Ciebie i dla kraju chcę pracować i Wam oddać swą pracę, myśli i życie. Na wilię będę pisał do Ciebie Miłusiu.

Dnia 23. grudnia 1939 r. Wigilia — już jesteśmy po kolacji — była urządzona w naszym zakresie — zrobiliśmy sobie kilka dań — kupiłem sobie kawę, piernik i jabłek — cały dzień myślałem o Tobie Miłuś i o Rodzinie. Ciągle miałem łzy w oczach — tak ciężko dziś myśleć i pisać. — Za dużo smutnych refleksji […].

Dnia 1 stycznia […]. Nowy Rok rozpoczynam w tak ciężkich myślach i w takich warunkach — w niewoli bolszewickiej z dala od Ojczyzny — od Rodziny. — Żyje jednak nadzieją, że wszystko będzie dobrze, że powrócę do Ciebie Miłusiu i do Wszystkiego i Ojczyzna będzie wolna i potężna jeszcze. Dzisiejszy dzień jest dla mnie dniem moich urodzin — skończyłem 31 lat życia — połowę swego życia i jakie tego […] pracowałem i uczyłem się co sił — chciałem coś umieć — zacząłem gospodarować, kochałem lasy, pola, konie i psy i polowanie i pracę rolnika […].

A teraz co się stało? Wygląda to jak straszny koszmarny sen — nie chce się po prostu uwierzyć. Co się to dzieje na świecie? Czy ludzkość jest wyzbyta ludzkości, a jej dewizą grabież i okrucieństwo, która daje złoto przeklęte. Gdy wrócę — będę żył i działał, oddając narodowi i rodzinie wszystkie swe siły, a gdybym się zawiódł, zamknę się w lasach i Miłuśką Moją i będę żył miłością i uwielbieniem Ciebie. […]. Teraz wiem dobrze — oboje martwimy się jedno o drugie, myślimy o sobie — ja dziś płakałem — same łzy płyną — cisną się, Ty wiesz.

Dnia 8 stycznia 1940 roku — Wczoraj napisałem list do Mamusi i do Miłki adresowany d. Kończysk — Pierwszy pisałem 27 listopada 1939 r. do Miłki do Żurowej — dotychczas nie ma odpowiedzi — choć właściwie z zaboru niemieckiego nadeszło dopiero w styczniu kilka listów. Nastroje u nas zaczynają znowu być wyjazdowe — choć osobiście nie wierzę. Jestem nastrojony bardzo pesymistycznie. Święta były przykre — jutro moje imieniny — któż mi tak będzie życzył dobrze jak Ty Miłusieńko? Mrozy teraz b. wielkie — dziś np. było 40ºC. Odżywienie coraz gorsze — coraz nudniej — tęskno za Wami aż okrop. Co to będzie?

Dnia 2. lutego 1940 roku — Święto Matki Boskiej Gromniczej i jeszcze tu w Kozielsku w obozie jeńców — szczególnie dużo myślę o Was dziś […] Życie moje tu marne — jedzenie kiepskie, pomieszczenie okropne, brak bielizny, butów. — Zimno — mrozy b. wielkie dochodzą często do 48ºC. Kiepsko z mojemi płucami — b. kiepsko, każdy miesiąc tej niewoli to strata na zdrowiu jednego roku życia. Całe szczęście, że wszy teraz coraz mniej, ale ciągle się trafiają.

Dziś znowu nadeszło trochę listów, ale do mnie nic. Za kilka dni znów będę mógł pisać. Co bym ja dał za to, żebym wiedział, czy żyjecie wszyscy, czy jest Miłuśka moja i jak się Wam powodzi. — Tak ciężko i przykro żyć w ciągłej nieświadomości i w ciągłej obawie. Mam kolegę — przyjaciela Rożkiewicza z Rzeszowa, b. często opowiadamy sobie o swoich domach i rodzinach — pomagamy sobie obaj we wszystkim. Jesteśmy od samego Przemyśla razem, śpimy obok siebie i żyjemy cały czas w przyjaźni. Co to będzie dalej — ciekawe jak się ułoży sytuacja polityczna i militarna — trochę wieści do nas dochodzi a najgorzej, że musimy tak bezczynnie żyć w ciągłym niepokoju o los kraju, rodzin i nas samych, nic nie mogąc działać. Niestety taki już nas los? Czy będzie kiedy lepiej? Czy zaczniemy nowe życie?

Dnia 4. lutego. — Dziś dostałem od Miłuśki list 2. Widocznie pierwszy przepadł — dziś też napisałem do Niej list. Wiemy już teraz wzajem o sobie. Jakże się cieszę, że Miłuśka żyje i jest zdrowa, niczem nie opiszę swej radości, jak również nie opisze swej tęsknoty. […].

Nadeszły Święta Wielkanocne — ja czuję się tak źle, że ani one mnie smucą ani cieszą. Tak kiepsko z płucami. Kaszel, boli i kłuje w piersiach — gardło boli — nocą okropnie duszno i czasem krew z nosa idzie. Pieniędzy już dawno nie mam, tyle co na listy i na znaczki. Ostatni teraz list napisałem 8 marca duży i w nim dużo zwątpienia we wszystko, nawet w to co najwięcej kocham tj. w moją Miłuśkę. Czy Wy mnie zrozumiecie kiedy? Czy wyobrażacie sobie w jakich ja tu warunkach — gorsze i okropniejsze niż więzienie i tak ciągle w obawie o życie swoje i powrót. Aby to wszystko zagłuszyć — czytam książki polskie, gram w karty i szachy, słucham różnych pogadanek, wykładów — i sam też takie urządzam dla kolegów mam pogadanki hodowlane — konie, bydło, owce, świnie, psy, króliki, drób, trochę z rolnictwa, myślistwa itp. Cóż z tego, kiedy w piersiach ból — każdy ruch, każdy zwrot, każdy kaszel bolesny. Gdybym tu umarł, to pamiętajcie, że nie wolno Wam tu mnie zostawić — sprowadzić zwłoki i pochować w Żurowej na ogrodzie — testament wypełnić!

Dnia 7. IV. 40 r. Od dwóch dni zaczęli nas wywozić. Gdzie i po co nie wiadomo — Wyjechali już Dembowski — Rybakiewicz — wczoraj długo i serdecznie rozmawialiśmy z dr Adamem z Rybnika. Poznałem go dopiero kilka dni temu. Co będzie dalej?”.

III. KRWAWA ZEMSTA W ROGOŹNIE[12]

W PIERWSZYCH DNIACH WRZEŚNIA 1939 ROKU ULICE ROGOŹNA BYŁY NIEMYM ŚWIADKIEM BRUTALNEGO ODWETU NA MIEJSCOWYM LEKARZU WETERYNARII. ŚLEDZĄC OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI STANISŁAWA KOLANUSA, NIE UCIEKNIEMY OD PYTANIA: DO CZEGO W WARUNKACH WOJNY I BEZPRAWIA ZDOLNY JEST CZŁOWIEK.

Fot. Stanisław W. Kolanus — fot. z zasobów

Wojskowego

Biura Historycznego (daw. Centralne Archiwum Wojskowe) w Rembertowie

Roman Sommer, sędzia sądu okręgowego i członek Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Poznaniu, w 1970 i 1971 roku prowadził śledztwo dotyczące zbrodni popełnionej w pierwszych dniach września 1939 roku w Rogoźnie. W zgromadzonym materiale dowodowym zapisano: „Jak wynika z wiarygodnych zeznań świadka Ludwika Mikołajczyka z Rogoźna członkowie bojówki hitlerowskiej w Rogoźnie po wtargnięciu w dniu 6.09.1939 roku do mieszkania Stanisława Kolanusa założyli mu pętlę na szyi i na tej pętli, składającej się z powroza (liny) wywlekli go na ulicę. Jak wynika dalej z wiarygodnych zeznań świadków Ludwika Mikołajczyka, Marii Knowczyńskiej, Jana Kośmickiego i Wincentego Waseli — członkowie hitlerowskiej bojówki przywiązali Stanisława Kolanusa na owej pętli długości około 2 metrów do samochodu osobowego, który kilkakrotnie objeżdżał Nowy Rynek (obecnie Pl. K. Marcinkowskiego). Głowa Stanisława Kolanusa wielokrotnie uderzała o kamienie Nowego Rynku, w następstwie czego nastąpił zgon. W popełnieniu tej zbrodni główną rolę odegrał miejscowy Niemiec Stoewenau. Działał on przy tym z niskich pobudek — z chęci zemsty — gdyż będąc rzeźnikiem miał osobiste porachunki z lekarzem weterynarii Kolanusem z okresu międzywojennego”.

Co takiego wydarzyło się w małej wielkopolskiej miejscowości? Kim był tak bestialsko potraktowany lekarz weterynarii?

W BŁĘKITNEJ ARMII

Stanisław Wilhelm Kolanus urodził się 9 stycznia 1872 roku w Domaradzu pod Opolem jako syn rolnika Pawła i Agnieszki, z domu Żurowskiej. Szkołę powszechną ukończył w Domaradzu, gimnazjum we Wrocławiu, natomiast studia wyższe podjął w Berlinie, gdzie mieszkał i pracował jego starszy brat Paweł, który obiecał pomoc finansową i opiekę. Początkowo była to wymarzona medycyna, chociaż rodzice pragnęli, aby syn ukończył studia teologiczne. Ze względu na skromne środki finansowe Stanisław przeniósł się na weterynarię. Swoje znaczenie miało także to, że nowy kierunek trwał krócej niż studia medyczne i wcześniej można było pójść do pracy. Mury Tierärztliche Hochschule w Berlinie opuścił w 1898 roku z dyplomem lekarza weterynarii w ręku.

Fot. Mjr

S. Kolanus w mundurze Błękitnej Armii i S. Kolanus we Francji — fot. z zasobów Wojskowego Biura Historycznego (daw. Centralne Archiwum Wojskowe) w Rembertowie

Jako lekarz praktykował w Tessenbergu (pol. Syców). W innych dokumentach podano, że pracował w Nowej Soli. W 1899 roku przeniósł się do Gołańczy koło Wągrowca, a rok później ożenił się z Jadwigą Salomeą Wyszomirską (córką Józefa i Heleny Hundt). W 1906 roku małżeństwu urodziła się pierwsza córka — Hanna, w 1908 roku druga — Maria i po kolejnych dwóch latach trzecia — Jadwiga.

Sierpień 1914 roku wciągnął Stanisława w wir wielkich wojen. Został powołany do wojska niemieckiego, w którym używał imienia Wilhelm, i skierowany na front wschodni. Stamtąd wzięty do niewoli rosyjskiej podczas jednej z bitew trafił do obozu jenieckiego, gdzie otrzymał wyrok: zesłanie na Sybir. Choć dla wielu ten kierunek oznaczać mógł tylko jedno, do niego uśmiechnęło się szczęście, a okazja wyrwania się z niewoli nadarzyła się, gdy gen. Haller organizował armię polską. W 1918 roku Kolanus szczęśliwie uciekł z Syberii i udało mu się zaokrętować na statek płynący z Murmańska do Francji. Po wcieleniu do Armii Hallera szybko awansował — do Polski przyjechał już w randze majora Wojska Polskiego. Uczestniczył w wojnie polsko-ukraińskiej, później polsko-rosyjskiej, walcząc głównie z konnicą Budionnego. W Błękitnej Armii jako oficer pozostał do 1921 roku.

ŻYCIE NA PROWINCJI

Po demobilizacji wrócił do domu do Gołańczy. W rodzinie Kolanusów tęsknota za dawno niewidzianym mężem i ojcem musiała być ogromna. Niespodziewane spotkanie u Jadwigi spowodowało wylew i paraliż lewej strony ciała. Stanisław zaczął szukać pracy odpowiedniej do jego wykształcenia i potrzeb rodziny — swoje córki chciał posłać do szkół średnich. Początkowo pracował w Wągrowcu, ale po krótkim pobycie sprzedał dom i przeniósł się do większej miejscowości. W Środzie Wielkopolskiej objął stanowisko powiatowego lekarza weterynarii, na którym pozostał do 1924 roku. W tym czasie już dwie córki zdały maturę. Następnie rodzina przeniosła się do Dolska, gdzie dr Kolanus pracował jako wolno praktykujący weterynarz. Ostatnim przystankiem była ul. Mała Poznańska w Rogoźnie. Tu rodzina przybyła w 1925 roku i została na dobre.

W nowym miejscu Stanisław podjął pracę jako lekarz weterynarii i inspektor w rzeźni miejskiej. Tuż przed wybuchem II wojny światowej w rzeźni panował straszliwy bałagan. Warunki higieniczne były dalekie od minimalnych wymogów, właściwie to prowadziły do sytuacji, w której produkowane wyroby zagrażały zdrowiu konsumentów. Na domiar złego wszelkie uwagi i zalecenia były lekceważone przez właściciela Ottona Stoewenaua, będącego coraz częściej w niedyspozycji na skutek nadużywania alkoholu. W tej sytuacji decyzja mogła być tylko jedna. Rzeźnia i sklep mięsny zostały zamknięte.

Fot. Rodzina

Kolanusów w Rogoźnie — fot. udostępniła Zofia Szymańska z Gdyni

1 września 1939 roku mjr Stanisław Kolanus udał się do Poznania. Nie pierwszy raz zamierzał walczyć w szeregach polskiej armii. Do miasta dotarł 2 września, jednak ze względu na wiek (67 lat) spotkał się z odmową przyjęcia do wojska. Nie zostało mu nic innego niż wrócić do Rogoźna. Według niektórych relacji był tam 4 września, a według innych 6 września. W opuszczonym mieście grasowały tylko miejscowe bojówki. W pewnym momencie jedna z grup zaczęła dobijać się do domu dr Kolanusa…

KRWAWA ZEMSTA

To, co wydarzyło się dalej, opisała przywołana na początku relacja ze śledztwa prowadzonego przez Romana Sommera. Ale nie jest to jedyna wersja wydarzeń.

9 stycznia 1971 roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Poznaniu podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa przeciw obywatelowi o nazwisku Otto Rudolf Stoewenau. Po dwuipółletnim dochodzeniu wszystkie zebrane materiały dowodowe przekazano do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie z prośbą o przekazanie ich do Zentrale Stelle w Ludwigsburgu. W otrzymanych kserokopiach akt znajduje się oświadczenie Juliusza Ziegenhagena z 14 grudnia 1977 roku, które bardziej szczegółowo przedstawia życie i stosunki panujące w międzywojennym Rogoźnie:

„Świadomy historycznego znaczenia informacji o faktach związanych z martyrologią narodu polskiego w okresie okupacji hitlerowskiej z pełnym poczuciem odpowiedzialności moralnej oświadczam, co następuje: wiadomym mi jest, że lekarz weterynarii Wilhelm Stanisław Kolanus z Rogoźna zamordowany został w dniu 6 września 1939 r. w sposób okrutny w tymże Rogoźnie. Ogólnie mówiło się, że mordercą Kolanusa był Otto Stoewenau, Niemiec, rzeźnik z Rogoźna. Mordu dokonał Stoewenau, według ogólnej opinii mieszkańców ze zemsty za to, że Kolanus, wykonując swoje obowiązki inspektora rzeźni miejskiej, zamknął na kilka tygodni przed wybuchem wojny warsztat i sklep Stoewenau’a z powodu stanu antysanitarnego. O ile pamiętam, to Stoewenau po zamknięciu sklepu pracował w tzw. »niemieckim Rolniku«, spółdzielni handlowej przy ul. Wielkopoznańskiej. Przed wojną, aż do 1942 r. prowadziłem własny sklep masarski w Rogoźnie ul. Czarnkowska 19 i stąd znam stosunki u innych kolegów w mym zawodzie. Latem 1941 r. władze niemieckie aresztowały za pokątny ubój i nielegalną sprzedaż mięsa („Schwarzschlachtung”) Stoewenau’a, który miał sklep masarski przy ul. Wielkopoznańskiej po Antonim Kozłowskim. Po kilku tygodniach od chwili aresztowania wiadomym było, że Stoewenau zmarł w więzieniu w Szczecinie. Poinformowała mnie o tym jego żona, która zresztą po jakimś niedługim czasie wyszła ponownie za mąż. Stoewenau często upijał się, również przed wojną. Nie wiadomym mi jest, aby Stoewenau po zamordowaniu Kolanusa odnosił się specjalnie wrogo do Polaków”.

Dodatkowe wątki tej historii pojawiły się, gdy uzyskałem zgodę na zapoznanie się z aktami sprawy w Instytucie Pamięci Narodowej w Poznaniu. Nieocenioną pomoc otrzymałem od doskonale zorientowanego w temacie prokuratora Mirosława Sławety. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że Stanisław Kolanus wracał z Poznania piechotą, ponieważ w kierunku zachodnim nie działała już żadna komunikacja. We wsi Studzieniec spotkał znajomego rolnika (Kosmowskiego), który jechał wozem konnym do Rogoźna i wiózł już sporą gromadkę podróżujących. W dalszą drogę zabrał także doktora. Spokojnie dotarli do granic miasta Rogoźna. Tam zostali zatrzymani przez uzbrojoną miejscową bojówkę hitlerowską (Selbstschutz). Jeden z jej członków — Otto Rudolf Stoewenau — rozpoznał Kolanusa „ściągnął go przemocą z tego wozu i po silnym popchnięciu go na ziemię okładał go pięściami, bijąc z całej siły gdzie popadnie, tak że twarz była cała zmasakrowana […] po wielokrotnym biciu kolbami od karabinów lekarz wet. St. Kolanus upadł na bruk i uderzył kilka razy o niego głową, miejscowy Niemiec Herbert Willi Neumann strzelił z pistoletu zabijając lekarza wet. Stanisława Kolanusa na miejscu. Na ulicy Małej Poznańskiej”.

Jeszcze inna wersja występuje w pracy magisterskiej dotyczącej okolic Rogoźna autorstwa Ryszarda Marszała, który napisał, że udział w zbrodni mieli bracia Walter i Ernest Fehlau, a „lina pękła i uderzył o bruk i zmarł”.

Być może w dokładniejszym ustaleniu okoliczności zbrodni pomogłoby przeprowadzenie śledztwa za naszą zachodnią granicą. Niestety, choć polscy prokuratorzy kilkakrotnie zwracali się do strony niemieckiej, nie zdecydowała się ona na takie dochodzenie. Mimo upływu ponad 70 lat śledztwo nie zostało jednak zakończone. Tak jak wiele tajemnic z ostatnich dziesięcioleci ta również czeka na przełomowy dowód lub zeznanie.

EPITAFIUM DLA BOHATERA

Co było dalej? Po brutalnym mordzie nie pozwolono na zakopanie zwłok doktora. Zostały one po kryjomu ukryte pod ziemią i liśćmi w ogródku niedaleko domu Kolanusów.

W dalszej części przytoczonej na wstępie relacji czytamy: „Świadek Wincenty Wasela na polecenie miejscowej władzy niemieckiej wykopał zwłoki Stanisława Kolanusa w początkach października 1939 r. /…/ rozpoznał z całą pewnością zwłoki Stanisława Kolanusa, którego znał osobiście. Zwłoki były całkowicie obnażone, a na szyi zamordowanego znajdowała się pętla z powrozem długości 2 metrów. Zwłoki zostały przewiezione na cmentarz katolicki w Rogoźnie i tam zakopane. Leżą one we wspólnej mogile (w której znajdują się zwłoki innych osób pomordowanych we wrześniu 1939 roku.) — za mogiłą Powstańców Wielkopolskich”.

Fot. Dokument

udostępniony przez Z. Szymańską

Ale podobnie jak w przypadku samego morderstwa nie jest to jedyna wersja tragicznych wydarzeń z początku września 1939 roku. Wnuczka Stanisława Kolanusa we „Wspomnieniu o dziadku” dalszy ciąg opisała odmiennie od zeznań świadka. „Babcia wraz z najmłodszą córką Jadwigą została przez miejscowe władze niemieckie wysiedlona do Jędrzejowa, gdzie pozostały przez całą wojnę. […] Po wojnie zwłoki dziadka i innych pomordowanych w 1939 roku obywateli Rogoźna i sąsiednich miejscowości pogrzebano na cmentarzu katolickim w Rogoźnie na zapleczu kwatery Powstańców Wielkopolskich”.

Jak było naprawdę? Tej historii być może nigdy nie uda się odtworzyć dokładnie. Bezdyskusyjne pozostają za to działania rodziny zabiegającej o godne upamiętnienie życia Stanisława Kolanusa. Szczególne zasługi na tym polu ma wnuczka doktora Zofia Szymańska. Jak pisała do mnie w liście: „Z przyczyn obiektywnych mam obecnie więcej możliwości wracania do Archiwum gen. J. Hallera i śledzenia losów i życiowych wyborów mojego dziadka Stanisława Wilhelma Kolanusa […] Śledząc po latach drogę życiową Dziadka widzę konsekwentnie realizowaną miłość do Ojczyzny, ofiarność w stawaniu do służby i obrony — wydaje mi się bardzo godną do upowszechnienia i naśladowania w Rogoźnie, jak i małej Ojczyźnie — Wielkopolsce, której ofiarnie służył. Potwierdził to Prokurator Sławeta w Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu — stwierdzając w rozmowie ze mną, że »major Stanisław Kolanus to bohater«”.

Nasze wieloletnie poszukiwania, cierpliwe zbieranie danych i ustalanie faktów, mające na celu przywrócenie i zachowanie pamięci o wielkopolskich lekarzach weterynarii dzielnie walczących o Polskę podczas kolejnych wojen, zwieńczyła uroczystość odsłonięcia Tablicy Pamięci w Poznaniu. Wspólnym wysiłkiem udało się pokazać szlachetne postawy i jasne strony historii. Te ciemne zostawiając dla postaci pokroju Otto Stoewenaua.

Fot. Zofia

Szymańska (wnuczka dra S. Kolanusa) z autorem przy Tablicy Pamięci w Poznaniu ul. Nagietkowa 4. Fot. A. Bylewska

[1] Miesięcznik ODKRYWCA, to czasopismo popularnonaukowe wydawane od 1998 r. Od 2000 r. wydawcą jest Instytut Badań Historycznych i Krajoznawczych sp. z o.o. Magazyn specjalizuje się w tematyce eksploracyjnej, poszukiwań skarbów i tajemnic historii.

[2] Gibasiewicz W. A., Anastazy Kensik, lekarz, żołnierz, ofiara wojny, ODKRYWCA, 2019, nr 9, s. 26.

[3] Gibasiewicz W. A., Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej, wyd. Bellona, Warszawa 2011; Tenże, Niepowtarzalni. Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej, wyd. Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna, Warszawa 2009.

[4] Lorch M., Ślad dramatycznego losu, Gazeta Świecka 59, 1997.

[5] Tamże.

[6] Szczepański K., Krojanty. Szlak bojowy 18 Pułku Ułanów Pomorskich we wrześniu 1939 r., Chojnice 1984.

[7] Madoń-Mitzner K., Ocaleni z Mauthausen, wyd. Dom Spotkań z Historią. Karta, 2010.

[8] Boguszewski D., Rola lekarzy weterynarii w życiu konspiracyjnym obozów koncentracyjnych, Życie Weterynaryjne 11, 1970, s. 282.

[9] Gibasiewicz W. A., Gdy wrócę — będę żył i działał. Historia Juliana Mieczysława Budzyna, ODKRYWCA nr 4 (255), 2020, s. 12—16.

[10] Jankowski S. M., Czterdziestu co godzinę, wyd. Polska Fundacja Katyńska, Kraków 2002.

[11] Nowak L. A., Kraina Mojego dzieciństwa — Dolina Srebrnych Mgieł. Wspomnienia z okolic Zakliczyna nad Dunajcem, [w:] „Głosiciel — Miesięcznik Miasta i Gminy Zakliczyn”, 2013, nr 11(21).

[12] Gibasiewicz W. A., Krwawa zemsta w Rogoźnie, ODKRYWCA nr 3 (266), 2021, s. 44—47.

Wstęp

Ocena merytoryczna prac historyczno-biograficznych autora

Decyzja o przystąpieniu do pracy nad zbiorczą publikacją związaną z dokonaniami historyczno-patriotycznymi skromnego środowiska zawodowego jakim byli/są lekarze zajmujący się leczeniem i profilaktyką u zwierząt oraz dbający o zdrową żywność i ostatnio także o dobrostan tych zwierząt, mam na myśli lekarzy weterynarii, w ich staraniach o wolność Rzeczypospolitej na przestrzeni niemal ostatnich 200 lat, zrodziła się i zapadła głównie na podstawie licznych recenzji oceniających od strony merytorycznej prace historyczno-biograficzne autora.

Dopełnieniem pomysłu były słowa dr. Andrzeja Komorowskiego[1] zawarte w recenzji książki „Śladami Niepowtarzalnych”[2]: W zakończeniu Autor pisze, że śladami „niepowtarzalnych” zamyka cykl książek poświęconych losom polskich lekarzy weterynarii. W rozmowie telefonicznej z Autorem usłyszałem, że może powstanie Summa jego publikacji. Bardzo do tego Pana doktora namawiam.

Dlatego też, pozwólcie Państwo, że we wstępie do niniejszej publikacji przybliżę kilka fragmentów wybranych recenzji moich książek, których autorami są znani profesorowie nauk weterynaryjnych, nauk humanistycznych i lekarze weterynarii:

Prof. dr hab. Paweł Sysa[3]: Materiały służące prezentacji jej bohaterów gromadzone były poprzez kwerendy w archiwach Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie, Ośrodka „Karta”, Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie, Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce czy Instytutu Pamięci Narodowej. Dane te były konfrontowane z encyklopedycznymi informacjami zawartymi w biograficznych słownikach lekarzy weterynarii opracowanych pod redakcją płk. dr. Konrada Millaka (1960—1963) i prof. Jana Tropiło (2009), prowadząc czasem do weryfikacji zawartych tam informacji. Dzięki kontaktom z członkami rodzin opisywanych bohaterów, zapisom wspomnień przyjaciół, relacjom publikowanym w prasie fachowej i codziennej powstały nadzwyczaj barwne, a przy tym merytorycznie bogate opisy biografii lekarzy. Niektórych sylwetki kształtowały się już w czasie działań niepodległościowych okresu I wojny światowej czy walk o ustalenie granic terytorium Polski, innych później, w czasach II Rzeczypospolitej. Śledząc losy poszczególnych osób, czytelnik odbywa jednocześnie lekcję historii XX w. Opisem dziejów poszczególnych osób przypominane są wydarzenia z czasów II RP, wojenne losy ludności polskiej i przedstawicieli naszego zwodu w ówczesnym Związku Sowieckim, dramaty i zbrodnie, które ich tam dotknęły. Znajdujemy tu opisy trudnych, wstrząsających losów lekarzy weterynarii wojskowych czy zmobilizowanych na czas wojny obronnej, a potem trafiających do obozów jenieckich. Ich niezwykły hart ducha i wola niepoddania się losowi przejawił się m.in. w ich działalności w Oflagu II C w Woldenbergu. Utworzony tam Uniwersytet Woldenberski, „nie pozwolił (lekarzom-oficerom) zapomnieć fach”, a studiującym pozwolił rozwinąć się intelektualnie i uzyskać podstawy wysokich kwalifikacji zawodowych. Coś unikalnego w tamtych warunkach./…/. Książka powinna trafić do podręcznych biblioteczek każdego lekarza i studenta weterynarii, utrwalając pamięć o ludziach szlachetnych, ludziach honoru, przedstawicielach naszego zawodu, również ku rozwadze w dzisiejszych czasach.

Prof. dr hab. Jan Tropiło[4]: Doktor /…/ utrwalił w naszej pamięci losy polskich lekarzy weterynarii, ich postawę i walkę w koszmarnych latach okupacji niemieckiej i sowieckiej. Opisy życia bohaterów jego książek są wynikiem dociekania prawdy o zachowaniu ludzi w tych ekstremalnych warunkach, jakie przynosi wojna i zniewolenie. Często myślę, czytając te książki, jak ludzie ludziom mogli zgotować taki los. Okazuje się, że mogli, co stanowi przestrogę dla następnych pokoleń. Gratuluję Autorowi, który przez swoje prace zapisuje się jako jeden z najwybitniejszych biografów polskich lekarzy weterynarii. A lekarzy weterynarii serdecznie zachęcam do tej lektury /…/.

Prof. dr hab. Teresa Zaniewska[5]: /…/ badacza, podążającego od lat śladami lekarzy weterynarii, ofiar II wojny światowej, zatytułowana „Utrwalone skrawki życia”, Skrawki, drobne fragmenty niezamkniętych biografii, z których składa się ta książka, daja nadzieje na odnalezienie kolejnych, co pozwoli na scalenie rozbitego świata setek rodzin lekarzy weterynarii, których zagarnęła wojenna zawierucha. „Utrwalone skrawki życia” to książka- mozaika, ułożona z bogatego, lecz niejednorodnego materiału i dzięki temu ciekawa w lekturze. /…/. Jest ona praca naukową, posiada ona duże walory poznawcze i będzie przydatna z pewnością nie tylko historykom medycyny weterynaryjnej. Losy lekarzy weterynarii w czasie II wojny światowej to także historia Polski w szerszym kontekście. Książka opowiada tym samym o całym pokoleniu, szlachetnym i prawym, solidnie wykształconym (m.in. znającym języki obce, np. jeden z bohaterów omawianej książki, Stanisław Wilhelm Kolanus, władał biegle pięcioma językami: niemieckim, francuskim, rosyjskim, słowackim i bułgarskim), wychowywanym już w wolnej Polsce, w poszanowaniu wolności i miłości ojczyzny, bezinteresownej społecznej służby, o pokoleniu ludzi, dla których jedną z naczelnych wartości było poczucie honoru. W publikowanym w tej książce liście, do Danuty Turskiej-Szyłkiewicz, wdowy po Mieczysławie Szyłkiewiczu, uczestniku bitwy o Monte Casino, czytamy: Mój mąż był człowiekiem wyjątkowym, jak wyjątkowe było to tragiczne pokolenie. Służbę Ojczyźnie rozumiało jako rzecz zwykłą i normalną. Zasady etyczne reprezentowane przez to pokolenie mogą być i są wzorem do naśladowania dla młodego pokolenia Polaków w tym dla młodego pokolenia lekarzy weterynarii (s. 21). /…/. Poetycki i pełen metafor jest list także opublikowany w niniejszej książce list do autora „Utrwalonych skrawków życia”, który napisał nieżyjący już wspaniały artysta malarz, mieszkający przez kilkanaście ostatnich lat we Francji, Yarek Godfrey (1957—2014), wnuk lekarza weterynarii, Władysława Godfreyowa, bohatera poprzedniej książki Włodzimierza Gibasiewicza [Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt, WFW 2013 s. 19—37], w którym pisze o tym, jak ważne okazały się prace tego autora dla wychowania syna artysty, kilkunastoletniego Maksymiliana. Dzięki rozmowom z ojcem o książkach Włodzimierz Gibasiewicza zrozumiał, że jest kolejnym, świadomym ogniwem w rodzinnym łańcuchu pokoleń i — kto wie — może także w zawodzie. /…/. „Utrwalone skrawki życia” to przemyślana kompozycja naprzemiennie powtarzanych dwóch linii — godnego, prawego życia i niezawinionej, męczeńskiej śmierci lekarzy weterynarii w czasie II wojny światowej na różnych jej frontach, powtarzanych przez autora wciąż głośniej i głośniej, przy wykorzystaniu coraz większej ilości coraz to bardziej wiarygodnych dokumentów archiwalnych i ustnych relacji. Nieustannie narasta dynamika jednego tematu i pytania: dlaczego? Dlatego, że byli szlachetnymi ludźmi, zdolnymi poświęcić życie w imię prawdy i wolności. Ich umieranie wyrastało z życia. /…/. To lektura godna polecenia. Jest ona czymś znacznie więcej niż opowieścią o wojennych, tragicznych losach lekarzy weterynarii. Jest opowieścią o wielkiej historii, jaka nas zagarnia, na którą najczęściej nie mamy wpływu, ale zawsze podlegamy okrutnym jej prawom. Na swój sposób wszyscy stajemy się wygnańcami. I ta historiozoficzna refleksja raz po raz przewija się między wierszami tej znakomitej książki.

Prof. dr hab. Elżbieta Pełczyńska[6]: Na treść nowej książki dr. Gibasiewicza składają się 33 rozdziały stanowiące niejako uzupełnienie poprzednich opracowań autora. Znajdują się w nich nowe informacje dotyczące lekarzy weterynarii bądź sprostowania tych zamieszczonych we wcześniejszych książkach, na które natrafił sam autor, opracowując inne tematy, bądź też odezwali się członkowie rodzin opisywanych postaci i czytelnicy, uzupełniając biogramy nieznanymi faktami, wspomnieniami lub pamiątkami (fotografie). Historie lekarzy zwierząt, w większości zakończone śmiercią, porażają tragizmem. Do Polski powrócili nieliczni. Oprócz uzupełnień i korekt wcześniejszych biogramów znalazły się w książce nowe informacje, jak na przykład historia Brunona Smolnego, lekarza weterynarii narodowości niemieckiej, obywatelstwa polskiego, który stanął po stronie okupanta. Tekst wzbogacają liczne fragmenty wspomnień i dokumentów, fotografie i reprodukcje rękopisów. Całość zamyka bibliografia i indeks nazwisk.

Włodzimierz Gibasiewicz, badacz historii, swoją dociekliwością i niebywałym trudem przywraca naszej pamięci sylwetki lekarzy zwierząt — zwykłych ludzi, lecz cichych bohaterów, o których bez jego pasji wiedzielibyśmy niewiele. Z szarości tytułu książki wyłaniają się zatem postaci, które z każdą linijką tekstu stają się wyraźniejsze, aby w końcu zabłysnąć własnym światłem. Czytelniku — tolle, lege!

Prof. dr hab. Waldemar Paszkiewicz[7]: Jubileusze służą celebrowaniu znaczących wydarzeń, ale są również okazją do podsumowań oraz do refleksji nad przyszłością. Dają także sposobność przypomnienia wszystkich, których życie i praca stworzyły ich następcom możliwość świętowania. Recenzowane wydawnictwo doskonale wpisało się w ubiegłoroczne obchody stulecia działalności administracji weterynaryjnej w Polsce, stanowiąc pewnego rodzaju klamrę spinającą wszystkie uroczystości jubileuszowe. W tym imponującym opracowaniu na ponad ośmiuset stronach przedstawiono początki weterynarii w I Rzeczypospolitej (rozdz. I), działalność lekarzy weterynarii w okresie zaborów (rozdz. II) i I wojny światowej (rozdz. III), powołanie i działalność państwowej służby weterynaryjnej w II Rzeczypospolitej (rozdz. IV), udział lekarzy weterynarii w walkach o niepodległość w latach 1830—1945 (rozdz. V), zawodowe losy lekarzy weterynarii w czasie okupacji niemieckiej (rozdz. VI), powstanie, strukturę i funkcjonowanie państwowej służby weterynaryjnej w Polsce w PRL i po 1989 r. (rozdz. VII), krótką historię zaopatrzenia weterynarii w leki i sprzęt (rozdz. VIII), historię uczelni weterynaryjnych oraz nie akademickiego zawodowego szkolnictwa weterynaryjnego w Polsce (rozdz. IX), powstanie i działalność Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych (rozdz. X), działalność weterynaryjnych organizacji społeczno-zawodowych w Polsce (rozdz. XI), powołanie i funkcjonowanie duszpasterstwa lekarzy weterynarii i służb weterynaryjnych (rozdz. XII), historię polskich czasopism weterynaryjnych (rozdz. XIII) i muzealnictwa weterynaryjnego (rozdz. XIV) oraz biogramy kilku lekarzy weterynarii, których pozazawodowe pasje i zainteresowania sprawiły, że stali się oni postaciami rozpoznawalnymi poza środowiskiem weterynaryjnym (rozdz. XV). Całość opracowania zamykają wykazy piśmiennictwa i fotografii oraz osiem załączników, którymi są imienne listy lekarzy weterynarii m.in legionistów Piłsudskiego czy powstańców warszawskich. Oprócz przejrzystego i przemyślanego układu kolejnymi atutami tego wydawnictwa są piękna polszczyzna, którą posługuje się Autor, wykorzystanie formy biogramów dla przybliżenia czytelnikowi najznamienitszych postaci polskiej weterynarii oraz bogata dokumentacja fotograficzna i tabelaryczna tematów podejmowanych w poszczególnych rozdziałach.

Należy wyrazić głęboką wdzięczność dr. W. A. Gibasiewiczowi za podjęcie ogromnego wyzwania, jakim było opracowanie koncepcji, napisanie i zredagowanie „Weterynarii na przestrzeni wieków (1919—2019)” oraz za umiejętność przekonania licznego grona osób do współtworzenia tego opracowania. Słowa uznania należy skierować również do Głównego Lekarza Weterynarii, dr. Bogdana Konopki, który objął patronatem i sfinansował to przedsięwzięcie. Jest to wyjątkowe w swoim rodzaju, monumentalne i wartościowe wydawnictwo, godne polecenia jako lektura obowiązkowa wszystkim lekarzom i studentom weterynarii.

Lekarz wet. Andrzej Komorowski (Główny Lekarz Weterynarii w latach 1997—2001)[8]: Idąc po ich śladach…

Czy zwykłe, codzienne życie wiejskiego lekarza weterynarii może być interesujące dla czytelników mieszkających w miastach? To zależy. Zależy od autora opowieści, od jego mądrości, zdolności obserwacji życia, od języka który rozwijał w rodzinnym domu i szkole, od lektury książek, które czytał, od sympatii, a czasami miłości do ludzi, zwierząt, przyrody.

Nasz szkocki kolega, James Herriot, absolwent Veterynary College w Glasgow, praktykujący w niedużej wsi Darrowby, położonej w górach Yorkshire napisał cykl opowieści o swoim życiu, praktyce weterynaryjnej, właścicielach pacjentów, sąsiadach, przyjaciołach, zwierzętach i przyrodzie. Poznaliśmy je pod wspólnym tytułem „Wszystkie zwierzęta duże i małe”. Te zachwycające opowieści przysporzyły nam, lekarzom weterynarii wiele sympatii i zrozumienia u czytelników. Przyczyniły się też do powiększenia grona lekarzy weterynarii, bowiem wielu młodych czytelników po lekturze książek Jamesa Herriota podjęło studia weterynaryjne.

Czy codzienna praktyka weterynaryjna i życie wielu polskich lekarzy weterynarii podlegających wpływom wichrów powstań narodowych, wojen, pochłoniętych działaniami opozycyjnymi, poddanych terrorowi niemieckiemu i sowieckiemu może być interesujące dla czytelników? To zależy. Zależy od autora, jego wiedzy, rzetelności historycznej, zdolności uzyskania dostępu do źródeł archiwalnych, talentu literackiego i pracowitości. Nasz polski kolega, dr Włodzimierz, Andrzej Gibasiewicz, Wielkopolanin, absolwent wrocławskiego Wydziału Medycyny Weterynaryjnej, wykorzystał wszystkie te umiejętności i dary Boże przy tworzeniu cyklu książek poświęconych losom polskich lekarzy weterynarii. Kogo spotykamy na drogach życia często wytyczonych nie przez nas, a opisanych przez Autora. Nawet On nie mógł wyliczyć wszystkich, ale opisał losy wielu. Lekarze weterynarii byli wśród Powstańców Styczniowych, żołnierzy Wielkiej Wojny (1914—1918), legionistów Piłsudskiego, Powstańców Wielkopolskich, obrońców ojczyzny z 1920 roku, żołnierzy II Wojny Światowej, ofiar sowieckich mordów pochowanych w dołach Katynia, Miednoje i Charkowa, żołnierzy podziemia, więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady, więźniów NKWD, UB i SB. Kiedyś uczono ich w czasie studiów anatomii zwierząt, fizjologii, patologii, uczono jak leczyć zwierzęta, jak zapobiegać chorobom i jak nadzorować produkcję bezpiecznej żywności. Gdy przyszedł czas wielu z nich broniło ojczyzny, cierpiało, ginęło. Autor odszukał wielu z nich i przywołał ofiarę ich krwi, cierpienia i nawet życia.

W grudniu 2020 roku nakładem krakowskiego wydawnictwa „Avalon”, ukazała się 18-ta książka autorstwa dr Włodzimierza Gibasiewicza zatytułowana „Śladami niepowtarzalnych”. W 41 rozdziałach autor przedstawił losy studentów i lekarzy weterynarii rozpoczynając od Józefa Makowskiego, Polaka, wyznania mojżeszowego, studenta weterynarii na Uniwersytecie Warszawskim. Dalej czytamy o Euzebiuszu Małeckim, absolwencie lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej, członku korporacji Lutyko-Venedya. O Krzysztofie Świeżyńskim, powstańcu warszawskim, moim profesorze anatomii prawidłowej, o Tadeuszu Górce, absolwencie lwowskiej weterynarii, zawodowym oficerze Wojska Polskiego w randze majora, naczelnym lekarzu weterynarii Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Znajduję też nazwisko Karola Sommersteina, wyznania mojżeszowego, absolwenta lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej. W okresie okupacji, pod zmienionym nazwiskiem (Nawrocki) pracował w tarnowskiej rzeźni. Aresztowany w 1943 wraz z rodziną, został rozstrzelany przez gestapo w Tarnowie przy ulicy Szpitalnej i pochowany na cmentarzu żydowskim w Tarnowie. Nie miałem okazji go poznać, ale znałem rzeźnię, w której pracował, znam ulicę Szpitalną i cmentarz żydowski w Tarnowie. Gdy znów odwiedzę ten cmentarz, położę kamyk pod pomnikiem wszystkich spoczywających tam ofiar shoah w Tarnowie. Pomnik to złamana kolumna z Nowej Synagogi w Tarnowie.

Autor we wcześniej wydanej książce „Historia w odcieniach szarości. Niezwykłe losy lekarzy zwierząt” posłużył się terminem „szarość” do opisania losów ludzi, którzy swoimi czynami źle, a nawet zbrodniczo zapisali się w historii polskiej weterynarii.

Dwa nazwiska — Bruno Smolny, ewangelik, absolwent lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej, burmistrz wielkopolskiego Kostrzynia w latach okupacji uczestniczył w prześladowaniu Polaków i Bruno Edward Heinrich, urodzony w 1881 wyznania rzymsko-katolickiego, absolwent weterynarii w Monachium, praktykował w Bydgoszczy w II RP. W czasie okupacji uczestniczył w masowym morderstwie Polaków.

Jako szczególnie ciekawe odnajduję w książce „Śladami niepowtarzalnych” opis badawczych prac Autora w poszukiwaniach prawdy o losach polskich lekarzy weterynarii. Autor, po uzyskaniu dostępu do ważnych archiwów i źródeł, z benedyktyńską cierpliwością i po mistrzowsku prowadził poszukiwania. Korzystał z ważnych archiwów krajowych i międzynarodowych m.in. Międzynarodowego Biura Poszukiwań ITS w Bad Arolsen (Niemcy), Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie (Izrael), Instytutu Pamięci Narodowej (Polska), Polskiego Czerwonego Krzyża, archiwów polskich uczelni i instytutów naukowych, bibliotek miejskich, ksiąg adresowych, archiwum Instytutu Generała Sikorskiego w Londynie (Anglia). Korzystał także z ważnych źródeł, wymienię kilka: Spis Lekarzy Weterynaryjnych RP z lat 1931 i 1939, Warszawa, Kwestionariusza Żydów, lekarzy weterynarii w Galicji, zestawienia nazwisk lekarzy weterynarii, którzy nie poddali się rejestracji i opracowanego przez S. Jakubowskiego zestawu biogramów polskich lekarzy weterynarii.

Nawet łatwy dostęp do archiwów i źródłowych informacji nie wystarczyłby Autorowi do przygotowania ostatniej i wszystkich wcześniejszych książek. Włodzimierz Andrzej Gibasiewicz stał się z czasem ważną dla naszego zawodu i środowiska Instytucją. W wielu miejscach znajduję zapisy Autora — …”zadzwonił do mnie syn, córka, ktoś z bliskich osoby nad historią której od dawna pracuję.” W ślad za takimi rozmowami szły wymiany informacji i dokumentów, dopełniały się szczegóły biografii, często bohaterskiej, zawsze ciekawej, czasami niechlubnej. Takie jest prawdziwe życie, takie były ludzkie postawy. /…/.

Wracam do pytania z początku tego tekstu — czy codzienna praktyka weterynaryjna i życie polskich lekarzy weterynarii targanych wichrami historii toczącej się między kolejnymi powstaniami, wielką wojną, wojną polsko-bolszewicką w 1920, II wojną światową, walkami żołnierzy wyklętych, walkami w kolejnych polskich miesiącach — czerwiec 1956, grudzień 1970, sierpień 1980, grudzień 1981, mozolnym trwaniu w ponurych latach stanu wojennego z nadzieją na upadek komuny i niepodległość — może być dla czytelników interesująca? Oczywiście, jest pasjonująca. To w dużym stopniu zasługa Włodzimierza Andrzeja Gibasiewicza.

Bardzo Panu dziękuję. Wiele zrobił Pan, by polskim czytelnikom dobrze i prawdziwie przedstawić ludzi naszego zawodu. /…/.

Prof. dr hab. Jacek Madany[9]: Historia Żydów — lekarzy weterynarii w okresie tuż przed, w czasie i po okupacji hitlerowskiej w Polsce. Co się stało ze 175 lekarzami weterynarii pochodzenia żydowskiego, którzy stanowili 7,5% wszystkich lekarzy na terenie II RP? Jakie były ich losy? Na te i inne szczegółowe pytania próbuje odpowiedzieć Autor, lekarz weterynarii, pasjonat tematu, badacz i publicysta, twórca 23 książek o historii weterynarii i lekarzach weterynarii, szczególnie w okresie II wojny światowej. Przygotowana książka jest informacją o wszystkich, wymienianych w dokumentach, lekarzach weterynarii deklarujących wyznanie mojżeszowe, tuż przed wybuchem wojny w 1939 roku. Zatem książka zawiera mnogość not biograficznych, mniej i bardziej rozbudowanych, w zależności od ilości faktów, które udało się Autorowi ustalić. W dużej swej części książka jest więc encyklopedią, która z definicji, jest zapisem potwierdzonych faktów, bez ich komentowania i możliwości opiniowania. Ale książka zawiera też część inną, bliższą i cieplejszą, w której w sposób szczegółowy opisuje losy wybranych lekarzy. Wśród 13 takich opowieści są m.in o Michale Strykowskim, jednym z dowódców powstania w Getcie Warszawskim, Szymonie Gelbie pracującym przy wytworzeniu szczepionki przeciwko tyfusowi, o Aleksandrze Skotnickim „Zemście” partyzancie Lasów Janowskich, 7 lekarzach zamordowanych w Katyniu i o rodzinie Bickelsów ogniskującej w swoich losach całe okrucieństwo unicestwiania dusz i ciał przez nazistowski aparat Zagłady. Zadziwiające, ale w swej prostej narracji Autor napisał o sprawach najważniejszych i ostatecznych, bo 152 (87%) ze wspomnianych lekarzy zginęło. Z wielu przedstawionych fotografii patrzą na nas chłopcy i dziewczęta, młodzi i w średnim wieku, skupieni lecz zaciekawieni, jako studenci lub młodzi lekarze w początkowym okresie swojej pracy, nieświadomi nieodległej przyszłości i Armagedonu Holocaustu. Ale w książce znaleźć można ślady przetrwania i tworzenia, dotykające znanych już, powojennych faktów. 23 lekarzy przeżyło, a wśród nich co najmniej dwóch niesamowitych. Pierwszy to Józef Parnas. Pojawił się w Lublinie w sierpniu 1944 roku i to dzięki jego staraniom powstał Wydział Weterynaryjny, on stworzył redakcję „Medycyny Weterynaryjnej”, był założycielem Zakładu Higieny Weterynaryjnej i Instytutu Medycyny Pracy i Higieny Wsi. Wszystkie te instytucje funkcjonują do dnia dzisiejszego. Drugi to Rafael Pumpiański, lekarz weterynarii i medycyny. Do czasu wojny pracował jako praktykujący lekarz weterynarii, a od 1946 roku jako lekarz medycyny, organizujący pierwsze oddziały położnicze w szpitalach w Łodzi, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu. Czy można pozostawić po sobie trwalsze ślady? Skoro to wojenne pokolenie wydało takie osobowości, to ile wspaniałych charakterów musiało być też wśród tych, którzy wojny nie przeżyli? Autor wykonał benedyktyńską pracę. Każda podana informacja jest sprawdzona ze wskazaniem źródła pochodzenia: archiwa polskie, izraelskie, pozycje książkowe i publikacje naukowe od czasu wojny. Praca godna zadania dla grup badaczy i archiwistów, wykonana w pojedynkę, zapewnia naukową wiarygodność i rzetelność danych. Tym bardziej słowa uznania dla Autora — praktykującego lekarza weterynarii, hobbysty zawodu i jego historii. Książka wnosi powiew nowej wiedzy historycznej na temat naszego zawodu i jego cząstki zajmowanej przez lekarzy pochodzenia żydowskiego. Nie pozostawia Czytelników obojętnymi, bo przynosi informacje mało znane, przemilczane, bolesne, czasami przerażające, czasami śmieszne, a ponadto napisana jest z pasją i zaangażowaniem. Jest lekcją historii, nieodrobionej, nieopisanej i niewypowiedzianej. Teraz można ją nadrobić. A nawet, w dzisiejszych czasach, wydaje się, że trzeba.