Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Arabskie opowieści 2 - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
10 października 2023
Ebook
36,00 zł
Audiobook
42,00 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
36,00

Arabskie opowieści 2 - ebook

Podczas piętnastu lat pobytu w Libii Tanya Valko zebrała tyle doświadczeń, że starczyłoby na niejedną powieść. Teraz zdecydowała się swoimi wspomnieniami podzielić.

„Arabskie opowieści 2. Historie prawdziwe” znów przenoszą czytelnika w czasy, gdy Libią niepodzielnie rządził pułkownik Muammar Kaddafi, trzymając kraj żelazną ręką. Autorka prezentuje barwne historie Polaków pracujących w Libii i Polek będących w związkach z Libijczykami. Wbrew stereotypom nie wszystkie chrześcijańsko-muzułmańskie małżeństwa kończą się źle. Valko ukazuje również kobiety, które robią karierę, bez wahania wyrażają swoje zdanie, są niezależne i szczęśliwe. Nieustająco jednak piętnuje podłe zachowania szowinistycznych, despotycznych mężczyzn, ale też otumanionych przez religię niewiast.

W inspirowanej osobistymi przeżyciami powieści występuje cała galeria postaci – arabskich kumpelek i orientalnych kolegów Valko. Ich dzieje czasami są radosne i zabawne, ale przeważnie dramatyczne. Niezwykła jest historia doktor Maliki, pierwszej libijskiej pani ambasador, kobiety ambitnej i aktywnej zawodowo, pracującej w libijskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, czy Sofii, pół Angielki, pół Palestynki, wdowy, której po śmierci męża jego libijska familia odebrała dzieci – pozwala na to muzułmańskie prawo i matka nie ma w konfrontacji z nim najmniejszych szans. Frustrujące są losy Samiry, świetnie zarabiającej pani inżynier, notorycznie gwałconej przez powszechnie szanowanego męża, z którym nie mogła się rozwieść, gdyż stanowiłoby to wstyd dla całej rodziny. Valko ukazuje też postawy muzułmańskich mężczyzn – tych tradycyjnych i tych nowoczesnych – ich stosunek do religii, kobiet oraz nieszablonowy styl bycia. W „Arabskich opowieściach” autorka wyjawia, że jej idealne małżeństwo wskutek stresu wywołanego intrygami ambasadora despoty stanęło w Libii przed ciężką próbą. Kryzys małżeński jest zawsze trudny i przysparza partnerom wiele bólu, lecz przechodzić go z dala od ojczyzny i domu rodzinnego, w kraju muzułmańskim, w otoczeniu obcych, często wrogo nastawionych ludzi, to prawdziwa gehenna. „Arabskie opowieści 2” to kolejna przygoda z Orientem, która zapiera dech w piersiach.

Dajcie się uwieść magii, ale też otwórzcie szeroko oczy na niezwykłość i odmienność arabskiej kultury i obyczajów.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8352-614-0
Rozmiar pliku: 663 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Drodzy Czytelnicy,

zawsze na spotkaniach autorskich mówię, że w Libii zebrałam tyle doświadczeń, iż starczyłoby na niejedną powieść. Teraz nadszedł czas, by się moimi wspomnieniami podzielić. W zbiorze opowiadań pt. Arabskie opowieści uchylam rąbka tajemnicy o swoim prywatnym życiu i o tym, co mnie w nim dobrego i złego spotkało.

Arabskie opowieści 2. Historie prawdziwe przeniosą czytelnika do odległych czasów, gdy Libią niepodzielnie rządził pułkownik Muammar Kaddafi, trzymając cały kraj żelazną ręką. Ale dzięki żywej narracji i nadal aktualnym tematom ulegniecie złudzeniu, że wydarzenia toczą się tu i teraz.

W tej części Arabskich opowieści znajdziecie osoby, które przewinęły się przez moje życie, a jednocześnie występują na kartach powieści z serii Arabska saga. Ukazuję barwne historie zarówno Polaków czasowo przebywających w Libii i pracujących w polskich firmach eksportowych, szpitalach, polskiej ambasadzie czy szkole, jak też Polek będących w związkach z Libijczykami. Wbrew stereotypom nie wszystkie chrześcijańsko-muzułmańskie małżeństwa kończą się źle. Według powszechnej opinii kobiety w krajach arabskich są zdominowane, lecz ukażę również takie, które robią karierę, bez wahania wyrażają swoje zdanie, są niezależne i szczęśliwe. Nie omieszkam przy tym napiętnować podłych zachowań szowinistycznych, despotycznych mężczyzn, ale też otumanionych przez religię niewiast.

Znajdziecie tu galerię nieszablonowych postaci, moich arabskich kumpelek i orientalnych kolegów, z którymi wylałam hektolitry potu w klubie fitness w Trypolisie, dzięki czemu bardzo się zżyliśmy. Ukazuję ich dzieje, czasami radosne i zabawne, ale przeważnie dramatyczne. Opowiem o doktor Malice, pierwszej libijskiej pani ambasador, kobiecie ambitnej i aktywnej zawodowo, pracującej w libijskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, z którą spędziłam wiele godzin na pogaduszkach. Była asystentka Muammara Kaddafiego okazała się osobą niezwykłą. Poznacie też Sofię, pół Angielkę, pół Palestynkę, wdowę, której po śmierci męża jego libijska familia zabrała dzieci. Pozwala na to muzułmańskie prawo szariatu1 i matka nie ma najmniejszych szans, by je odzyskać. Frustrujące są losy Samiry, świetnie zarabiającej pani inżynier, notorycznie gwałconej przez powszechnie szanowanego męża, która nie mogła się z nim rozwieść, gdyż stanowiłoby to wstyd dla rodziny.

Ciekawe są też postawy muzułmańskich mężczyzn, Libijczyków: Samira, Habiba i Walida, a także nowoczesnego Turka Aimena. Wszyscy oni przewinęli się przez moje życie, a że się przyjaźniliśmy, doskonale znam ich stosunek do religii, kobiet oraz niekonwencjonalny styl bycia.

W Arabskich opowieściach z lekkim zawstydzeniem wyjawię, że moje idealne małżeństwo wskutek stresu wywołanego intrygami podłego ambasadora-despoty stanęło w Libii przed ciężką próbą. Kryzys małżeński jest zawsze trudny i przysparza partnerom wiele bólu, lecz przechodzić go z dala od ojczyzny i rodzinnego domu, w kraju muzułmańskim, w otoczeniu obcych i często wrogo nastawionych ludzi, to dopiero gehenna. Friedrich Nietzsche wygłosił znaną sentencję: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”, która w wypadku mojego związku doskonale się sprawdziła. Od czasów Libii jesteśmy z mężem nierozłączni, nie dajemy sobą manipulować i mamy do siebie pełne zaufanie, a co najważniejsze – zawsze się wspieramy. Nie wspomnę o miłości, bo ona nawet w najgorszych czasach w nas nie wygasła i nadal się nie przeterminowała.

Wielu twierdzi, że świat dyplomacji jest nieciekawy i snobistyczny i nikt nie chce o nim czytać. Jeśli sięgacie po książki ambasadorów, którzy wznoszą peany na własną cześć, umysł mają wyprany raportami i sprawozdaniami i są skrzywieni politycznie, to zgadzam się z tą tezą w stu procentach. Ja przedstawiam pracę w Ambasadzie RP w Libii z perspektywy szaraczka, nawet nie dyplomaty, ale pracownika ryczałtowego. Za rządów doświadczonego, zażywnego staruszka, który zatrudnił mnie jako swoją asystentkę, niekiedy górę brała nudna rutyna, co w zasadzie nie było takie złe. Jednak gdy nastały czasy nowego szefa placówki, który był niewyobrażalnym furiatem i tyranem, zaczęła się niezła bonanza. Traumatyczne wydarzenia przedstawiam dziś z przymrużeniem oka, choć wierzcie mi, kiedy się rozgrywały, nie było mi do śmiechu. Wpadłam w nerwicę i anoreksję. Często miałam wrażenie, że zawał czy udar mnie nie ominą. Zatrudnienie w ambasadzie to ponoć nie praca, tylko służba ojczyźnie, lecz czasami mi się wydawało, że tak samo ciężka jak służba żołnierza na dalekiej wojskowej misji. Przekonajcie się, jak można traktować pracownika w prestiżowej placówce dyplomatycznej w odległym od Europy orientalnym świecie, gdzie nie ma się komu poskarżyć ani znikąd oczekiwać pomocy.

Zapraszam zatem na kolejną przygodę z Orientem, która zapiera dech w piersiach. Dajcie się uwieść magii, ale też otwórzcie szeroko oczy na niezwykłość i odmienność arabskiej kultury i obyczajów. Obiecuję, wartka akcja wciągnie Was tak, że nie oderwiecie się od lektury aż do ostatniej strony Arabskich opowieści.

------------------------------------------------------------------------

1 Szariat – tradycyjne prawo religijne kierujące życiem wyznawców islamu. Nie uznaje rozdziału życia świeckiego i religijnego, dlatego reguluje zarówno zwyczaje religijne, jak i codzienne.Dyplomatyczny kogel-mogel

Po przenosinach z polskiego kampu Mostostalu Zabrze na libijskiej prowincji w Zawii do Trypolisu żyje nam się nie tyle tak samo dobrze, ile jeszcze lepiej. Po prostu wspaniale! Duże lokum w kamienicy i praca w ambasadzie są godnym pozazdroszczenia awansem i niejedna koleżanka patrzy na mnie zawistnym okiem. Ja jednak za bardzo się tym nie przejmuję, bo liczę na nowe znajomości i nowe wyzwania. Poza tym co stolica, to stolica. W końcu mamy pod nosem nowoczesne spożywcze markety, które rosną jak grzyby po deszczu, świeże, najlepszej jakości mięso na suku2 rzeźniczym na Dahrze, który my, Polacy, nazywamy Halą Mirowską, niezliczone restauracje, te droższe ekskluzywne i te całkiem tanie, ale też znakomite. Jest tu również targ rybny w porcie, do którego namiętnie jeździmy i zaopatrujemy się w nasze ulubione owoce morza. Nie wspomnę o kościele św. Franciszka, w którym na misji są polscy księża oraz siostry zakonne i gdzie w każdą niedzielę są celebrowane polskie msze święte, które zawsze kończy integracyjne spotkanie polonijne w zakrystii.

Atmosferę w pracy mamy dobrą, przyjacielską i swobodną. Wszystkie, nawet najmniejsze swary łagodzi stary, doświadczony ambasador, mój guru. Jego żona Kazia, trochę napuszona starszawa pani, moja koleżanka polonistka, z którą razem pracowałyśmy w polskiej szkole, wprawdzie despotyczna, ale też jest w miarę sympatyczna. Mieszkamy w czynszówce naprzeciwko placówki na ulicy Ben Ashur w centrum Trypolisu, skąd wszędzie mamy blisko, a najbliżej do pracy. Można zatem powiedzieć, że nie wychodzimy z biura, bo jak tylko coś jest do zrobienia, jesteśmy na miejscu. To potrzymać dyżur telefoniczny, to wyciągnąć jakieś akta, to zrobić ambasadorowi kawę, kiedy przychodzi w sobotę do pracy. Nasze dzieci – Sowa i Isiek – wprawdzie zostają pozbawione otwartych przestrzeni do gonienia, jakie oferował im kamp w Zawii, ale za to zyskują inne rozrywki i nowych przyjaciół. Przez trzy lata jesteśmy na etacie ryczałtowca, to znaczy pracownika lokalnego bez żadnych uprawnień dyplomatycznych, co mnie nie przeszkadza, ale mój mąż Igo czuje się niedowartościowany. Zamiana funkcji kierownika zarządzającego biurem tłumaczy z siedmioma podwładnymi Libijczykami oraz działem administracyjnym na stanowisko „panienki z okienka” od przyjmowania aplikacji wizowych to dla niego ogromna degradacja. Ciągle jednak liczymy, że się to zmieni i ambasador dotrzyma słowa, załatwiając mu etat dyplomatyczny. Przecież Igo wykonywał już podobnie odpowiedzialną pracę na kontraktach, wyciągając pracowników z więzień i nieraz ratując im życie. Zawsze pomagał Polakom, choć bez nominacji na konsula. Ktoś nieznający realiów krajów muzułmańskich, choćby miał nie wiem jaki tytuł i ile zdanych teoretycznych egzaminów w MSZ, nie poradzi sobie w tych trudnych i specyficznych warunkach. Po wyjeździe Artura, konsula z powołania i świetnego eksperta od arabskiej kultury oraz prawa szariatu, a przede wszystkim dusza człowieka, który ściągnął nas do ambasady, i objęciu po nim funkcji przez faceta, który nie tyle nie zna się na swojej robocie, ile wszystko ma w nosie, mój mąż wpada w jeszcze większą frustrację. On o niebo lepiej sprawdziłby się na tym stanowisku.

Jednak los się do Igo uśmiecha. Ambasador, nie mogąc zaakceptować orientacji seksualnej obecnego konsula, a przede wszystkim jego ostentacyjnego zachowania wobec przystojnych młodych Libijczyków, którym wizy wydaje u siebie w domu, występuje do kraju o jego odwołanie. W zamian sugeruje sprawdzonego kandydata, którego ma już na miejscu. Wystarczy zdać egzamin konsularny. Dla Igo to betka, bo ze swoim doświadczeniem nie tyle odpowiada na zadawane pytania, ile naświetla komisji kilka kazusów konsularnych, z którymi miał do czynienia, wzbudzając uznanie egzaminatorów. Ostatecznie uzyskuje maksymalną liczbę punktów.

Cała nasza rodzinka dostaje obiecane paszporty dyplomatyczne, z których jesteśmy bardzo dumni. Jednak kiedy Igo przejmuje obowiązki poprzednika i wchodzi do jego gabinetu, zastaje tam sterty papierów na biurku i górę nierozwiązanych spraw, zaś komputer jest dosłownie pusty. Nie ma w nim żadnych plików, ani jednego zapamiętanego dokumentu, raportu czy sprawozdania. Odtąd dla mojego męża zaczyna się orka na ugorze i codzienna praca po godzinach. Prawie się nie widujemy.

Pewnego dnia szef placówki wzywa nas do siebie i mentorskim tonem oznajmia:

– Praca dyplomaty to nie tylko siedzenie na czterech literach w murach urzędu i pisanie głupich raportów, do których w ministerstwie nikt nie zajrzy – żartuje, zapalając papierosa, w czym z lubością mu towarzyszymy. – Musicie, moje dzieci, trochę otrzaskać się z salonami.

– Jakoś nikt póki co nas nie zaprasza – skarżę się miłemu dziadkowi.

– A ile wizyt kurtuazyjnych pan złożył? – zwraca się do Igo, a ten blednie.

– Byłem u Niemca… Francuza…

– I? – naciska ambasador, patrząc przez grube szkła optyczne złym wzrokiem. – To wszystko?! – Pierwszy raz na nas wrzeszczy, a my jesteśmy przerażeni. – Tak szybko, jak został pan konsulem, tak szybko może pan przestać nim być! – straszy. – Zamienił stryjek siekierkę na kijek… – burczy, a potem zrywa się z fotela na równe nogi i idzie do swojego biurka.

Wyciąga z niego butelkę koniaku i wraca do nas, a my wciąż siedzimy bez ruchu cicho jak trusie.

– Nie mam żadnej listy konsulów ani nawet konsulatów w Libii – drżącym głosem tłumaczy Igo. – Wszystkiego muszę szukać na piechotę.

– Pani Taniu – szef teraz groźnie spoziera na mnie – natychmiast przygotuje pani dla męża wykaz konsularny. – Po chwili trochę łagodnieje, dolewa koniaku do swojej kawy, a następnie do naszych filiżanek, a ja drżę w duchu, że jak to wypiję o jedenastej przed południem, to wpadnę pod stół. – Będzie pani dzwonić i umawiać temu leniowi przynajmniej dwie wizyty tygodniowo.

– Oczywiście, ekscelencjo – błyskawicznie potwierdzam, bo takiego rozsierdzonego jeszcze go nie widziałam. – Już się zabieram do pracy. – Chcę wyjść, by przede wszystkim wylać koniakową kawę do zlewu, jednak zatrzymują mnie kolejne słowa pryncypała:

– Najważniejsze są, ma się rozumieć, kapitalistyczne kraje europejskie, ale nie zapominaj, moje dziecko, o mocarstwach. Rosja, Japonia czy Indie też muszą znaleźć się na liście. Nawet przedstawicielstwo San Marino ma pan odwiedzić, bo nigdy nie wiadomo, kto się przyda w sytuacji kryzysowej. Jakby coś się tu ruszyło, bez wsparcia konsularnych kolegów nie ewakuuje pan Polaków z tego cudownego kraju.

Czujemy się winni straszliwego niedopatrzenia, a Igo już prawie widzi krew rodaków na swoich rękach. Dzisiaj nieźle się nasłuchał: że jest niekompetentnym nierobem, ale najgorsze, że szef żałuje swojej decyzji i polecenia go na stanowisko. Z nerwów mięsień w policzku drga mu rytmicznie.

Wychodząc, mój mąż zapala jeszcze jednego papierosa, którego wspólnie kończymy w aneksie kuchennym. Nie odzywamy się, bo jesteśmy jak zbite psy. Pobłażliwy dziadunio pokazał swoje prawdziwe oblicze.

Igo jest przybity, bo w ambasadzie najpierw jako ryczałtowiec wykonywał robotę głupiego, zaś jako konsul dźwiga na swoich barkach ogromną odpowiedzialność. Na kontraktach dyrektorzy go doceniali i wychwalali pod niebiosa, a robotnicy szanowali. Tutaj petenci konsularni przeważnie mają do niego o wszystko pretensje, tylko sporadycznie ktoś mu podziękuje. Są roszczeniowi i uważają, że opieka konsularna należy im się jak psu zupa. Taka ludzka natura, a może raczej polska? Według Igo konsularka to najgorsza działka, zajmująca mnóstwo czasu, także po godzinach, i rzadko kiedy dająca satysfakcję. Twierdzi, że w polskiej firmie eksportowej był kimś, a w ambasadzie jedynie pionkiem, i to jeszcze nisko płatnym. A czyja to wina? Wiadomo, że moja, bo zachciało mi się Trypolisu i dyplomacji. Każdy kumpel go rozumie i twierdzi, że ma rację, ale nie ja, gdyż od jakiegoś czasu nadajemy na zupełnie różnych falach. Sądzę, że ta niewdzięczna posada to krok milowy w jego karierze. A że jest ciężko? W życiu nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, najczęściej wszystko idzie jak po grudzie. Lecz jak się przetrwa trudny okres, można wiele osiągnąć.

------------------------------------------------------------------------

2 Suk, suq – targ, bazar.Mobbing ma wiele twarzy

– Dostałem już akta nowego ambasadora i występujemy do libijskiego MSZ o jego agrément20 – informuje któregoś dnia Igo z niepewną miną.

– Coś z nim jest nie tak? – Jak zawsze od razu się niepokoję. – Ślepy, garbaty, pryszczaty? – żartuję. – Nasz dziadek mówił, że to spoko gość. Ponoć w Iraku z innymi dyplomatami założył kabaret i robili sobie z szefa jaja.

– Ułomny nie jest, ale…

– Teraz z kolei ty masz jakieś złe przeczucia? Czy to zaraźliwe? – kpinkuję.

Sięgam do opasłej teczki, którą Igo dzierży w dłoniach jak precjozę, i bezczelnie otwieram, choć wiem, że zawarte w niej papiery są poufne. Nie obchodzą mnie one, bo od razu rzucam się na zdjęcie.

– Brzydki nie jest – zauważam. – Ale ma stal w oczach.

– Jakiś zgryz krzywy – dorzuca mój ślubny.

– Nie krzywy, ale złośliwy. Nie jest dobrze.

– Możliwe, że jest niefotogeniczny.

Nie dzielimy się naszymi spostrzeżeniami z innymi pracownikami ambasady, bo to informacje zastrzeżone. Dzwonię za to do starego ambasadora, który już cieszy się na myśl o emeryturze w Polsce, i dzielę się moimi odczuciami.

– Czy ten facet, co nam go wcisnąłeś do ambasady na swoje stanowisko, jest uczciwym człowiekiem? – Jestem na „ty” z ponad siedemdziesięciolatkiem, bo tytuł pana i pani tylko w Polsce na potęgę jest nadużywany. – Nie znam gościa, ale już się go boję. Mam ciarki na plecach, kiedy patrzę na jego fotkę.

– Przecież to przystojny gość. Pamiętam, że w Bagdadzie baby się za nim uganiały! – podśmiewa się dziadunio, który lubi sobie niegroźnie poświntuszyć. – To inteligent pełną gębą. Na pewno będzie się wam z nim cudownie pracowało.

– Cudownie to było z tobą… – jęczę jak rozkapryszony brzdąc.

– Przynajmniej on nie będzie ci gitary zawracał opowieściami z czasów prehistorii – kpi ze swojego gawędziarstwa.

– To były urocze chwile.

– Dla mnie też, moje dziecko, dla mnie też… Ale to już przeszłość i teraz trzeba przyszłość przyjąć z otwartą przyłbicą. Daniel jest kreatywnym człowiekiem, na pewno popchnie cię w odpowiednim kierunku. Zrobisz przy nim karierę, zobaczysz.

*

Czekamy na przyjazd nowego ambasadora z niepokojem. Tylko najwyżsi rangą dyplomaci – radca polityczny i ekonomiczny – jadą przywitać go na lotnisku. Ekscelencja Daniel nie życzy sobie nawet konsula, co jest dosyć dziwne. Nie chce widzieć tam także żon dyplomatów. To jest jeszcze dziwniejsze, bo właśnie w saloniku vipowskim21 na lotnisku ma miejsce pierwszy, przeważnie sympatyczny kontakt nowego szefa z podwładnymi i ich połowicami, które przecież też pracują w placówce, a ich rola jest nie mniej istotna niż ich mężów.

Pomimo że jest już grubo po godzinach, siedzę w biurze, bo a nuż pryncypał zechce nadać do kraju teleks o swoim przybyciu czy zadzwonić do rodziny. Połączenia satelitarne można wykonywać tylko z telefonu w sekretariacie. Dobrze go wyczułam, bo niebawem pojawia się w moich progach.

– Dzień dobry – mówi ozięble, nie podając mi ręki ani nie patrząc w oczy. – Za piętnaście minut wszyscy dyplomaci mają stawić się w moim gabinecie. – Patrzę na zegarek, bo dochodzi osiemnasta i o tej porze nikogo się w urzędzie nie zastanie. – Spieszy się pani? Jeśli tak, niech pani od razu szuka sobie innej pracy.

– Jak mam powiadomić dyplomatów? – Strach łapie mnie za gardło, bo jednak moje przewidywania się sprawdzają. Jakiż to oziębły typ!

– Nie umie pani wybrać wewnętrznego do ich biur? – grzmi, śmiesznie przestępując z jednej chudej nogi na drugą. – Za trudne?!

– Pracujemy do szesnastej, panie ambasadorze.

– Co? Jak to możliwe?! Pracujecie tak długo, aż pozwolę wam opuścić budynek!

Wbiega do swojego gabinetu, a ja padam jak worek kartofli na fotel. Patrzę przed siebie niewidzącym wzrokiem. Dlaczego zawsze muszę coś wykrakać? – wyrzucam sobie.

– Czy on nie powinien rozpakowywać się i pić z żoną szampana na tarasie ich luksusowej rezydencji? – pytam Igo, który Bogu dzięki jest w konsulacie.

– Słyszałem, że ostatnio urosło mu ego – wyznaje. – Zgłupiał po nominacji. Ponoć nie poznaje starych kumpli od kielicha i od wygłupów.

– Ładnie nas dziadek ubrał…

– Liczmy, że doceni nasze doświadczenie i ciężką pracę. Jak nie, to w każdej chwili wypinamy się na ambasadę i wracamy na kontrakt w polskiej firmie eksportowej. Jeszcze jest ich tu parę.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest to możliwe. Jeśli człowiek zasmakuje dyplomatycznego życia, nawet na najniższym szczeblu, nigdy już nie zamieni go na użeranie się z robotnikami i mieszkanie na kampie na jakiejś prowincji.

Pierwszy dzień w Libii jest dla nowego ambasadora jak skok na głęboką wodę. Zamiast chwycić koło ratunkowe, które mu rzucamy – bo przecież doskonale znamy ten kraj i panujące w nim warunki – zachowuje się jak obłąkany i dosłownie chce wyskoczyć ze skóry. Najpierw biega po swoim biurze, każąc wszystko przestawiać, ściągać ze ścian obrazy i zdjęcia, a potem rusza truchtem na obchód włości. Nic mu się nie podoba, wszystko jest źle i beznadziejnie. A kto tak tu urządził? Człowiek, który załatwił mu ten ciepły stołek, uwielbiany przez wszystkich stary szef.

O godzinie szesnastej wygląda, jakby miał zaraz odwalić. W obawie, czy czasem nie dostanie ataku serca, trzymam na podorędziu telefon, by w razie konieczności błyskawicznie zamówić karetkę z prywatnej kliniki. Będzie to placówkę słono kosztowało, ale wiadomo, że za swego MSZ zapłaci każdą kwotę, zwłaszcza że ministrem spraw zagranicznych jest jego koleś, też lewak, oskarżony o współpracę z tajnymi służbami PRL. Wprawdzie po lustracji oczyszczono go z zarzutów, ale wiadomo, jak to jest. Ręka rękę myje. „Gruba kreska” to slogan popularny w obecnej polityce i zgodnie z nim ludzie zachowują się jak te trzy małpki: nic nie widzą, nic nie słyszą i nic nie mówią. Zresztą gdyby posłać na zieloną trawkę wszystkich komuchów i byłych agentów, nie miałby kto w Polsce rządzić.

– Jutro będę o dziewiątej. – W pomiętym garniturze i przepoconej koszuli, z pyłem we włosach i na twarzy, Daniel snuje się do wyjścia. Wygląda, jakby wybierał się na randkę z kostuchą. – Punkt dziewiąta ma na mnie czekać kawa, nie za mocna i nie za słaba, oraz odpowiednia ilość wody – ledwo co z siebie wydusza, po czym bezszelestnie znika.

Co oznacza „nie za mocna i nie za słaba”? – zastanawiam się zgłupiała. A „odpowiednia ilość wody”? Szklanka, pół litra czy litr? Podśmiewam się, lekceważąc błahe sprawy, i zmywam się do domu.

*

Choć początkowo wydaje się bulwersujący, arogancki i ordynarny, nieoczekiwanie ambasador okazuje mnie i Igo sympatię. Można nawet powiedzieć, że nas faworyzuje. Mojego męża ze względu na znajomość języka arabskiego, którą postanawia wykorzystać, a mnie… Cóż, kiedy na mnie patrzy, jego niebieskopopielate oczy stają się ciepłe, a spojrzenie powłóczyste, zaś cała gburowatość nieoczekiwanie niknie. Pomimo tego wyróżnienia nie podoba mi się, jak poniewiera pozostałych. W ambasadzie tworzą się dwa obozy, stojące po dwóch przeciwnych stronach barykady, a to w małej placówce nie powinno mieć miejsca, bo na obczyźnie stanowimy przyczółek polskości i wszyscy powinniśmy grać w jednej drużynie i trzymać sztamę.

– Pani Tatiana będzie obecna na wszystkich naszych spotkaniach roboczych – ogłasza zaraz na pierwszej operatywce. – Będzie pisała z nich sprawozdania.

Nie jest to jakiś szczególny zaszczyt, bo moja rola ma sprowadzać się do pracy stenotypistki w sądzie, ale radcowie się oburzają.

– Będzie zapisywać informacje, którymi będziemy się tu dzielić? Ma być dopuszczona do spraw top secret22?

– Jaką otrzymała pani klauzulę dostępu do informacji niejawnych? – pyta szef, a ja po błysku w jego oku domyślam się, że już to sprawdził i dobrze zna odpowiedź.

– Ściśle tajne – chwalę się, bo czekałam na ten papier półtora roku i nawet zostałam poddana przesłuchaniu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, w małym pokoiku z lampką świecącą prosto w oczy. – Zawsze przepisywałam tajny raport polityczny ambasadora.

Temat zamykamy, ale szyfrant ubek, radca polityczny – wywiad UOP i radca ekonomiczny – wywiad wojskowy nie są z tego za bardzo zadowoleni. Ja w sumie też nie, bo jeśli coś wycieknie, mogą mnie oskarżyć o ujawnienie utajnionych informacji i pójdę siedzieć. Ale w tym momencie duma mnie rozpiera.

– Pani Tatiana ma dostać telefon komórkowy – znów czegoś dla mnie żąda, tym razem zwracając się do administracyjnego, który też pracuje dla jakiegoś wywiadu, ale nie jestem pewna, dla którego. Jedno jest oczywiste: dla polskiego. – Muszę mieć możliwość skontaktowania się z moją asystentką poza godzinami pracy.

Och! Będę miała własną komórkę! – cieszę się jak dziecko, nie zdając sobie sprawy, jaka to kula u nogi. Nie stać nas prywatnie nawet na aparat, nie wspominając o abonamencie, który miesięcznie wynosi parę tysięcy dolarów.

– Pani Tatiana jest pracownicą ryczałtową i jej się takie bonusy nie należą – surowo odpowiada odpowiedzialny za finanse przyjemniaczek. – Dotychczas komórkę miał tylko konsul, ale panu naturalnie też kupimy.

– Co?! Pan mi łaskę robi?! – Pomimo szczupłej, wręcz chuderlawej sylwetki szef ma mocny głos, o czym właśnie się przekonujemy. – Telefony komórkowe mają mieć wszyscy dyplomaci, moja żona i pani Tatiana również. Załatwi pan to w najbliższym tygodniu.

– Ale… Już pisaliśmy do MSZ…

– Słyszał pan o zamachach terrorystycznych? Kto podkłada bombki? Niemcy, Francuzi czy Polacy? – pyta zjadliwie Daniel.

– Oczywiście, że nie – słabo mamrocze oporny administracyjny.

– No to kto, do diaska?! Odpowiadać!

– Arabowie…

– A gdzie my pracujemy, mądraliński kolego? W jakim kraju?

– Arabskim… – Dyplomata jest bliski płaczu, bo nikt go dawno tak nie punktował.

– Zatem bez zbędnej dyskusji! Wykonać!

Na tym spotkaniu niczego nie zapisuję i nie wysyłamy z niego sprawozdania do kraju. Ale wrodzona skrupulatność nie pozwala mi na własny użytek nie odnotować w kajecie daty i tematu mityngu: „komórki”. Jestem tym osobiście zainteresowana.

Po tygodniu na koniec dnia pracy ambasador z szelmowskim uśmieszkiem wchodzi do sekretariatu i wydaje krótkie polecenie:

– Wołać mi administracyjnego do gabinetu. – Złowieszczo zaciska usta. – Postawimy abnegata do pionu.

Kiedy szef, wrzeszcząc, tupiąc i plując się, zmywa mu głowę, nie odczuwam żadnej satysfakcji, raczej narastający stres. Dziś jego kolej, a jutro może być moja, przeczuwam. Choć na razie się na to nie zanosi.

Dziadowską, najbardziej ubogą nokię dostaję jeszcze tego samego dnia.

– Mam coś dla pani. – Ledwo zamaszystym krokiem Daniel wchodzi do sekretariatu, już wzywa mnie do siebie. Przy nim wyjście do toalety staje się wyczynem, bo ciągle czegoś ode mnie chce, a najbardziej chyba pragnie mojego towarzystwa. – Proszę. – Wręcza mi złożone kartki, zapisane jego odręcznym pismem. – Niech pani przeczyta. Na głos.

Przechodzimy do części wypoczynkowej i wygodnie się rozsiadamy. Na twarzy nadal przystojnego, choć starszego ode mnie o ponad dziesięć lat pięćdziesięcioparolatka widzę skrępowanie i delikatny rumieniec. Jest całkiem atrakcyjny, ale przecież ma żonę, a ja męża! W moim wypadku nie ma mowy o żadnym romansowaniu. Zaczynam czytać. Wiersz jest o nosorożcu, pełen pompatycznych wyrażeń i pretensjonalnych, oblatanych zwrotów. Na dokładkę napisany banalnym rymem krakowsko-częstochowskim. Boję się podnieść wzrok, żeby nie zobaczył w nim rozbawienia i kpiny.

Co ja mam z tym fantem zrobić? – pytam samą siebie, bo sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli.

– Jak się pani podoba?

Nie mam pojęcia, jak zareagować, ale przecież nie wyznam mu prawdy.

– Mogę odpowiedzieć na piśmie? – rzucam szybko, po czym biegnę do drzwi, gryząc wargi. – Ale najpierw polecę na fajkę – informuję, bo teraz nie ma mowy o kurzeniu na terenie placówki.

– Nie ma problemu, pani Taniu – grucha do mnie jak gołąb w rui.

O ja cię pierdziu! Nikomu nie mogę powiedzieć o jego głupim zachowaniu! Trzęsę się zarówno ze strachu, jak i z hamowanego nerwowego śmiechu. Siadam przed drzwiami wejściowymi do budynku, zapalam papierosa i rozładowując emocje, rechoczę, aż łzy mi z oczu płyną. Razem z tuszem.

– Coś się stało, pani Tania? – Zaniepokojony Samir kuca przy mnie. – Dokucza ten człowiek? Mnie też. Ale nie płakać. – Ciężko wzdycha. – Nie płakać. On też wyjedzie, a my zostaniemy.

Rżę jeszcze głośniej, a Libijczyk daje mi papierową chusteczkę i pomaga osuszyć policzki. Paranoja.

Po dwóch godzinach, jeszcze przed końcem dnia pracy, już całkiem opanowana wchodzę do szefa z zadrukowanymi dwiema stronicami.

– Moja odpowiedź. – Wręczam zbaraniałemu pseudo­poecie wypociny w podobnym do jego stylu. Jakaś parafraza Mickiewicza i Słowackiego, oczywiście rym jak w dym.

– Kiedy to pani stworzyła? – Aż jęczy ze wzruszenia, tak go zachwyca napisany przeze mnie chłam. – Przyniosła pani z domu? Ma pani tego więcej? Pani też jest poetką?!

– Nie… To odpowiedź na pana poemat – kadzę mu, aż mi wstyd. – Umieściłam tu nosorożca, a dotąd nic o tych wspaniałych zwierzakach nie wiedziałam, choć przecież są warte wzmianki nawet w poezji.

Gębo moja niedomyta, co ty wygadujesz?! Sama siebie hamuję, bo zanadto się rozpędzam.

– Mabruk23! – wykrzykuje poliglota, który biegle włada trzema europejskimi językami: angielskim brytyjskim, niemieckim i francuskim, a i z arabskim mówionym też nieźle sobie radzi. – Mazeltow24! – dorzuca w jidysz25, a ja robię wielkie oczy.

Hmmm, zastanawiam się, czyżby miał mojżeszowe korzenie? Pewnie dlatego taki inteligentny, choć straszny z niego megaloman.

Mija miesiąc sielanki, a ambasador jeszcze nie złożył listów uwierzytelniających u pułkownika Muammara Kaddafiego. Trochę się denerwuje, bo nie może rozpocząć swoich obowiązków reprezentacyjnych, gdyż nikt go nie zaprasza na recepcje, dinery czy oficjalne fety. Nasz kraj nadal reprezentuje chargé d’affaires26, a szef przebiera z niecierpliwością nogami. Postanawia ten czas dobrze wykorzystać na zmiany w ambasadzie. Ale pomimo że jeszcze formalnie nie jest ambasadorem, szarogęsi się jak szara eminencja.

– Pani powinna mieć swój własny paszport dyplomatyczny, a nie wystawiony na męża – znów mnie czaruje i mami.

– Ależ wystarczy mi ten, który mam. Żona konsula RP to też niezłe wyróżnienie. – Nigdy nie byłam pyszałkowata. – Jestem dumna, że Igo dostał to, na co zasłużył.

– A pani nie zasługuje na więcej? – Wnikliwie spogląda mi w oczy. – Nie ma pani ambicji?

– No mam…

– A gdyby między wami coś się popsuło? – opowiada farmazony, bo przecież jest to niewyobrażalne. – Gdybyście się rozwiedli?

– Co pan insynuuje?! – denerwuję się, bo zawsze staję w obronie dzieci, męża i naszego ogniska domowego. – Igo mnie zdradza?! – Jestem zaniepokojona, bo a nuż wie coś, o czym ja nie mam zielonego pojęcia.

Daniel się peszy, bo przesadził z fantazjowaniem, choć prawdopodobnie taka sytuacja mu się marzy.

– Pomogę pani zostać attaché kulturalnym – kontynuuje, nie rozwiewając moich podejrzeń co do męża. – Tymczasem tu, pod moim okiem, będzie się pani szkolić w organizowaniu koncertów, festiwali filmowych i wystaw.

Coraz bardziej podoba mi się perspektywa bycia kimś więcej niż sekretarką czy asystentką od porządkowania pism, przepisywania wypocin szefa i parzenia kawy. Jednak zawsze wszystkie imprezy w ambasadzie przygotowywaliśmy wspólnie. Kiedy pryncypał mi coś zlecał, ja byłam szefową i inicjatorką, ale Igo jako pierwszy służył wsparciem, a nawet Zosia i Ida były zaangażowane. Nie potrafię ich odsunąć, nie chcę sama zbierać laurów. Lecz mój promotor coraz bardziej mnie do tego nakłania.

– Sukces podzielony na dwa albo na pięć przestaje być sukcesem – wbija mi do głowy. – Złotego medalu nie dzielą na części. Zwycięzca zawsze jest tylko jeden.

Stopniowo skłaniam się ku jego pomysłom i mam coraz większą ochotę na robienie kariery. Dlatego też bez gadania i narzekania często spędzam z Danielem popołudnia i wieczory w pracy. Przetrzymuje mnie po godzinach, tłumacząc, że może będzie mnie potrzebować, a może nie, lecz na wszelki wypadek mam być pod ręką. To zupełnie w stylu blondynki z dowcipu, która przed snem stawia na szafce nocnej jedną szklankę z wodą i jedną pustą. Ta z wodą na wypadek, jeśli jej się zachce pić, a ta pusta, jeśli nie będzie spragniona. Siedzę więc jak głupia i nieraz godzinami patrzę w wygaszony czarny ekran komputera. Niezbyt mi się podoba, że kierowca przywozi z restauracji obiad tylko dla szefa, kiedy ja też jestem o suchym pysku. Zupełnie niepostrzeżenie tracę kilogramy, z którymi długo walczyłam jak z wiatrakami.

– Zjedz przynajmniej zupki. – Żona radiowca Włodzia, urocza Marusia, przynosi mi miskę strawy i czeka, aż ją opróżnię.

– Nie będę jadła – buntuję się jak dziecko, z uporem maniaka się głodząc.

Ambasador zawrócił mi w głowie obietnicą awansu i teraz wykorzystuje moje rozbudzone pragnienia. Absolutnie nie ma zamiaru nigdzie się za mną wstawiać, ale owija mnie sobie dookoła palca. Coraz mniej mi się to podoba, jednak jeszcze trochę wody musi upłynąć, zanim całkiem przejrzę na oczy.

*

Kiedy po czterech miesiącach ambasador dostaje termin złożenia listów uwierzytelniających, na wierzch wychodzi jego gorsza strona osobowości. Do tej pory dla innych był niczym Mr. Hyde, diabeł wcielony, ale dla mnie jak doktor Jekyll, podstarzały romantyk. Obecnie nawet przy mnie nie jest wyluzowany i dowcipny, a robi się pierońsko wymagający i skrupulatny. Czasami nawet ordynarny.

– Natychmiast proszę zacząć umawiać moje wizyty kurtuazyjne. – Wbiega do biura, do czego już jestem przyzwyczajona, i od progu burkliwym tonem wydaje polecenie.

– Tak jest – potakuję i zmierzam za nim jak cień do jego gabinetu.

– Oto notes z żółtymi kartkami. Proszę w nim zapisywać, co pani robi. Wszystkim niech rozda pani takie bruliony.

– Czemu żółte kartki? – Pierwszy raz od czasów przedszkola mam bawić się papierem kolorowym.

– Cała Ameryka jest zbudowana na takich notatnikach!

– Skoro tak… – powątpiewam, lecz na szczęście moja ironia do niego nie dociera.

Dobrze, że spis ambasad z numerami telefonów i adresami mam już od dawna, więc wręczam go teraz szefowi, a on zaznacza na nim wybrane placówki. Aż się pocę, bo ze sto ambasad mam obdzwonić w tydzień. Skończyła się laba, czytanie wierszyków i głębokie spojrzenia w oczy. Na koniec każdego dnia muszę zdawać relację z tego, co zrobiłam, nie uwzględniając oczywiście, ile papierosów wypaliłam i ile kalorii spożyłam. Pierwszych jest zdecydowanie za dużo, drugich tylko śladowe ilości.

Jako że nowy szef jest już pełną gębą ambasadorem, zaczynają spływać zaproszenia na dyplomatyczne dinery. Pierwsza uroczysta kolacja wydana na cześć Daniela i jego małżonki Sary ma się odbyć u wysłannika Ukrainy. To burżuj pełną gębą, bo jedyny bentley jeżdżący ulicami Trypolisu należy do niego. Ponoć kupił go za własne pieniądze, żeby czuć się komfortowo, bo mercedesy i bmw to w jego opinii szajs. O jego placówce krążą legendy: biura i rezydencja mieszczą się na ogromnym terenie, gdzie bogobojny prawosławny chrześcijanin wystawił też cerkiew ze złotą kopułą. Zaś w domu zamontował windę, choć jest tylko jednopiętrowy. Żeby podstarzała żona niepotrzebnie się nie męczyła.

– Wszystko potwierdzone? – pyta Daniel, wyjątkowo wcześnie, bo o siedemnastej, wychodząc z biura. Jest ogromnie zestresowany mającą się odbyć fetą na swoją cześć. – Dzwoniła pani?

– Potwierdziłam od razu, że pan będzie.

– Jaki pan?! – gardłuje. – Pan to jest od wuefu!

– Nie jest ambasador panem?

– Właśnie! – mówi z satysfakcją. – Pan ambasador lub jego ekscelencja. W ogóle nie zna się pani na protokole. I pcha się taka do dyplomacji…

Dziwnie mi tego słuchać, kiedy nie tak dawno temu to on sam do tej dyplomacji obiecywał mnie wkręcić. Facet jest chwiejny jak chorągiewka na wietrze albo raczej bipolarny. Taką chorobę się leczy, ale on o tym prawdopodobnie nie wie.

– Jeszcze raz ma pani zadzwonić – wydaje bezsensowne polecenie, a ja wymownie patrzę na zegarek. – Co?! – ryczy jak obłąkany. – Znów chce pani zerwać się wcześniej do domu? A może na chłopy? – rzuca bezpodstawne oskarżenie nieoczekiwany zazdrośnik.

– O tej porze w żadnej ambasadzie nikogo się nie uświadczy – odpowiadam spokojnie, co jeszcze bardziej wyprowadza go z równowagi.

– Ma pani dzwonić! – Kretyńsko wymachuje rękami i kontynuuje swój jazgot łamiącym się głosem, aż zaniepokojony szyfrant Rysiek wsadza głowę do sekretariatu. – Niech się pani połączy z sekretarką na komórkę!

– Ona nie ma telefonu komórkowego.

– To do ambasadora! – plecie androny. – Jego też nie stać na taki wydatek?

– Ambasadorzy podają swoje bezpośrednie numery wyłącznie przyjaciołom. To chyba logiczne?

Kiedy nie znajduje więcej argumentów, drepcze chwilę w miejscu, ściska dłonie, ale ostatecznie porywa swoją teczkę i wybiega. Wpada na niewysokiego Ryśka, taranując faceta, oczywiście nie przeprasza i sadzi, jakby go gonili, po krętych schodach.

– Dokumentnie go porąbało? – pyta kumpel, kiedy zamyka bramę za furiatem. – Przy takich nerwach to on się szybko stąd zawinie – roztacza optymistyczną wizję.

– Raczej my stąd uciekniemy.

– Idź do domu, Tańka. Nie najlepiej wyglądasz.

Miło mi, że ktoś się o mnie martwi, bo Igo ostatnio jakby mnie nie zauważał. Przestał ze mną rozmawiać, jedynie wymieniamy nieistotne uwagi o pracy. Czyżby podejrzewał mnie o romans z szefem?

Następnego dnia rano Rysiek zagląda do mnie do sekretariatu. Ma wyjątkowo poważną minę.

– Wczoraj była chryja – ogłasza. – Przygotuj się na najgorsze.

– Co się stało?

– Mikołaj nie mógł znaleźć rezydencji ambasadora Ukrainy.

– Jak to nie mógł znaleźć?! – udzieram się spanikowana, że kierowca nawalił. – Jego poprzednik Tomek zostawił mu dokładne mapki z opisem.

– Nie pojechał tam wcześniej i nie sprawdził.

– Jasny gwint!

– A ty nie odbierałaś komórki… – wymownie zawiesza głos. – Po to ci ją kupił, żebyś była z nim ciągle na łączach.

– Nie należy to do moich obowiązków.

– Zgadzam się, ale on tego nie przyjmuje do wiadomości.

– A gdybym odebrała, to niby w jaki sposób miałabym mu pomóc? Zawieźć go?

Słyszymy cichy trucht na schodach i już rozpoznajemy kroki naszej zmory. Daniel ze ściągniętą twarzą bez słowa przemierza sekretariat. Na progu swego gabinetu odwraca się i stalowym głosem wydaje polecenie:

– Do mnie!

Rzucam jeszcze okiem na Mikołaja, który blady jak papier, z sinymi wargami i zapadniętymi policzkami stoi w drzwiach sekretariatu. Wygląda jak trup. To był taki zdrowy i różowiutki dwudziestoparolatek. Co on mu zrobił? – zastanawiam się.

– Wczoraj przez panią spóźniłem się ponad godzinę na kolację dyplomatyczną wydaną na moją cześć – cicho i spokojnie zaczyna szef. – Powinienem panią za takie niedopatrzenie wyrzucić z pracy. – Słucham go z zapartym tchem i się nie odzywam. – Niestety, nie ma nikogo, kto od razu mógłby panią zastąpić, choć to robota głupiego. Wystarczy być sumiennym, ale dla pani, jak widać, to nieosiągalne. – Na chwilę zapada cisza, a ja się zastanawiam, jakie poniosę konsekwencje. Baty czy obcięcie głowy? W tej chwili ambasador wygląda jak kat gotowy na wszystko. – Proszę napisać dla siebie upomnienie z powiadomieniem biura kadr w MSZ.

– Sama na siebie? Ale za co?

– Czy pani ma kłopoty ze słuchem, czy ze zrozumieniem?

– Jaką mam podać przyczynę? – szydzę z nieziemskim opanowaniem, choć puls rozsadza mi skronie. – Jakich obowiązków nie dopełniłam?

– Nawet nie rzuciła pani okiem na mapę dojazdu. Nie poinstruowała kierowcy. Nie wysłała go, by wcześ­niej sprawdził drogę.

– Nie jestem trypolitańskim taksówkarzem czy kierowcą busa. Nie znam miasta.

– To co pani tu robi?!

– Do tej pory byłam asystentką ambasadora, ale teraz stałam się jego workiem treningowym. – Powoli tracę cierpliwość. – Czy opracowywanie trasy i prowadzenie służbowych pojazdów ambasady należy do zakresu moich obowiązków? – sonduję. – To jakie zadania ma szofer szefa placówki?

– On już dostał karę – informuje Daniel, mrużąc swe szare oziębłe oczka. – Proszę wykonać polecenie.

Nie ruszam się z miejsca, bo z tego wszystkiego odebrało mi władzę w nogach.

– Niechże się pani wynosi! – Robi dwa kroki w moją stronę, jakby chciał mnie stąd własnoręcznie wyrzucić.

Mikołaj przez miesiąc zbiera psie gówna w ogrodzie przy rezydencji Danielka i jego żonki Sary i trzy razy dziennie wyprowadza na spacer służbowego obronnego psa, potulnego jak baranek wilczura Reksa. Ja piszę na siebie upomnienie, w którym jako powód podaję niedopełnienie obowiązków służbowych. Bez skonkretyzowania jakich. Telefon komórkowy, który dostałam na samym początku i z posiadania którego byłam taka dumna, podczas nieobecności szefa kładę na jego biurku. On nie chce mnie oglądać, a ja jego. Polecenia wydaje mi przez szyfranta lub radców. Kuriozum! Spodziewam się zwolnienia dyscyplinarnego, bo zapewne w Polsce szykują już odpowiednią – i odpowiedzialną – osobę na moje stanowisko.

– Wysłał zapotrzebowanie na twój etat – potajemnie informuje mnie Rysiek, choć nie wolno mu tego robić. – Chcę, żebyś wiedziała. Może się spakuj czy co? – Widzę, że jest mu naprawdę przykro.

Po miesiącu zapalczywy Danielek musi pogodzić się z faktem, że nikogo z Polski nie przyślą, bo zwyczajnie nie ma chętnych. Jest skazany na mnie, a ja na niego. Pozostaje nam kooperować, ale każdego dnia, począwszy od samego rana, szef robi wszystko, żeby dać mi się we znaki.

– Czy wie pani, ile dzieci umiera w Afryce z pragnienia?! – wydziera się. – Czy ja jestem wielbłądem, że tyle wody chce pani we mnie wlać? – Wczoraj twierdził, że nalałam do dzbanka za mało, i oskarżał mnie, że doprowadzę go do niewydolności nerek.

– Za dużo czy za mało? – Czasami na jego impertynencje łapie mnie głupawka.

– Mówię przecież, że za dużo!

Idę spokojnie do aneksu kuchennego, który znajduje się tuż przy gabinecie, biorę dużą szklankę do drinków i wracam. Nalewam mineralnej do przyniesionego szkła. Daniel obserwuje mnie rozwścieczony, ale że nie wie, czy mam zamiar te nadwyżki wylać mu na głowę czy na biurko, milczy jak zaklęty. Wychylam szklankę do dna i się oblizuję.

– Jeszcze zanadto? – pytam, znów przechylając dzbanek.

– Precz! – charczy, jakby dostał ataku apopleksji, a ja znikam i bez usprawiedliwienia wychodzę na papierosa.

Dopóki nie ma nikogo na moje miejsce, pobawię się z nim w kotka i myszkę. Zobaczymy, kto ma mocniejsze nerwy i twardszy charakter.

Po całonocnej imprezce z koleżankami postanawiam pierwszy raz w życiu wykorzystać urlop na żądanie, więc łapię na komórkę mojego dręczyciela.

– Zgoda? – Aż nie chce mi się wierzyć.

– Chyba wyrażam się jasno.

Albo nie wiedział, co to takiego, albo marzył o niebieskich migdałach czy też układał kolejny wspaniały wiersz o nosorożcu, bo po dwóch godzinach, kiedy wychodzę na zakupy, a potem w ramach relaksu planuję zajrzeć na plażę, dzwoni z pretensją, czemu nie ma mnie w biurze.

– Natychmiast ma się pani tu stawić! Za pięć minut chcę panią widzieć w swoim gabinecie!

– Nie dojadę w pięć minut. Nawet helikopterem nie dolecę.

– Znów pani pyskuje?! – Głos mu się łamie, a ja czuję satysfakcję. – Czekam!

Pora jest idealna, bo w okolicach dwunastej nie ma jeszcze zbyt dużych korków, i dlatego jestem na miejscu już po dwudziestu minutach. Nie przebrałam się, żeby ostentacyjnie zamanifestować, że dzisiaj, do diaska, mam wolne i nie muszę mieć na sobie oficjalnych ciuchów. Dlatego jestem ubrana w kusą dżinsową spódniczkę, sprany podkoszulek na ramiączkach, odsłaniający brzuch, oraz kolorowe klapki.

– Jak pani wygląda?! – Pierwsze co szef na mnie naskakuje, a bordowe rumieńce zalewają bladą, anemiczną twarz choleryka. Nie wiem, czy to efekt podniecenia czy złości. – To urząd, a nie jakaś melina!

– Mam urlop – burczę opryskliwie, a szyfrant Rysiek chowa się za mną, chcąc ukryć rozbawienie. – Mnie tu nie powinno być. Czego pan ode mnie chce?

– Grzeczniej, ty… – urywa, w ostatniej chwili gryząc się w język. – Zapewne nie wie pani, że dzisiaj idę na kolację do ambasadora Bułgarii?

– Jakim cudem mam nie wiedzieć? Zaproszenie jeszcze wczoraj na koniec mojego dnia pracy, który trwał nieprzepisowe dziesięć godzin, zostawiłam panu w teczce na biurku. Kierowca sprawdził drogę.

– I co? Mam tam pójść z gołymi rękami? – pyta jak głupi, śmiesznie podnosząc brwi.

– Kwiaty zawsze załatwia łącznik Samir, kierowca albo nawet administracyjny. Czy ja jestem do tego niezbędnie potrzebna?

– Nie mam pojęcia, od czego w ogóle pani jest w tej ambasadzie.

– Od kupowania kwiatów czy ziemniaków? – pyskuję ryzykownie, a szef parokrotnie nabiera powietrza, by nad sobą zapanować.

– Oświeci mnie pani, jak mam się dostać do magazynku reprezentacyjnego, którym pani zarządza i do którego ma pani klucz? Jak wydobędę stamtąd czekoladki dla żony Bułgara?

– Jakie czekoladki? – Nie mogę uwierzyć własnym uszom.

– Ferrero Rocher! Nawet pani nie wie, co tam ma.

– Ferrero Rocher można kupić w każdym markecie. – Jestem tak wściekła, że z chęcią wydłubałabym mu oczy. – Nawet w najmniejszym, zapyziałym sklepiczku w okolicy.

– No i co z tego?

– Jadę trzydzieści kilometrów, przerywam swój pieprzony jednodniowy urlop, by wydać panu to, co z łatwością wszędzie się dostanie?

– Nie po to mamy u siebie duże zapasy, żebym teraz lazł do sklepu. Pani sobie wyobraża, że będę chodził z siatkami?! Ja?! – ryczy.

Wybiegam z gabinetu, bo nie chcę go dłużej oglądać. Gnam na piętro, otwieram magazynek i biorę ostatnie opakowanie przegrzanych zjełczałych pralinek. Wciskam je w ręce zbulwersowanego szyfranta, przez chwilę porozumiewawczo patrzymy sobie w oczy, a następnie znikam.

Wojna na linii sekretarka–szef coraz bardziej się zaognia. Cała ambasada o tym huczy i wszyscy trzymają moją stronę. Nikt tu nie lubi Danielka, bo ten z każdym obchodzi się podobnie jak ze mną – nie­godziwie, podle i uwłaczająco. Nigdy nie wiemy, z której strony spadnie cios. Gdy jedną rzecz zrobimy zgodnie z jego oczekiwaniami, to zaraz wytyka nam kilka innych. Orka na ugorze trwa, a końca tej gehenny nie widać. W zasadzie ja jedyna jeszcze czasami postawię się sadyście, i to tylko dzięki swojemu niewyparzonemu językowi, wrodzonej buńczuczności i duszy buntowniczki. Cała reszta kładzie uszy po sobie. Trzęsą przed nim portkami, bo dyplomatom potrafi zaszkodzić w karierze, a ryczałtowców z dnia na dzień wyrzucić na bruk. A przecież każdy ma swoje plany i marzenia. Ja też, choć obecnie moim priorytetem jest wytrzymać z draniem, a przy dobrych wiatrach jeszcze trochę uprzykrzyć mu życie. Cała reszta – moje małżeństwo i rodzina – wywraca się do góry nogami i chwieje w posadach.

Jest grudzień, a więc szczyt sezonu na cytrusy. Niestety, jestem poważnie uczulona na olejki eteryczne zawarte w ich łupinach. Może nie tyle cieknie mi z nosa, łzawią oczy czy dostaję napadów kichania, ile na skórze wykwita paląca egzema i się duszę. O dziwo, miąższ owoców mi nie szkodzi i spokojnie mogę go jeść.

– Gdzie są moje pomarańcze?! Chce mnie pani zamorzyć głodem? Tak jak siebie? – docina mi Daniel, gdyż mój anorektyczny wygląd już każdemu rzuca się w oczy.

– Mówiłam panu, ekscelencjo, że nie mogę obierać pomarańczy. Mam alergię.

– W kuchni zostawiłem rękawiczki lateksowe i maseczkę medyczną. – Wyjątkowo przebiegły z niego skurwysyn. – Taka ochrona nie wystarczy?

– Mam uczulenie na lateks – z kpiarskim uśmieszkiem wyznaję szczerą prawdę.

Tego już nie wytrzymuje. Prawdopodobnie ma gorszy dzień albo wielką ochotę na cytrusy, których sam nie potrafi sobie obrać? Nie mam pojęcia. Nieoczekiwanie chwyta notes z żółtymi kartkami i rzuca nim we mnie. Baranieję. Potem sięga po długopisy i pióra, segregatory na akta i drewniane koszyki na wizytówki. Porcelanowa filiżanka z podstawką też idą w ich ślady. Opróżnia prawie całe swoje biurko, ciskając we mnie wszystkim, co mu wpadnie w ręce.

– Tak niech pan traktuje swoją żonę! – Tupię nogą, cała się trzęsąc. – Ja sobie na to nie pozwolę! Dość! – krzyczę donośnie. – Miarka się przebrała!

Kiedy wybiegam z gabinetu, słyszę brzęk roztrzaskującego się szkła. Prawdopodobnie rzucił jeszcze za mną dzbankiem z wodą. Pędzę na piętro i wpadam do mieszkania radiowca. Marusia obejmuje mnie jak matka i wyciera płynące po policzkach łzy. Włodziu siedzi w samych gatkach przy stole i pije czystą. Czekają na niego smaczne kanapki, jajko na twardo i galaretki z kurczaka, ale facet nie zakąsza. Już prawie wyszedł z uzależnienia dzięki sesjom AA, ale przy nowym szefie nie sposób wytrwać w trzeźwości.

– Chlapnij, Tańka, to ci ulży. Ja bez gorzały bym z tym patentowanym osłem nie wydzierżył.

Nie chcę do niego dołączać, ale nie odmówię lodowatej wody, choć mam trudności z utrzymaniem szklanki. Ręce mi dygoczą. Siedząc u nich, czuję się bezpiecznie jak w domu. Powoli dochodzę do siebie i ostatecznie wracam do sekretariatu.

Kiedy tylko ciężko siadam za biurkiem, wparowuje Igo.

– Co ty tu robisz? – pytam słabym głosem. Jako jedyny w ambasadzie nie wie, co się tu wyprawia, a ja trzymam to w ścisłej tajemnicy. Nie chcę zniszczyć mu kariery, bo a nuż stanąłby po mojej stronie?

– Ambasador mnie wezwał – ogłasza z pańską miną. – Sam do mnie zadzwonił. Ogarnęłabyś się w końcu, a nie ciągle siedziała na plotach albo na fajce. Jak ty w ogóle wyglądasz? Zaczęłaś chlać z tymi naszymi alkoholikami? Masakra jakaś!

Aż mnie zatyka, kiedy słyszę tak gorzkie słowa z ust ukochanego człowieka. Teraz bym chlapnęła wódkę z Włodziem. Może to dobra metoda?

– Panie konsulu najdroższy! – Daniel otwiera przed Igo drzwi swojego gabinetu i ściska go po przyjacielsku. – Pojedzie pan ze mną na wizytę do ministra? Jest pan najlepszym tłumaczem pod słońcem – kadzi.

– Z wielką przyjemnością, ekscelencjo. – Z wyrzutem w oku mój mąż na mnie spoziera, a następnie zatrzaskuje za sobą drzwi, tym samym zamykając nasz szczęśliwy okres małżeński na cztery spusty.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PRZEDMOWA

1. TRYPOLITAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Dyplomatyczny kogel-mogel

Świętowanie w Oriencie

Mobbing ma wiele twarzy

Jazda bez trzymanki

Ryzykowny flirt

Upadek dwóch wież

2. MIĘDZYNARODOWE TOWARZYSTWO

Fitbox i walka z cieniem

Szkoła tańca

Arabska wdowa

Farma

Małżeński gwałt

3. DYKTATOR I SKAUTKA

Córka rybaka

Włoska edukacja

Prymuska

Miłość nastolatki

Droga do kariery

Witaj, Afryko!

Libijska pani ambasador

Śmierć amazonki

Koszary Bab al-Azizija

Rzeczywistość muzułmańskiej emancypantki

4. KUBEŁ ZIMNEJ WODY I WIATR W ŻAGLE

SŁOWNICZEK

LIBIA W PIGUŁCE

KALENDARIUM WYDARZEŃ Z ŻYCIA MUAMMARA KADDAFIEGO

------------------------------------------------------------------------

20 Agrément – wstępna zgoda państwa na przyjęcie określonej osoby w charakterze szefa misji dyplomatycznej obcego państwa.

21 Vipowski – przeznaczony dla VIP-ów; VIP (Very Important Person) – bardzo ważna osobistość.

22 Top secret – ściśle tajny.

23 Mabruk – Na szczęście! Gratulacje!

24 Mazeltow – Na szczęście! Gratulacje!

25 Jidysz – język używany przez polskich Żydów, powstały na bazie dialektu niemieckiego z dodatkiem elementów hebrajskich, słowiańskich i romańskich.

26 Chargé d’affaires – pełnomocnik ambasadora, osoba kierująca placówką dyplomatyczną w jego zastępstwie, a także szef placówki oczekujący na przyjazd nowego ambasadora.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: