Siekiera - Ludvík Vaculík - ebook + książka

Siekiera ebook

Ludvik Vaculik

3,3

Opis

Powracający w rodzinne morawskie góry praski dziennikarz dokonuje bilansu życia swojego i swojej rodziny. Siekiera jest dowodem na to, że sytuacja człowieka w społeczeństwie i w rodzinie nie zmieniła się w przeciągu ostatniego półwiecza tak bardzo, jak zwykliśmy sądzić. Ta książka jest niezwykle aktualna. Lecz powieść Vaculika to przede wszystkim piękna opowieść o miłości syna do ojca i ojca do syna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 278

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (8 ocen)
0
4
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




I

Miałem po raz pierwszy odwiedzić swojego brata kierowcę. Ale prawie nikt nie wie, kim jest mój brat kierowca. A więc – miałem dziesięć lat, kiedy niespodziewanie przypadło mi w udziale nudne kołysanie go co jakiś czas. Pamiętam nawet, jak rankiem po jego narodzeniu wyprowadziłem kozy nad potok, Antek pasł już swoje, a ja zapytałem:

– Wiesz, co u nas nowego? A on odpowiedział:

– Brat, nie?

I pamiętam, jak mnie ta odpowiedź Antka zaskoczyła. Kiedy mój brat miał pięć lat, wyprowadziłem się z domu; kiedy on miał moich dziesięć lat, ja miałem już swoich dwadzieścia – czy taki brat mógł mnie interesować? Był dla mnie raczej częścią domowego inwentarza. Kiedy przyjeżdżałem na święta do domu, od rodziców dowiadywałem się tylko ogółów – że przynosi ze szkoły złe oceny i kiepsko wypasa. Byłem więc świadom, że między innymi mam również tego brata, ale jakoś szczególnie tego nie przeżywałem. Dziś uważam, że jedynie bracia bliscy wiekiem rodzą się naprawdę jako bracia, natomiast jeśli dzieli ich różnica wieku, muszą dopiero stać się braćmi z biegiem lat.

Zamierzałem więc odwiedzić swojego brata kierowcę. Ale wszyscy będą się zastanawiać, jak został kierowcą. No więc, tego nie wiem nawet ja. Kiedy pewnego razu zadzwonił do moich praskich drzwi, a ja zastałem go za nimi wbitego w mundur firmy transportowej, myślałem, że jest to element jakiegoś większego żartu. Mnie bowiem nikt nie wspomniał o tym, że ten mój brat ma pracować w firmie transportowej. Dopiero gdy za rogiem kamienicy, w której mieszkam, zobaczyłem to potworne auto ciężarowe, żółty postrach naszych krętych autostrad, w pełni przyjąłem do wiadomości, że mój kiedyś posiusiany brat jest kierowcą. Nie miał nawet roku, kiedy upuściłem mu na twarz w kolebce bochen chleba, bo wyślizgnął mi się, gdy akurat go nadgryzałem.

– Cześć – powiedział brat dwadzieścia pięć lat później. – Przenocujesz nas? – I wszedł do kuchni z brygadą od przeprowadzek. Tyle o tym, jak został kierowcą.

Planowałem więc po raz pierwszy odwiedzić swojego brata. Ale może pojawić się pytanie, dlaczego tak tę wizytę podkreślam. Ja jej nie podkreślam, tylko wciąż natrafiam na coś, co muszę wyjaśnić. Brat zapraszał mnie do siebie przynajmniej dwadzieścia razy, aż stało się wręcz niemożliwe, że odwiedzę go, by nie zrobiło się z tego wielkie wydarzenie. Ostatnimi laty nie przyjeżdżał już nawet on do mnie. Ponieważ udało mu się przejść z transportu towarowego na osobowy, odpadły mu wyjazdy do Pragi. Widujemy się więc raz w roku, u siostry, która mieszka w domu po rodzicach. Ja spędzam tam urlop, a brat wpada tak po prostu. Czasem się tu spotykamy i spędzamy wieczór wszyscy troje. Na ogródku spadają letnie jabłka, a siostra powiada:

– Toż chłopcy, opowiedzcie mnie coś nowego, jesteście tu dwaj!

Myje przy tym stertę zaschniętych naczyń z tych kilku dni, kiedy późno wracała z pracy. Jej milczący mąż jest tu czwarty, siedzi przy oknie bokiem do stołu i je większe udo mniejszego królika, bo wrócił ze zmiany. Trzy metry przed naszym oknem przetarabanił się zatłoczony autobus wiozący mieszkańców wsi z fabryki do ich domów, żeby się przespali. Nie wiemy z bratem nic nowego, a dokładniej mówiąc – to co nowe, jest takie samo w całym kraju, więc wie o tym każda siostra. Lecz mimo to brat z uśmiechem powie:

– Co nowego? Oskubali gołego.

Dziś już może się śmiać, dziś ma się dobrze, ale dwadzieścia pięć lat temu naprawdę nie było mu do śmiechu, kiedy poparzyłem mu rękę zupą z królika. Jak to się stało, pytacie? Mama zestawiła garnek z fajerki, powiedziała, żebyśmy naszykowali talirzyki, my je naszykowaliśmy, potem siostra powiedziała, że chce głowę, najmłodszy brat płakał, a większy się z niego śmiał, chciałem zjeść tę głowę bez siostry, pobiegłem z nią na podwórze i zamknąłem się w wygódce, gdzie było trochę spokoju. W tym czasie mama nalała zupę, a najmłodszy brat od razu pacnął do niej dłonią. I właśnie tak poparzyłem mu rękę. Była niedziela. Tato był w Persji.

Szachabdullazim 19/VII 1936

Drogi synu!

Tu w okolicy cementowni, gdzie jest skalista okolica, było mnóstwo sępów dwa miesiące temu. Obecnie gdzieś odleciały i są tu sokoły i orły. Pełno tu różnego cholerstwa. Jeśli siądziesz nad potokiem na pięć minut na przykład za potrzebą, w wodzie zobaczysz, jeśli jesteś cicho, szczury wędrowne mniejsze niż u nas, ale koloru tego samego, a także czarne długie zwierzęta większe jak szczur, ale tych nie znam. Również wężów zi pod prąd wiele przyuważysz. Dalej, na pustyni, są jeżozwierze, nad wodami żółwie i w ogóle różnego cholerstwa w tej Persji pełno. Wszy, biedni ludzie, sraczka, malaria, dyzenteria, kapitaliści i śmierć. Ta spotkała dwa dni temu 2 Czechosłowaków, nawet o tym nie wiedzieliśmy, albowiem przełożeni nam nie powiedzieli, a 3 tygodnie temu 1 inżynier. Zaczyna nas więc opuszczać szczęście. Będę kierować wzrok ku mojej rodzince i ku moim górom, które nie zabijają, lasy witają człowieka, kiwają głowami drzewa i szumią. Jesteś u nas bezpieczny nawet w nocy w lesie. Poza tym ja jestem zdrów. Jutro ma do nas na budowę przyjechać tutejszy cesarz (p. Szach). Mama nawet mi nie napisze, czy dostaje pieniądze, na czas czy z opóźnieniem, ale myślę, że zawsze z opóźnieniem, skoro ich nigdy nie ma. Od świętej Anny chłód poranny, a zanim ten list dojdzie, po ścierniskach będzie hulać wiatr, a ja nie wiem, kto wam będzie chodzić na jabłka i śliwki.

– Nie chodźcie! – prosiła mama ćwierć wieku temu. Jednak my niezłomnie włożyliśmy ruksaki. Był najwyższy czas. Miesiączek lada chwila wzejdzie nad wzgórze, ćwierć wieku temu całe niebo po tej stronie wypełniała intensywna żółta poświata.

– Chociaż tego chłopca zostaw w chałupie! – ale ja wiedziałem, że mnie nie zostawi, skoro chcę z nim iść. Byliśmy z tatą sprzymierzeńcami, a jej żałosne jęki miażdżyliśmy kamiennym zdecydowaniem. Dwie godziny będzie się tu trzęsła, i to zbytecznie, bo nam nie stanie się nigdy nic. Ostrożnie dotarliśmy nad stodoły. Przechodziliśmy przez tory, pode mną trochę głośniej zaskrzypiał żwir, a tato odwrócił się mówiąc:

– Cholerrra!

Myślałem, że wyjdziemy na drogę prowadzącą na grzbiet wzgórza, ale on szedł pod górę po zboczu, mozolnie i bez ścieżki, w dole za rzeką szczekały psy, a ja bałem się, że każdy skojarzy to z nami. Już wiem, dlaczego nie idziemy polnym traktem: na horyzoncie byłoby nas widać jak w dzień. Tato to dobry wódz! Miesiączek wypłynął.

Dopiero daleko za wsią wyszliśmy ćwierć wieku temu na drogę. Jest to raczej plątanina dróg, rozrywana wiosennymi roztopami, a następnie na powrót ubijana okutymi kołami starych wozów drabiniastych. Koła mają w sobie klasyczne piękno, a ił w ich śladach błyszczy jak żelazo. Twardo ciągnęła się biaława droga po mocnym wzgórzu, nad którym jutro wyjdzie nam słońce. Wszędy to tu dobrze znamy. Nawet po ciemku wiemy, gdzie czyje pola i czyje łąki, i zawsze możemy twierdzić, że nigdy nasze, ponieważ my nie mamy nic oprócz chałupy, nowej i przez kilka lat nieotynkowanej. Trzy szczepy na ogródku będą dla nas rodzić za wiele lat, w czasach, o których charakterze nie wiemy nic.

Na ogródku w ciemności spadają jabłka, siostra myje garnki, szwagier je. Brat siedzi na starej otomanie, opiera łokcie na kolanach, marszczy błyszczące śniade czoło, uśmiechając się miękko z zadowolenia. I nie wie przy tym, jakim rozczarowaniem były dla taty jego brązowe oczy, bo mama napisała, że są niebieskie, ale zanim tato wrócił z Persji, te oczy zbrązowiały. Doszliśmy do zapotocza, a jest to piękne miejsce. Z pochyłych łąk ściekają tu dwa potoczki, niewidoczne szumią w głębokim ukrytym jarze w dół, a o ich sławie nie wie nikt. Pewnym krokiem brnęliśmy przez trawę, na którą właśnie opadła delikatna rosa, aż znaleźliśmy się w miejscu, gdzie padł na mnie strach. Była to pagórkowata łączka, znałem dobrze jej wygląd z dziennych wędrówek. Dokoła otaczało ją gęste zadrzewienie. Lipy, dęby, leszczyna i jawor. Nie zamierzam podawać nazwiska właściciela tej łąki. Wszystkie drzewa były pokrzywione, stare. Tylko krecie kopce miała wciąż nowe i nowe. Tak głęboko i tak dawno zaszyła się w starej dolinie, że młode dziewczę mogłoby tu przez trzydzieści lat paść krowę, a czas by ich nie wyśledził, obu. Ale za to księżyc świecił, woda w głębokim korycie dzwoniła obłym dźwiękiem, a nad okolicą słabo syczała niezmierna cisza tej nocy, kiedy spytałem szeptem:

– Tato! Co mam robić?

Rozejrzał się, zsunął ruksak, pochylił się i owiał mnie tytoniowym chrapotem:

– Bądź bardzo czujny!

Przeszły mnie ciarki. Tato wdrapywał się na drzewo. Miałem wrażenie, że w czasie, kiedy ja wyglądam na drogę, od potoku wyjdą na nas jacyś złodzieje. Kiedy odwróciłem się gwałtownie w stronę potoku, zdawało mi się, że od drogi musi nadejść właściciel. Dopiero po kwadransie zebrałem cały swój rozsądek i pojąłem, że od potoku nikt przyjść nie może, bo w głębokim, wąskim korycie cały by się połamał, i to z wielkim hukiem, natomiast prawdopodobieństwo, że właściciel łąki nadejdzie od strony drogi, jest jakieś tysiąc razy mniejsze niż za dnia, przy czym za dnia ten człowiek nie pojawia się tu tygodniami, ma dużo lepszych pól. Pod butem taty skrzypiała kora. Każde spadające jabłko wydawało mi się głośnym hałasem. Ale powoli ośmieliłem się na tyle, że z dolnych gałęzi, w których się ukrywałem, zacząłem ostrożnie zrywać owoce i wkładać je do swojego pleciaka. A teraz otwórzcie usta do szerokiego aaa. Długo, przeciągle i delikatnie wypuszczajcie powietrze. Uświadomcie sobie, że to jest wasz oddech i przyznajcie, że jest wam drogi. I to jest w przybliżeniu dźwięk bezwietrznej nocy, dźwięk złożony z bezgłośnego powiewu miliona drzew w górach i w ogrodach oraz niepostrzeżonego ruchu gwiazd po nieboskłonie. Wspaniały wódz ześlizgnął się z drzewa, pochylił się ku mnie, uśmiechnął na widok mojego pleciaka z dwunastoma jabłkami, po czym napełnił mi go kilkoma zręcznymi ruchami w stronę drzewa. Sięgał po owoce nieomylnie, ponieważ umiał je dobrze wyczytać ze splecionej sylwetki listowia na jaśniejszym niebie.

Upewniliśmy się, że niczego tu nie zapomnieliśmy. Obmacałem trawę w miejscu, w którym kucałem, i przeliczyłem rzeczy w kieszeniach. Już wiem, że muszę to robić. Tato zebrał kilka odłamanych gałązek i wyrzucił je w zarośla.

Znów szedł przede mną. Pomyślałem o mamie. A więc mamy kolejny grzech! Czasem odwracał się i czekał, aż go dogonię. Wciąż nie potrafiłem chodzić tak jak on – żeby moje fleki nie iskrzyły o kamienie i żeby nie chlapać, kiedy pod nogi napatoczy się nam bagno. I właściwie do dziś tego nie potrafię, czas leci, najgorsze, że już nigdy się tego nie nauczę.

– Tato, a co gdyby tam był jakiś złodziej i poznał nas?

Nawet zbytnio się nie zastanawiał i odparł:

– To byłby kismet.

Przyszliśmy do domu, te psy wciąż wyły do księżyca. Widziałem, jak tato się cieszy, że mama na nas zaczekała. Tyle że ona na nas nie czekała, ona po prostu cerowała.

– Boże, ja nie nadążam zaszywać, jak się to wszystko sypie!

Lecz tato musiał się pochwalić. Twierdził, że jabłka trzeba od razu ułożyć w skrzyni na strychu, a mama miała mu w tym pomóc. Ale ona spojrzała na nasze zielone, bynajmniej nie imponujące owoce i powiedziała:

– O jejku! Takie kruszynki?

Właśnie to wydarzyło się kiedyś pewnej wrześniowej księżycowej nocy.

Pewną ciemną nocą zdarzyło się natomiast, że jakiś człowiek wołał o pomoc. Wtedy nasza chałupa stała sama na końcu wsi. Wzdłuż naszej drogi rósł dwurząd wielkich lip, pod którymi ciemność i czerń bywały całkowite. Pod lipami po obu stronach drogi ciągnął się rząd stodół. Stodoła obok stodoły, naprawdę, nigdy i nigdzie nie widziałem potem tak charakterystycznej ulicy. Strach i zgroza padała na każdego, kto tędy przechodził, przeto nigdy tędy nie przechodziłem, a zawsze leciałem pędem i dobiegałem na próg zawsze sekundę wcześniej niż diabeł, który gnał za mną. I z tej czarnej ciemności nagle rozległo się wołanie: Pomooocy!

Wołanie dochodziło zza pola, z kierunku, gdzie szumiała woda na kole młyńskim, z jądra i wylęgarni wszelkiej ciemności, z kłębka najgorszej czerni, gdzie jeśli już paliło się jakieś światło, paliło się w jednym jedynym okieszku w młynie.

– Pomooocy! – krzyczał ktoś błagalnie, lecz ona nie nadchodziła. Dopiero po dłuższej chwili zakołysało się w dali kilka lamp. A następnego dnia wszyscy dowiedzieli się o nieszczęściu. Pijany człowiek szedł wzdłuż młynówki i wpadł do niej tak, że nogi pozostały na jednym brzegu, podczas gdy głowa znalazła się na drugim. A to oznaczało, że rzyć miał zanurzoną głęboko w lodowatej wodzie. I pojął swą bezsilność i padła nań zgroza.

Kiedyś w sobotę czyjaś ręka mocno zastukała w nasze okno.

– Stryjku, wpuście nas! Obudziliśmy się.

– Stryjenko, na Boga, wpuście nas!

Do sieni wpadli moi kuzyni z Tarandowej, cali zakrwawieni. Tarandowa to sąsiednia wieś i kolebka ojcowego rodu. Od dawna między ich rodziną i inną rodziną z Tarandowej trwa wojna. Teraz oba rody spotkały się u nas na tańcach, a bójka przeniosła się z gospody na sąsiednie podwórza, a nawet obory. Jeden kuzyn wyciągnął z krowiego jarzma ciężki pręt i tak się nim bronił, że strasznie go pobili i o włos udało mu się uciec przed rozsierdzoną bandą nieprzyjaciół. Teraz ledwo kuzyni z Tarandowej wpadli do chałupy, pierwsze co zrobili, to zdmuchnęli nam lampę… wokół okien świstały przekleństwa i krzyk… a kiedy już wybrzmiały, zapalono u nas światło i przemywano w misce srogie rany.

A pewno razu w nocy spłonęła w sąsiedztwie opuszczona stodoła. Nasza chałupa została uratowana dzięki prewencyjnym działaniom strażaków. Jabka, które upiekły się w tej rozwalonej stodole w sianie na kuszący kolor, okropnie śmierdziały spalonym gontem.

Kiedyś w noc straszliwe wietrzysko zrywało dachy stodół, a nasz dach wyszedł z tego bez szwanku. Czy ktoś mógłby chcieć większego dowodu opatrzności?

I nasze kozy też cieliły się wyłącznie w nocy. Dlatego kiedy o tym wszystkim pomyślę, pragnę, żeby kiedy jest noc, panowała niezmącona ciemność i nie świeciły żadne napisy. Niektórzy specjaliści myślą, że naród trzeba motywować nawet w nocy. Wielkość tego zadania jest po prostu śmieszna. Tak naprawdę tytanem byłby ten, kto sprawiłby, że w nocy wszyscy moglibyśmy spać. Prawdziwa noc jest dziś chyba taką samą rzadkością jak naród, który odważy się żyć bez neonów, czy wręcz po swojemu. Noc to powinien być deszcz w liściach lub drapanie gałęzi o dach domu. W nocy niech kradną złodzieje, a młodzieńcy na podwórzu przed gospodą niech się biją. Ale niech wszystko inne trzyma się z dala od nocy, bo w to kopniemy, do czego i tak przecież kiedyś dojdzie!

I tak minęło prawie pół nocy, kiedy siostra zaproponowała nam herbatę. Wszyscy czworo piliśmy herbatę, siostra, szwagier, brat kierowca i ja. Lecz nie pił jej nasz środkowy brat, ponieważ jest na Słowacji. Do tego jedliśmy chleb z marmoladą z porzeczek, tylko siostra jadła stary rogalik. Pod naszym oknem ciężarówka już chyba piąty raz wiozła węgiel z dworca do zakładu, nie dadzą sobie spokoju nawet w nocy.

– A jak z grzaniem, macie czym palić? – przyszło do głowy bratu kierowcy.

Siostra się uśmiechnęła, a szwagier powiedział:

– Toż… mamy. Węgiel, prawda, zamówiliśmy, ale nie przywieźli, bo nie mieli. Kiedy już go mieli, nasze zamówienie, prawda, już było straciło ważność. Ale drewna nam – wzruszył powściągliwie ramionami – …wystarczy.

– Naprawdę? Wystarczy wam drewna? – zapytałem.

– Wystarczy – wzruszył powściągliwie ramionami. – Wziąłem na to urlop w zimie i poszedłem do lasu robić drzewo.

– No ale macie w domu opał, to najważniejsze – stwierdził brat kierowca.

– Ale powiedz – zachęcała siostra swego męża – ile nas kosztował sam woźnica. Że tylko woźnica kosztował nas pięćset koron i to jeszcze musieliśmy się go prosić. – To powiedziała i machnęła rogalikiem.

Lecz szwagier tylko coś mruknął, a potem pił herbatę, póki jej nie wypił.

Zanim wszyscy poszliśmy spać, stanęliśmy z bratem na niezbędną chwilkę przy płocie za chałupą. Z dorosłych drzew wprawdzie spadały jabka. Ale cóż z tego, skoro tam, gdzie miał szumieć potok pełen ryb, szumi rynsztok, a gdzie z ciemności miało świecić okno młyna, stoi blok przy bloku z mnóstwem okien mieszkań. Wszystkie te nowe budynki należą do zakładu, ten zakład budował mój ojciec, żeby nie musieć jeździć aż do Persji. Tym domom z hukiem ustąpił miejsca też dwurząd mocnych lip. A jednej nocy, jednej jedynej nocy spłonęły również stodoły. Mam na temat wszystkich tych zjawisk swoją hipotezę. Czuję potrzebę, by o niej dziś pomówić. Jednak mój brat kierowca chce przede wszystkim mieć mieszkanie. Zresztą jest jeszcze za młody na takie hipotezy. Ale ja już nie. Ja jestem już wystarczająco stary, by móc o nich pomówić, nawet z tatą. Niestety on nie jest już wystarczająco żywy.

II

Wszedłem do kuchni i podciągnąłem roletę. Brat kierowca szybko podniósł się na otomanie.

– Nie uciekł mi pociąg?

– No przecież nie jedź. Pobądź!

Kotka, która weszła ze mną do chałupy, wskoczyła mu na nagie kolana. Głaskał ją i mówił do niej bestio.

Wyciągnąłem z szafki palnik, położyłem go na stołeczku i wetknąłem wtyczkę do gniazdka. Brat mnie poprawił: uniósł palnik i podłożył podeń starą poczerniałą deseczkę.

Kiedy tylko tato spostrzegł, że w stołeczku jest wypalona dziura, chwycił palnik, chwycił stołeczek, otworzył drzwi i cisnął nimi w zaspę. Obaj moi bracia przyglądali się temu w bezruchu, aż wreszcie ten mniejszy się zaśmiał. Ostrzegawczy krzyk matki był jedynie spóźnionym kwikiem, ponieważ w tej sekundzie w zaspie tarzał się już również ten chłopczyk. Drugi brat, który teraz jest na Słowacji, ale wtedy siedział na skrzyni z drewnem, obserwował te wydarzenia ze złowieszczym przejęciem rysującym się na śniadej gębce, a potem bosymi nóżkami podszedł do drzwi i rozkazał: – On tam nie będzie!

Przeszedł przez płot i wyciągnął braciszka ze śniegu. W ogóle nie pamiętam tego zajścia. Wydaje mi się wręcz, że moja pamięć przez długie lata gorliwie cenzurowała podobne sytuacje w wypróbowany podły sposób: w imię ważniejszych spraw.

Posmarowaliśmy sobie chleb masłem i konfiturami porzeczkowymi i jedliśmy z każdej strony stołu przystawionego do okna, a za szybą ciężarówka zrzucała właśnie ładunek żelaznych rurek dla warsztatu komunalnego wybudowanego na miejscu stodoły, której wrota znałem na pamięć, natomiast szwagier w izbie jeszcze spał i pójdzie na popołudnie. W kuchni każdy zegar wskazywał inną godzinę.

Potem wyszliśmy za chałupę skazaną na zagładę. Podnieśliśmy kilka żółtych jabłek, glinę z nich otarliśmy o mokrą trawę. Za płotem widzieliśmy domy, a między nimi drewno, na przemian: stos domów, stos drewna.

– Drewna jest! – powiedział brat tonem człowieka wżenionego w łąkowe równiny.

– Gdybyś wyjechał po obiedzie, moglibyśmy przejść się po górach – powiedziałem w nagłym doznaniu, że przez łącznych sześćdziesiąt lat naszych żyć nie zrobiliśmy wspólnie dokładnie nic.

– Gdybym wyjechał dopiero po obiedzie, bracie, byłoby bardzo źle, bo po obiedzie już zaczynam kurs, wiesz?

– To byś nie zaczął – zaproponowałem.

– Gdybym ja go nie zaczął, bracie, byłoby jeszcze gorzej, bo swojej linii nie doczekałbym się nigdy.

– Myślałem, że już masz swoją linię.

– Figę mam – wyjaśniał mi cierpliwie. – Ja mam tylko zastępstwa, kiedy ktoś jest na chorobowym albo na urlopie. Jest nas tam takich trzech i tylko jeden dostanie swoją linię.

Wszedł do domu, na barczyste plecy włożył marynarkę i powiedział:

– Może pojedź ze mną! Co masz tu do roboty? Oprócz nawozu!

– Akurat teraz nie mogę, ale niedługo przyjadę!

Podszedł do mnie.

– Wiesz, kim jesteś, bracie?

– Kim, bracie?

– Świnią, bracie.

Po tych słowach poszliśmy na dworzec, ponieważ nie wiedzieliśmy, o której dokładnie odjeżdża pociąg, a wszystkie zegary w kuchni wskazywały inny czas, według tego, kiedy zostały kupione. Budynek stacji wygląda jak górska chata, drewniane belki ciągle pracują. Tłusta podłoga pachnie, za oknem stuka telegraf, tłuczeń na peronie skrzypi pod obręczami wozów, już wiozą kosz i walizkę taty, mama stoi i wpatruje się w dziurę tunelu, nie, na kołnierz nowego płaszcza ojca patrzy, nie ma sensu już nic mówić, tylko krawat mu poprawić, ale już sam sięgnął do niego i przez jej ręce przesuwa węzeł pod szyją, a do mnie dopiero dziś dociera w pełni, że ona jest przecież młoda, a ja jestem jedynie o rok starszy niż on, jak będą żyć?

Szachabdullazim 25/IV 1936

Moi Drodzy!

Przesyłam pozdrowienia tym, przez których nie mogę spać. Chałupka się nie rozpadła i furtki jeszcze się zamykają, wierzyciele też pewnie nie poszli do diabła, przeto konieczne jest, abym tutaj był. Lecz żywotowi memu cierpkości nadaje niepewność, co dzieje się w domu. Przecież wciąż jestem żyw, a jednak niczym martwy, bo nikt do mnie nie pisze. Nie czytałem niczego, odkąd opuściłem Republikę, i nie mogę niczego czytać. Nie chciejcie, bym przywykł do rozłąki, bowiem miałoby to tu tragiczne następstwa. Na szczęście mam ten kosz Twój i dotąd biszkopt w nim od starki i chleb niezepsuty, żebym przynajmniej miał coś z domu. Kto będzie przy Tobie, kochana moja, w Twej ciężkiej chwili, o tym często myślę. Co może mi przynieść list? Jeśli go nie dostanę, będę wiedział, że jest źle. Tak wielce mi was żal. Gdy dusza słabnie, ja zawsze poskramiam ją tym, że powtarzam sobie: ośle, co byś w domu robił, a gdybyś coś robił, ile byś zarobił? Dziś całuję wszystkie moje najdroższe oczęta i muszę już spać. Dzieci me, żono ma, dbaj, by o mnie nie zapomniały. Niech opatrzność ma nas w swojej opiece… A teraz bogowie otulcie mnie swym płaszczem w mej radości, dostałem list, dziś w niedzielę wieczorem o godzinie dziewiątej. Dziękuję Ci, moja droga, żeś mi dała syna, aczkolwiek życzyłbym raczej córkę Tobie. Teraz, kiedy wiem, że żyjecie, będzie mi weselej i będę oszczędzać, już chciałem tych 100 riali wydać. A przecież długi mam u co drugiego człowieka w Republice Czechosłowackiej, dlatego uciekłem. Każdy może przyjechać do Iranu na zarobek, tu drogi wyłożone są pieniędzmi, żeby osłom i wielbłądom chodziło się miękko. Co się tyczy tego, jak Cię atakują, powiedz po prostu, że pieniędzy nie masz i basta. Tu człowiek jest jedną nogą w innym życiu, a oni tak śpiesznie rzucili się na Ciebie, choć przecież jeszcze żyję, a co gdyby mnie zabrakło. Przykro mi. A teraz Ci, moja droga, muszę powiedzieć, że trzeba spać. Swą rodzinę całuję, łącznie z nowym obywatelem świata.

Przyjechał pociąg, nowy obywatel świata wsiadł, na pożegnanie jeszcze skinął mi przez okno i wjechał do tunelu. A tam, na zakręcie, gdzie jest najciemniej, obaj moi młodsi bracia stanęli trzydzieści kroków od siebie i rozpoczęli zabawę, którą uwielbiali: po omacku zbierali kamienie między podkładami kolejowymi i ciskali nimi w siebie, a z czarnej dziury dobiegały ich pełne rozkoszy ryki.

– O tym nie wiedziałeś, bracie, co? A tata, ten mógł wiedzieć o wszystkim tylko ćwierć prawdy, bo przy tym, jaki był, chyba by nas pozabijał.

– Jaki był? – spytałem zaniepokojony.

Brat podszedł do drewnianej szopy i dłońmi szukał czegoś na poczerniałych deskach.

– Dałeś królikom? – zapytał tato, klepiąc kosę.

– Dałem – powiedział brat na Słowacji.

– A miałeś nie dawać! – krzyknął tato podstępnie.

– No przecież nie dałem! – krzyknął brat. A tu, gdzie została w drewnie głęboka rysa, uderzył młotek. Brat, który tak naprawdę nakarmił króliki, zdążył uskoczyć, więc dziś jest na Słowacji. Do tej chwili ten dialog był ulubionym dowcipem taty, dopóki brat nie postanowił, że go odegra.

Ich przeżycia często różnią się od moich tak bardzo, że pytam się, czy to przeżycia z tej samej chałupy. W chałupie, którą mam w pamięci ja, ojciec lizał rany swoich synów, bo przecież ślina leczy. Dzieci me, żono ma, dbaj, by o mnie nie zapomniały.

Powoli schodziłem od dworca w dół. Ciężarówki wciąż woziły węgiel do zakładu. Większe grudki, które spadły z wozów, z radością zbierała do torby jakaś babka. Spojrzała na mnie ze strachem. Droga jest pochyła nie bardzo, więc zimą zjeżdżało się tędy tylko na wąskich kupowanych sankach, natomiast na saniach ciężkich, robionych narzędziami stolarskimi zjeżdżało się gorzej, a jak przybywa mi lat, najwyraźniej muszę nauczyć się mówić ludziom, że nie zjeżdżało się w ogóle. Przykro mi.

Brat, który teraz jedzie pociągiem i nie będzie czytać, nawet kiedy wyjedzie z rodzinnych gór i wjedzie w monotonny krajobraz, naprawdę może sobie myśleć, że zajmuję się głównie nawozem, ponieważ nie ma powodu, by wiedział, że czeka mnie wiele rzeczy, których nie umiem, nie mogę i są zakazane. Od lat zbieram w sobie moralność, z jednej strony ją zbieram, a z drugiej ucieka szczelinami w moim charakterze, które z wiekiem stają się, jak widzę, chroniczne. A przecież najlepszą rzecz w swoim życiu człowiek powinien zrobić szybko, dopóki jest trochę dobry. Niestety sprzeczność, której nie da się pogodzić, tkwi w tym, że dobra rzecz powinna być mądra, lecz mądrość pojawia się w wieku, kiedy od dawna nie jesteśmy nieugięci i kiedy nasza słabość podszeptuje: zostawmy to kolektywowi, on ma większą głowę.

Ale ja jednak wracam do budy za naszą chałupą, do budy, w której śpię, a rano słonko świeci mi na łóżko w poniedziałek, we wtorek, w środę, w czwartek, w piątek, w sobotę, krótko mówiąc przez cały tydzień, a przede wszystkim w niedzielę, wezmę ruksak, siekierę, urnę i pójdę. Nie, dzisiaj już nie, dziś już nie obszedłbym z ciupagą widnokręgu, do tego musiałbym wyjść z samego rana… I tak odkładam ten dzień już kilka lat. Czasami nie wiem, czy właściwie jeszcze zamierzam zrealizować swój zamiar. Przecież mógłbym to zrobić któregokolwiek dnia, ale wtedy zakończyłbym całą tę sprawę, musiałbym się wyleczyć i pozbyć rozkoszy, w którą zmienia się ból, kiedy przekroczy granicę okrucieństwa. Nie wiem również, czy nie byłby to jedynie pusty gest. Przecież przegapiłem tę chwilę, kiedy mogłem to uczynić z pełnym żalem i złością, czyli tak pięknie, jak być powinno. Od tego czasu już tylekroć poddałem swój pomysł ocenie rozumu, że piękne prawo żalu i złości mi, obawiam się, nie przynależy.

Wróciłem do domu, szwagier był już wyspany i na ogródku, z sierpem w ręce, pod jabłonią kosił trawę dla królików.

Ten spokojny człowiek, wobec którego czuję pełen podziwu smutek za to, jak włączył się w los naszej rodziny, zmienił okolicę i zawód, skończył wieczorowo technikum i został w warsztacie mistrzem, by zdobyć moją siostrę, trójkę dzieci, tę chałupę i spokojną twarz świadczącą o jego dobrym sercu, uśmiechnął się i powiedział:

– I co, brat już pojechał?

– Już – odpowiedziałem.

– A z Karolem… nie rozmawiałeś? – spytał.

– Nie widziałem go – odparłem.

Przeciągnął kosę ostrzałką, kosił dalej. Wszedłem do budy taty, gdzie śpię i gdzie kurz panuje nad książkami. Kiedy Danusia, córka Juranda, usłyszała, że ktoś klepie w polu kosę, oznaczało to dla Zbyszka, że jego ukochana wkrótce umrze, i jest to smutny koniec wielkiej opowieści, koniec, z którego nie mogłem się otrząsnąć. A dziś, proszę, z całej historii zostało mi to, co najważniejsze, to naprawdę istotne: drzewa kniei, włosy panien polskich. Tato ma tu również tanie wydanie Meyrinka i inne rzeczy tak niewiarygodne, że dziwię się duszy, która mogła konsumować zarówno literaturę filozofującą, jak i tę najbardziej jałową tandetę. Dusza w stanie surowym, która miała dopiero zostać ukształtowana przez ciągłe zgłębianie, a nigdy nie została, więc przez niezamknięte okna i drzwi przewinęło się wszystko, co wiało po preriach piśmiennictwa. Tak czyta się tylko w pierwszej generacji, z takim oczarowaniem, z jakim czytał on.

Niedzielne poranki wyglądały u nas zimą tak: wczoraj przed południem tato wrócił z Persji, umył się w nagrzanej wodzie, przebrał się i obszedł chałupę. Energicznie naciął i narąbał drzewa, wyczyścił kojec kozie, świni, królikom i jeszcze trzy do pięciu rzeczy zrobił, w jego płaszczu na wieszaku spoczywała w tym czasie czekolada, a on ją nam rozdzielał, do mamy się tulił, zjadł, co najlepszego mu przygotowała, a zanim dojadł, w ostatniej chwili spojrzał na nas i dał nam też po kawałku, potem czytał, mamie się to nie podobało, ale kiedy szli spać, znów czytał, a kiedy zgasili lampę, pomrukiwali w łóżku, a my słyszeliśmy słowa problem, broblem, brym, brym. Rano mama robiła w kuchni kawę zbożową, na stół przynosiła babkę, a tato czytał w łóżku Na zachód od Rio Grande albo Kościół rzymski w negliżu, tak – Moją walkę również. A ludzie z Tarandowej szli koło naszego płotu do kościoła.

– Wstawaj, chłopcy przyjdą – powiedziała mama trzy razy i znaczyło to, że przyjdą kuzyni z Tarandowej, dwaj albo i trzej, w zależności od tego, ilu ich na zimę siedziało w domu bez pracy. Ze świętobliwym tłumem ciągnęli do kościoła, ale tuż przed nim nagle skręcali do nas, a kiedy ten tłum po mszy wychodził, przyłączali się do niego pobożnie, w ciemnych ubraniach, szli z powrotem, mówiąc do siebie: no i znów nie byliśmy w kościele, i tak było zimą prawie każdego niedzielnego poranka. Trzeba tylko dodać jeszcze, że mama czasem bała się grzechu, jaki na siebie przyjmujemy i próbowała ich odesłać. Lecz tato wkraczał zdecydowanie:

– Nie bądź ograniczona! Oni piersi mają największe… prawo decydowania o sobie!

Chłopcy się zaśmiali, najstarszy tubalnie, drugi jakimś cherlawym piskiem, natomiast najmłodszy zmarszczył całe czoło i z powagą tatę upomniał:

– Co też mówicie, stryjku! Przecież ciocia ma większe piersi!

I wszyscy, jak tam byli, łącznie z tatą, dopiero wybuchli tak tęgą i wielowarstwową wesołością, aż się rozhuczał piec w kuchni, a w domu robiło się gorąco. Ja oczywiście nie wiedziałem zbytnio, o czym mowa, ale czułem błogość, która zstępowała na mnie przy tych kultowych wizytach, i tak było w zimie każdego niedzielnego poranka. Z letnich niedzielnych poranków wyłania mi się już tylko jako wspomnienie wspomnienia szara droga, na której nie mogę dobrze rozpoznać nierówności i co chwilę się potykam. Czyżbym był, na Boga, taki mały? Dzień wcześniej wieczorem tato powiedział, że rano pójdzie na grzyby. Często chodził, zbiory nigdy nie odpowiadały długości jego wypraw, właściwie każda babka, która między dojeniami skoczyła na skraj lasu, zebrała w sumie więcej grzybów, dlatego myślę, że te eskapady służyły przede wszystkim jego potrzebie, by iść wciąż dalej i dalej, za nową falę lasów, chyba nie zwracając nawet uwagi na grzyby, przeżyć dzień w milczeniu i w poście. Nie chodził do kościoła, ale odczuwał duchową potrzebę przeżywania majestatu i chóru, gdzież indziej więc? – Będę kierować wzrok ku moim górom, które nie zabijają, lasy witają człowieka, kiwają głowami drzewa i szumią. Jesteś u nas bezpieczny nawet w nocy w lesie. – Prawie byłbym skłonny stwierdzić, że celebrowanie lasu wzięło się u niego z romantycznego odrodzenia narodowego, gdyby nie był cieślą, który jednocześnie toporem obrabiał ten las w kanciaste kształty.

Powiedziałem, że pójdę z nim. Mama była temu przeciwna. Poszliśmy spać, głęboko spałem, kiedy do mojej nieprzytomności zaczęły wdzierać się jakieś słowa i domagać się, bym je rozumiał. Najpierw chciałem je tylko bezwładnie ominąć, ale one nieustępliwie mruczały, a ja zaczynałem rozumieć.

– Synku ty mój, pójdziemy razem w góry? Słowa znów brzęczały ciepłym szeptem, nie rozkazywały, mnie pozostawiały decyzję, czy przerwę błonę letargu i przejdę na ich stronę. W izbie było całkiem ciemno. Trząsłem się z zimna, kiedy wkładałem ubranie naszykowane wieczorem. Do torby włożyliśmy dwie kromki chleba ze smalcem.

Jednostajny półmrok przesiąkał z ziemi ścianami stodół, piały koguty, szczekały psy, kiedy między płotami ogródków przechodziliśmy przez wieś. Nigdy wcześniej nie widziałem tak pustych ulic i nie słyszałem dudniącego przestępowania koni w stajni przed brzaskiem. Od wschodu pięła się po niebie czerwień, kiedy szliśmy pod górę drogą, na której nie mogłem dobrze rozpoznać nierówności. Była to raczej plątanina dróg, rozrywana wiosennymi roztopami, a następnie wyrównywana okutymi kołami pięknych wozów drabiniastych. Miękki piach poszarzał od rosy. Po raz pierwszy zatrzymaliśmy się dopiero na pierwszym szczycie. Naprzeciw nas zsuwała się z gór nieznana stalowa tarcza, ciężka jak gwiazda z bliska.

Nie wiem już, kędy chodziliśmy, nigdy nie udało mi się przejść tą samą trasą, chociaż zawsze mi ją i wszędy coś przypominało. Właściwie w ogóle nie mam pewności, które zbocza bukowych gór pochodzą z tamtego dnia, a które ze słowiańskich pieśni. Nagła nieuzasadniona radość czy dziwny smutek opanowuje mnie od tego czasu choćby przy przejściu w lesie nad szarym potokiem. Śpieszę ku łysemu szczytowi góry, niecierpliwy, a potem odwracam się i gnam z powrotem w dolinę z takim uczuciem na plecach, że z tyłu ma nadejść nieszczęście i że nie mogę się nawet obejrzeć. Do dziś nie odważyłbym się wkroczyć w niektóre zakątki dobrze znanych lasów, ponieważ myślę, że jest to ostatnia rzecz, jaka mnie czeka, zanim. A są znów radosne miejsca, których już nie chcę widzieć, bo wiem, że zostały unarodowione. Również u taty zawsze miałem wrażenie, że jego kroki przez buczynę to nie są po prostu kroki zmierzające dokądś, lecz wspominanie kroków i poszukiwanie czegoś nogami; tak niepojęcie wystawał nad dolinami, niezrozumiale zawracał, chaotycznie poprawiał nasze ścieżki, kiedy ze złej strony zbliżaliśmy się do wycinek i wyrębów, przyglądał się korpusom powalonych drzew, a czasem nawet mierzył je metrem, choć nigdy nie wchodziło w grę, że moglibyśmy je odciągnąć. Po gołych grzbietach gór, gdzie Wołosi wieki temu wykarczowali las, kroczyliśmy pewnie i prosto jak po drodze. I tylko w pewnej otwartej przestrzeni, gdzie szczyt jodłowej góry stanowi rozdroże zimnego i ciepłego wiatru, tato zatrzymywał się i mawiał:

– Tu jest to miejsce, synku, widzisz?

Albo parę lat później:

– To miejsce, chłopcze, zapamiętaj.

Długo nie rozumiałem.

Tego dnia, który przywołuję w sobie raczej jako wspomnienie wspomnienia, w jednej z dolin za horyzontem nagle się mu rozchorowałem. Wpierw dodawał mi otuchy. Muszę przyznać, że tak dodawać otuchy swojemu dziecku ja bym się nigdy nawet nie odważył. Mówił:

– Pójdzieczarem, pójdzieczarem, domuzen… Potem niósł mnie na plecach. Jego spocona głowa kiwała się w rytmie kroków, z pewnością myślał o czymś, co dotyczyło tamtych czasów. A przecież w kismecie musiało już być napisane, co wydarzy się na świecie i u nas za trzydzieści lat, a ponieważ wszystko przeszłe, obecne i przyszłe istnieje równoprawnie, jego głowa pod włosami już wtedy była otwarta, tyle że nikt z nas o tym jeszcze nie wiedział, ja, a co dopiero on.

Nie mogłem pogodzić się z tym, że to naprawdę wszystko: kapelusz poplamiony i podarty, szare spodnie na kolanach zazielenione trochę od trawy, sztruksowa marynarka z odznaką partyjną w klapie, buty ze skarpetkami wciśniętymi pod podbicie tak, jak robi to ten, kto naprawdę zamierza je jutro włożyć, płaszcz wyblakły, stary, kawałek czekolady, puste papierosy bez tytoniu, notes z adresami, no i ten dziennik! – prowadzony od czerwca do końca roku z kontynuacją w styczniu tego samego roku, jakby czas był jakimś zwiniętym w kłębek zranionym psem. To wszystko wydano mi w impregnowanym worku, nie mogłem pogodzić się z tym, że te nic niewarte rzeczy mogły przetrwać jego, tak cennego. A musiałem z nas czworga dzieci wszystko załatwiać ja, bo mieszkam w Pradze, jakiż przypadek, że to stało się akurat w Pradze… Tyle że teraz, kiedy to piszę, przychodzi mi do głowy ciężka myśl, że on to zrobił celowo, chciał zakończyć życie blisko najstarszego, pierworodnego syna, a ja zrozumiałem to, tę jego niespodziewaną słabość, dopiero teraz, pięć lat po jego śmierci!

Przy pogrzebie pojąłem sens wszelkich pogrzebów: jest to przygotowanie na własną śmierć. Urzędnik zapytał mnie, czy czwarta po południu mi odpowiada. Odpowiedziałem, że tak.

– To dobra godzina – zapewnił mnie urzędnik. I była. Zrozumiałem w niej, że kolej na mnie, pierwszego z czworga. Jednak przyjąłem to z lekkością, ponieważ myślałem przede wszystkim o nim. Wydawało mi się, że powinno zostać wygłoszone jakieś podsumowanie jego życia, klucz, którym wszystko by się zamknęło. W tym smutku skorzystałbym z jakiegokolwiek wiersza pod warunkiem, że zawierałby jedno zdanie: Mój ojciec zbudował dom i umarł.

Od tej chwili mam wrażenie, że gdzieś coś mi wyrządzono, a ja zbytnio nie wiem, co. Chociaż chałupę dostała siostra, a po topór przyszedł kuzyn z Tarandowej, wciąż pozostaje to najważniejsze i czeka.

Co?

III

Dostępne w wersji pełnej

IV

Dostępne w wersji pełnej

V

Dostępne w wersji pełnej

VI

Dostępne w wersji pełnej

VII

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Dostępne w wersji pełnej

IX

Dostępne w wersji pełnej

X

Dostępne w wersji pełnej

XI

Dostępne w wersji pełnej

XII

Dostępne w wersji pełnej

XIII

Dostępne w wersji pełnej

XIV

Dostępne w wersji pełnej

XV

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Sekyra

Copyright © Ludvík Vaculík, 1966

Copyright © for the Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o.

All rights reserved

Książka została przełożona dzięki wsparciu finansowemu

Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej

Redakcja i korekta: Ewa Żak

Projekt okładki: Wincenty Gottlieb

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-940790-6-2

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com